| Kolejny chory tekst (c) by Pewien Gość | Reklamacji nie uwzględniamy |
Czy lubicie noc? Bo ja średnio. Noc jest zimna, ciemna i niebezpieczna. Takie przynajmniej są moje najświeższe doświadczenia. Wcześniej, nie mając sprawy zbadanej, znajdowałem tę szczególną porę doby całkiem przyjemną. Czyli trwałem w niewiedzy. I mówię wam, w tym jednym przypadku warto było wiedzieć, że się nic nie wie.
A to było tak. Wyczytałem w AM, że nocne wycieczki są modne i sexy. Miałem szereg wątpliwości, ale szalenie chciałem być modny. Każdy chyba miewa od czasu do czasu jakieś odchyły. Dlatego postanowiłem złamać swą odwieczną zasadę, która brzmiała: "Nigdy nie wychodź z domu po godzinie 8. wieczorem, a zwłaszcza na trzeźwo!"
Zszedłem jak mogłem najciszej po schodach, ale czujnych uszu moich rodzicieli nie sposób było zmylić. "Gdzie się znowu wleczesz, cholero jedna?" - chcieli wiedzieć - "mało się jeszcze dzisiaj włóczyłaś?". Po raz ostatni tego wieczoru wykazałem się bystrością i skonstatowałem, że pomylono mnie z moją nieletnią siostrą. "Zaraz wracam" - zapewniłem gorąco. "A, to ty, stary koniu! Idź, przewietrz się trochę, dobrze ci to zrobi". Nie czekając na potencjalny ciąg dalszy opowieści o zabójczej szkodliwości komputerów, zamknąłem drzwi za sobą.
Zaczęło się dość niewinnie. Idę szosą. Wdycham świeże, wiejskie powietrze. Co z tego, że przesycone nieziemskim aromatem z obory, ale świeże. Podziwiam gwiazdy, dokładnie ukryte za szczelną osłoną z chmur. W tej jakże romantycznej atmosferze człowiekowi zwykle zbiera się na kompet... kotlet... kontemplację. Ha, pewnie wam zaimpotentowałem fajnym słówkiem, nie? Ja też nie wiedziałem, co ten czort oznacza, alem zajrzał do słownika i znalazłem tam taką oto słowa tego deflorację... dewiację... defekację... no, wiecie sami o co idzie. Nie będę tu zresztą połowy słownika cytował, dość, że oznacza to rozmyślanie o pierdołach.
Specjaliści zalecają, żeby zamknąć oczy i poczuć, że jesteś sobą i tylko sobą. Tak też czynię. Cholera, to naprawdę działa! Podekscytowany tym nieoczekiwanym sukcesem zabieram się do następnych refleksji. Teraz pora pomyśleć sobie, że nawet nocą nie można się odciąć od reszty ludzi. To będzie łatwe, oto właśnie lotem koszącym nadciera pan ZENEK (czasami mówią też na niego ZENEL, co wiele tłumaczy). Oprócz skłonności do nocnych wycieczek, ZENEK jest również uznanym we wsi tenorem, o proszę, właśnie wykonuje "O Sole Mio" w takt jakiejś bliżej niezidentyfikowanej melodii z repertuaru Ich Troje. Przyspieszam kroku, aż pan Sole Mio przestaje być słyszalny. Zatapiam się ponownie w refleksjach. Aż tu nagle... O, zaraza!
No tak, rypnąłem sobie nosem w kawałek nawierzchni asfaltowej, w naszych stronach zwanej drogą. Było to rypnięcie zdrowe a potężne, aż kundle w promieniu stu metrów przestały ujadać. Ktoś mógłby błyskotliwie wydedukować, że wdepnąłem w dziurę w drodze i potknąłem się. Otóż dokładnie na odwrót. Znając na pamięć rozkład dziur w całej wsi, szedłem na pewniaka, choć ciemno było jak, za przeproszeniem, w pi-
wnicy. Idę, idę, idę, aż tu nagle bum! - tam, gdzie powinna być dziura, nie było jej. Załatali, sukinsyny!
Nic to. Doprowadziwszy do względnego ładu swoją garderobę (z nosa i tak nie było co zbierać, zresztą nie było mi go specjalnie szkoda), ruszyłem dalej. Nie wolno się zrażać byle drobnostkami. Mało to razy już się wypierniczałem po drodze do domu? Co prawda, wtedy zwykle usprawiedliwiały mnie okoliczności, wiecie chyba o co chodzi. Wznawiam kontemplację. Niestety, nic poza bolącym nosem nie przychodzi mi do głowy.
