OSTATNIA UCIECZKA

    Wychodzę ze szkoły. Idę szybkim krokiem, spieszę się na autobus. Nagle on zagradza mi drogę. Chcę go minąć, ale on mi nie pozwala. Pytam, o co mu chodzi. Mówi, że dobrze wiem. Tak, tak naprawdę to wiem. Cały problem w tym, że on się myli. Myśli, że ona rzuciła go dla mnie. Ale to nieprawda. Ona gardzi mną jeszcze bardziej niż nim. Nie zwraca na mnie uwagi. Jestem dla niej mniej ważny niż pająk, bo gdy go zauważy, to krzyczy ze strachu, a mnie omija wzrokiem. Dlaczego on uważa, że to przeze mnie? Rzuciła go, bo był gnojem. Traktował ją jak szmatę. Dlatego od niego odeszła. Ja bym nigdy nie skrzywdził żadnej dziewczyny. Nie tej dziewczyny. Nie celowo.

    On nadal stoi przede mną i zaciska pięści. Obserwuje moje reakcje. Mówię mu, że się myli. Tylko go jeszcze bardziej wkurzyłem. Dochodzi do niego dwóch kumpli. Oni wiedzą, o co chodzi. Nie, tylko myślą że wiedzą. Tak jak on. Odwracam się i chcę odejść, ale on chwyta mnie ze ramię. Mówię mu, że to pomyłka, niech pogada z nią. On wybucha gniewem. Grozi, że mnie zaraz zabije. Jego kumple starają się zajść mnie od boku. Zrywam się do biegu.

   Uciekam. Oni są tuż za mną. Przebiegam przez ulicę, omal nie potrącił mnie samochód. Patrzę przez ramię i widzę, że jeden z nich przeskakuje przez pojazd. Zostali w tyle, może dziesięć metrów. Postanowiłem skierować się do najbliższego wieżowca. Na najwyższym piętrze zawsze była drabina na wierzchu. Mógłbym wejść na dach i wciągnąć drabinę na górę. Ciągle biegnę. Potykam się. Nadal biegnę. Przeskakuję w pełnym biegu przez barierkę. Jeden z nich przewrócił się na niej, ale pozostałych dwóch ciągle jest za mną. Wbiegam do wieżowca. Na schody. Do góry. Niestety też wybrali schody. Gdyby jechali windą, mógłbym się cofnąć. Ale biegną wyżej. Czwarte piętro. Na schodach potrącam jakiegoś mężczyznę. Zaczął mnie wyzywać, ale po chwili milknie, potrącony przez dwóch rozpędzonych chłopaków. Siódme piętro. Czuję się zmęczony. Oni chyba też, bo wyraźnie słyszę ich sapanie. Dziesiąte piętro. Jest drabina. Wchodzę na nią, klapa od dachu jak zwykle nie zamknięta. Jestem u góry, chcę złapać drabinę. Zapomniałem! Jest tu na stałe! On już wychyla się z dziury. Kopnąłem go w twarz. Spadł z drabiny, słyszę jego krzyk. Na dachu jestem sam. Po co ja tu wbiegałem? Oni już też są na górze. Po chwili pojawia się trzeci. Cofam się. Wiem, że stoję już na krawędzi. Zdejmuję plecak. Rozkładam ręce. Udaję, że chcę skoczyć. Może uwierzą.

   Dzieje się coś, czego się nie spodziewałem. Nadal się zbliżają. W jego oczach widzę szaleństwo. Krew leci mu z nosa, a na ustach czai się obłąkany uśmieszek. Chce mnie zepchnąć. Dlaczego ona nie powiedziała mu, z jakiego powodu go rzuciła? Nie wiem, co mam robić. W ostatnim przypływie odwagi rzucam się. Na nich. Może się przebiję. Trzymają mnie. Ciągną. Uderzyłem jednego w brzuch, ale nic więcej nie mogłem zrobić. Wykręcili mi rękę. Usłyszałem głośne: trzask. Poczułem ból. Złamali mi rękę. Uderzyli mnie kilka razy. Próbuję się wyrwać, podnieść, ale są za silni. Zepchnęli mnie. Spadam...

***

   W gazecie ukazuje się artykuł o kolejnym samobójstwie. Młody chłopak skoczył z wieżowca. Bzdura. Trzy osoby znają prawdę. Kilka osób domyśla się jej. Reszta dziwi się, dlaczego skoczył. Wszystko dlatego, że ona nie powiedziała mu, dlaczego. Jedno niedomówienie. Tyle krzywdy...

   Autor: KaMpO vel. kampo_89

e-mail: kampo_89@wp.pl