W autobusie...
Legenda: Siudemeczka - zółty, głośny, pokryty dwucentymetrową warstwą rdzy wehikuł, przez entuzjastów motoryzacji nazywany autobusem miejskim typu MZK :)
Stoję na przystanku, czekam. Po
czasie zza budynku wyłania się tania imitacja publicznego środku
transportu, zwanego również autobusem. Monstrualny pojazd
wtacza się na przystanek, jego silnik wyje niemiłosiernie,
otwierają się drzwi. Zaczyna się.
Jako że nie jestem zwolennikiem ciskania się w tłumie, wchodzę
na końcu, kiedy całe bydło umiejscowi się w środku
Siudemeczki. Uprzejmie proszę kierowcę o...
- Bilet za złoty sześćdziesiąt, proszę. - kładę
na jego tacy dwa złocisze.
Kierowca spogląda na mnie wzrokiem rozjuszonego byka, który
dopiero co wrócił z rodeo, i rzuca mnie pytaniem:
- Dlaczego nie wyliczone? - zwęża oczy niczym kobra
szykująca się do ataku. - Proszę następnym razem
przygotować odliczone pieniądze. - łaskawie podał mi
bilecik i z wielkim bólem w sercu oddał należące do mnie
czterdzieści groszy reszty. Ruszam wzdłuż Siódemeczki w
poszukiwaniu wolnego pojedynczego miejsca. Już tracę nadzieję,
kiedy widzę je, jedyne, wolne, dla mnie. Optymistycznie
nastrojony - bo nie będę musiał stać przez dwadzieścia minut
w tej rozpędzonej puszcze po kaszalocie w konserwie - siadam na
krzesełku i stwierdzam, że coś jest z nim nie tak. Po niedługiej
chwili czuję na swoim włochatym tyłku mokre zimno - no tak, pięknie,
krzesło jest mokre. Pozostało mi tylko mieć nadzieję, że była
to tylko woda. Ech! Nic to, staję na tzw. kole, na którym można
poczuć się jak w wesołym miasteczku, kiedy Siudemeczka
pokonuje dosyć mocny zakręt. W mojej głowie tli się nadzieja,
że do mojego przystanku nie stanie koło mnie nikt, kogo bym
sobie nie życzył. Nie udało się - na drugim przystanku dwaj
przedstawiciele dresiarskiego pospólstwa okupują połowę koła.
Podczas drogi moje uszy bezczelnie wsłuchują się w ich dialog.
- Ty, no kurwa, ale ten autobus wolno jedzie, kurwa. Nie to,
co mój wózek, kurwa.
- No - chrząknięcie. - Twój maluch dobry jest. Pamiętasz,
jak kiedyś wyciągnął setkę na tamtej przepaści?
- Pewnie, kurwa. Wyciągnąłby jeszcze więcej, gdyby
grawitacja była większa, kurwa.
W połowie tego elokwentnego i naukowego wywodu o podatności
polskich maluchów na przyciąganie ziemskie postanowiłem skupić
swoją uwagę na czymś innym. Na przykład na tym, że zwolniło
się jedno miejsce. Przeczekałem chwilę (wiecie, wcinanie się
w miejsce dreskowi jest dla mnie nazbyt stresujące), a po chwili
postanowiłem skromnie zająć podwójne miejsce. Na następnym
przystanku żałowałem tego z całego mojego środkowego serca -
dosiadła się do mnie babcia, której twarz miała tyle
zmarszczek, że przypominała opakowanie suszonych śliwek.
Starsza pani wyglądała na taką, która niewątpliwie pamięta
sylwestra 1900. roku. Marginesem mówiąc, jej zapach wycisnął
ze mnie wszelkie wątpliwości w kwestii, czy jest coś bardziej
cuchnącego od amoniaku. Jest, wierzcie mi.
Tuż przed moim przystankiem babcia postanowiła streścić mi
swoje życie, zaczynając od chrztu Polski, a na biesiadnym
koncercie w 2000. roku kończąc.
- ... i wtedy poszłam do dentystki, bo wie pan, kiedy ząb
zaczyna lekko ćmić...
- Niewątpliwie. - oznajmiłem jej.
- ... a jak moja Marysia poszła do ortodonty, to płakała,
bo wie pan, dzieci się boją każdego lekarza...
- Nie śmiem wątpić. - w tej chwili Siudemeczka podjechała
pod mój przystanek, z widoku którego jeszcze nigdy się tak nie
cieszyłem. - Miło było poznać. Do zobaczenia.
Gdy wychodziłem z autobusu, miałem nadzieję, że ostatnie
wypowiedziane przeze mnie słowa nigdy się nie ziszczą. Wysiadłem
z uczuciem, jakie ogarnia skazanego na śmierć więźnia, który
po trzydziestu latach odsiadki dostaje warunkowe zwolnienie za
dobre zachowanie. Myślałem, że to już koniec.
Myliłem się.
- Halo! Proszę pana! Haaalo!
Jeszcze przed spojrzeniem za siebie skumałem, o co chodzi.
Mianowicie z przejęcia się jakże interesującymi historyjkami
babci zapomniałem plecaka. Ale babcia już zadbała, bym
przypadkiem nie poszedł do szkoły bez niego - trzymając za
jeden pasek, wymachiwała nim tak energicznie, że pół dnia się
dziwiłem, jak ten pasek mógł to wytrzymać. Widocznie wyroby
Pajak Collage są bardziej solidne, niż wyglądają.
Wszyscy w promieniu dwudziestu metrów zerkali to na babcię, to
na mnie. Ja czułem się, jakbym połknął worek z cementem.
Zamurowało mnie. Podszedłem, chwyciłem za plecak i już miałem
wychodzić, ale babcia miała mi jeszcze coś do zakomunikowania.
- Ma pan szczęście! Ten plecak tutaj leżał, a pan poszedł,
zostawił go pan, zapomniał, a jak go zobaczyłam...
- Tak, tak, dziękuję najmocniej. Do widzenia. - wybiegłem
z autobusu. Zanim zamknęły się drzwi, usłyszałem:
- ... pan go zostawił, zapomniał, ja go panu...
Zarzuciłem plecaczek na garba, wykonałem retrospekcję - ten
sam koszaliński ratusz, te same srające na ludzi gołębie.
Tak, to tutaj. Poszedłem do szkoły.
Jakaś pointa na koniec? Owszem - nie skąpcie czterdziestu
groszy więcej i jedźcie busami.
Michał
Chmielewski
eric_wu@wp.pl
511969234