Skręciłem w boczną dróżkę. Wkrótce miałem się przekonać, skąd wziął się termin "zboczeniec", przynajmniej w odniesieniu do masochistów. Na dobry początek nadepnąłem coś miękkiego i śliskiego. Nie mogąc zobaczyć nawet czubka własnego rozkwaszonego nosa miałem szczerą nadzieję, że była to tylko zdechła żaba. Albo żywa mysz. Wyrżnąłem jeszcze ze cztery razy w zbyt nisko ulokowane konary drzew, a także zaplątałem się odnóżami w jakieś druciska. Kto tu zostawił ten szmelc? Szarpnąłem parę razy z całej siły, puściło. Jednocześnie dziwnym zbiegiem okoliczności gasną światła w okolicznych chałupach. Pardon, drodzy sąsiedzi, nie obejrzycie sobie dzisiaj "Różowej landrynki".
Idę sobie dalej wiedząc, że można tędy dojść do łąk. To najlepsze miejsce na romantyczne, nocne spacery, myślałem sobie. Nie pomyślałem tylko, że również najciemniejsze. Jest tam tak niemożebnie ciemno, że aż krążą o tym legendy. Jedna z nich mówi o pewnej parze, która zapuściwszy się w owe ustronne okolice w poszukiwaniu miejsca do, ten tego, skonsumowania swojej miłości, tak się pogubiła w realiach, że on zaszedł w ciążę, a ona po paru tygodniach odnalazła się w Irlandii.
Skoro już siedzimy w tych tematach, należałoby teraz udać się pod dom mojej ukochanej. Po co? Trudno sprecyzować, ale udać się trzeba. Tego punktu po prostu nie może zabraknąć w programie. Co prawda nie mam aktualnie żadnej ukochanej (ponieważ, praktycznym człowiekiem będąc, nie zakochuję się już od lat kilku), ale znam tu gdzieś jedną fajną blondynę. Generalnie to nie lubię blondynek, ale ta, jako się rzekło, fajna jest. Ba, tylko gdzie ona mieszka? Poznałem dziewoję na czacie. Pamiętałem, żeby zapytać ją o wymiary, ale nie pamiętałem o adresie. Fak.
Rozmyślając tak wpakowałem się nagle w jakieś ujadające kłębowisko. Miałem nadzieję, że to tylko szatan ze swą piekielną eskortą. Niestety, sytuacja przedstawiała się dużo gorzej. Była to bowiem sfora bezpańskich kundli. Takich małych, brudnych, wrednych i hałaśliwych, obszczekujących każdego napotkanego pijaczka, a jeśli ktoś nie był pijaczkiem, to tym gorzej dla niego. W takich momentach człowiek żałuje, że nie wziął ze sobą miotacza ognia. A te małe gówna szczekają i szczekają. Kopnąłem jednego takiego, że wzleciał niewątpliwie ponad kominy pobliskich chałupek, dokładnie trudno było ocenić z racji nadzwyczaj skromnego oświetlenia. Nie zraziło to bynajmniej pozostałych burków, jeden nawet dopadł moich portek i jął energicznie przerabiać je na confetti. Pozostała mi zatem tylko jedna rzecz do zrobienia, a mianowicie: spieprzać!
Dróżka na szczęście skończyła się, jawnie przecząc znanemu powiedzonku o wszystkim, co dobre. Wyszedłem tym samym na idiotę, tfu, na łąki. Pewien mój kolega zwykł mnie pytać, czemu te łąki nazywają się łąkami. Ja zaś zwykłem odpowiadać, że dlatego łąki, bo nie stepy akermańskie. A w głębi duszy, że się tak poetycko wyrażę, sam się zastanawiałem. Było nad czym. Rosła tu trawa i kupki butelek po wódce. Dawniej były tu też, ku radości komarów, zbiorniki wodne, eufemistycznie zwane stawami. Czasami pasiono tu krowy - za karę, jeśli dawały mleko nie spełniające norm europejskich. Do pełni szczęścia brakuje tylko min przeciwpiechotnych z czasów drugiej wojny światowej. Chociaż kto wie.
