| Spowiedź 14.V. - 6.VI. 2005 |
|
Chciałbym w końcu zrozumieć. Z całego serca. Chciałbym pojąć, po co to wszystko. W jakim celu mam się poddawać upodleniu spowiedzi. Dlaczego co roku, jak posłuszny kundel, co się do hycla przyzwyczaił, mam obowiązek udać się do kościoła, przyklęknąć na niewygodnym, śmierdzącym drewnie i wyznać, co mi na sercu leży. Co jest celem nurzania się w bagnie własnej duszy? Grzęzawisku? Matni? Sitowiu, ułożonym najczęściej na przestrzeni lat z mniej lub bardziej sensownych zarzutów. Do tego, wynikających z dziesiątków nakazów, przykazów, zakazów i poleceń. "Bądź dobry" - tłukli od najmłodszych lat. Żyj zgodnie z dekalogiem, słuchaj rodziców. Nie kłam, nie cudzołóż, nie kradnij, nie miej bogów. Nie chlej wódy, nie ćpaj. Nie traktuj dziewczyn jak przedłużenie własnej ręki, pojemnika na spermę, chodzącej waginy. Nie stosuj gumek, nie pozwalaj partnerce stosować pigułek. Nie oddawaj się hazardowi. Stosuj jednak "kalendarzyk", czy watykańską ruletkę, jak kto woli... Idź się wyspowiadaj. Zrytualizuj, doprowadź do trywializmu swe wnętrze. Wyrecytuj listę. Tą samą od kilku lat. Nudną, aż do bólu, kartę ludzkiej egzystencji. Urozmaiconą tylko czasem jakimś bardziej wymyślnym seksem przedmałżeńskim. Pochwal się księdzu, ile to partnerek miałeś, ile to prezerwatyw zużyłeś. Ile razy zarzygałeś się na imprezie, ile razy wysklinałeś kogoś w myślach, życząc mu co najmniej problemów ze wzwodem, garbatych dzieci i tasiemca uzbrojonego. Machnie tylko ręką, niewzruszony twymi dokonaniami. Nawet nie zwróci uwagi na to słynne miejsce "in blanco" pod koniec formułki spowiedzi, mieszczące wszystko to, co robi się na całkowitym zgonie alkoholowym. Wszystko to, czego umysł się wypiera, lub spycha w dobrze zagrzebane zakamarki pamięci. Albo co jest na tyle nieistotne, że się zwyczajnie zapomina. Ma własne problemy, a ty jesteś dla niego kolejnym tradycyjnym stuknięciem w drewno konfesjonału. I niczym więcej. On po prostu nie może wiedzieć, że ty..., że ja... nie rozumiem wielu rzeczy. Nie mogę pojąć, dlaczego muszę wylewać z siebie i żałować za coś, co jest normalnym zachowaniem żywego człowieka? Dlaczego zostałem stworzony z wadami człowieczeństwa i muszę się ich wypierać wbrew memu odczuciu? Dlaczego muszę żałować czegoś, co sprawia mi przyjemność, a jednocześnie nie szkodzi innym? W końcu dlaczego, skoro nie jestem ideałem, wymaga się ode mnie dążenia do ideału? Bezproduktywnego, niemożliwego do spełnienia, ciągle z tym równie nieszczęsnym, co śmiesznym wręcz: "postanawiam się poprawić". Ja po prostu wiem, że to nie jest możliwe. Ja wiem, że abosulotowi, jaki by nie był, za przeproszeniem, wisi, co i kiedy zakładam na swego penisa. Czuję, że jestem człowiekiem - z całym dobrodzejstwem inwentarza. Całe to bagno, śmietnik duszy, jest w gruncie rzeczy tym, co decyduje o moim człowieczeństwie. Czasem zdarza mi się nie zapanować nad złością, walczyć o swoje, szukać korzyści dla swej osoby w świecie. Czerpać radość z zapamiętania, miłości, złości. Z życia. I nie widzę w tym nic złego. Potrafię myśleć, nie potrafię recytować wierszy. Jestem inteligentny. Więcej grzechów nie pamiętam... |
|
Gregorius grzeniu@gmail.com |