Gdyby nie głupie psiska, nawet pod groźbą rozstrzelania bym się tu nie wpakował, myślę sobie. Paskudna okolica. Zaczynam odczuwać zmęczenie. Idę przed siebie, snując ponure rozmyślania, kogo też mogę tutaj spotkać. Potwór z Loch Ness byłby jeszcze, dalibóg, miłym kompanionem w porównaniu do tutejszej fauny. Ale nie spotkałem potwora. Spotkałem drzewo. Przyglądnąłem mu się. Drzewo jak drzewo, zresztą figę widać po ciemku. Cud, że nie rąbnąłem głową w jego pień. Jednak Bozia nade mną czuwa. Szkoda, że nie czuwa dokładniej - pień ominąłem, ale zapomniałem o korzeniu. Wstaję, ubrania nawet nie chce mi się otrzepywać. Oddalam się jak najszybciej od fatalnego drzewa. Tak w ogóle to dopiero teraz orientuję się, że przecież na łąkach jeszcze wczoraj nie było żadnego drzewa! Cóż, dla świętego spokoju muszę przyjąć, że jakieś sobie właśnie wyrosło.
W mrocznych odmętach mojej pracującego na coraz mniejszych obrotach świadomości pojawia się ostrzeżenie, że gdzieś tutaj powinna się znajdować rzeka. A właściwie rzeką toto było kilkanaście lat temu, obecnie każdy omija ją z daleka. W dzień śmierdzi, w nocy świeci i nie zdziwiłbym się bardzo, gdyby się okazało, że zamieszkują ją piranie. W przeznaczenie nie wierzę, aczkolwiek miałem jakieś dziwne wrażenie, że tej nocy zażyję jeszcze kąpieli. No i patrz, nie minęło pięć minut i chluuup! Nie podjąłem żadnych czynności ratunkowych, mając szczerą nadzieję na utonięcie. Niestety, czekało mnie jeszcze sporo atrakcji tej nocy. Nie utonąłem, bo trudno jest utonąć w czymś ledwo głębszym niż kałuża, nawet jeśli śmierdzi jak ZENEK po udanej libacji.
Każdy szanujący się nocny spacerowicz musi zakosztować biegu. Nocny bieg to jest... hmmm, to jest to. Ale, cholera, nie miałem najmniejszej ochoty. Tak jakoś. Będę szczęśliwy, jeśli uda mi się w ogóle dowlec z powrotem do domu, myślę sobie. A droga daleka. W sumie nawet nie wiem, gdzie jestem. Nagle - światła jakoweś dziwne przede mną. UFO! Tego tylko brakowało. Biorę nogi za pas, zapominając migiem o zmęczeniu. Bądź co bądź, nie wypada przecież pokazywać się obcej cywilizacji w takim stanie. Co by sobie mogli o nas pomyśleć, widząc jakiegoś czubka z rozbitym nochalem, błądzącego po odludziu? Po chwili dochodzę do wniosku, że nawet gdyby mieli przeprowadzać na mnie eksperymenty, zawsze lepsze to, niż zdradzieckie łąki. Zwalniam więc, a konkretnie to przewracam się znów na jakimś porzuconym badziewiu. Niestety, dziwne światła już znikły. Wykończony, półprzytomny, resztkami sił czołgam się dalej. Już nawet nie pamiętam, jak się nazywam, zresztą na cholerę mi to, może nikt na tych pochrzanionych bagniskach nie będzie ode mnie żądał wylegitymowania się. Z wolna tracę poczucie upływu czasu...
...Odzyskuję zmysły, lub raczej ich większość, w jakimś przydrożnym rowie. Nade mną zbiegowisko, stopniowo rozpoznaję swoich sąsiadów. Rodziców na szczęście nie ma. Jest za to pan policjant, nic nie mówi, tylko się groźnie przygląda. Ciekawe co sobie myślą ci wszyscy ludzie na widok takiego zabłoconego obdartusa z pokiereszowaną gębą, leżącego w rowie. Ciekawe. Wreszcie pan policjant przemawia. Od niedawnych wrażeń szumi mi w uszach, nie mogę zrozumieć ani słowa oprócz jednego, powtarzającego się kilka razy wyrażenia - "izba wytrzeźwień". Idioci. Ale nie mam siły protestować. Ląduję na tylnym siedzeniu radiowozu. Ruszamy. Po drodze omal nie rozjeżdżamy zygzakującego ZENKA, który do tej pory jeszcze nie trafił do domu. Pan policjant kiwa mu przyjaźnie głową. Nigdy więcej łażenia po nocy.
Pewien Gość
zlosliwiec@epf.pl
PS. Wam również odradzam.
PPS. A jak już musicie - uprzedzam lojalnie, weźcie miotacz ognia.
30.10.2004