Zapewne do końca myślał, że Niebo istnieje. W chwili, kiedy ludzie na całym świecie spali, kopulowali, zabijali, umierali, oglądali telewizję, robili zakupy, czekali na jego śmierć, a ja słuchałem Kaczmarskiego i grałem w Sapera, on przestał oddychać. Gdy zamykał oczy po raz ostatni, przeczuwając, że już ich więcej nie otworzy, miał nadzieję, wierzył, być może jeszcze głębiej niż przez całe swoje życie, że czeka go Raj, obcowanie z Bogiem i wieczna szczęśliwość.
Ja jednak wierzę (tak, wierzę), że That's all, folks!, koniec i kropka, i nawet nie ciemność, bo po prostu nic - takie samo niewyobrażalne nic, jakie było przed moimi czy twoimi narodzinami. Trochę jednak żałuję, że nie pojawia się plansza z napisem: The End i że nie ma choć krótkiej chwili z napisami końcowymi, z których dowiedzielibyśmy się, że scenariusz napisał duet Przyczyny i Skutku, kierownikiem planu był Człowiek wespół z Chaosem, reżyserował Ślepy Los, a produkcją całości zajęła się Natura. Naprawdę szkoda. Świetnie by było ze złośliwym uśmieszkiem pomyśleć jeszcze: A nie mówiłem!, zanim przepadłbym na zawsze. Niestety - nawet nie będę wiedział, że umarłem.
Ciekawe, czy leżąc na łożu śmierci, myślał o ostatnich chwilach Chrystusa. Ten, którego uważał za Zbawiciela, wykrzyczał przecież niedługo przed skonaniem: Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?! W momencie ogromnego bólu i strachu przed śmiercią dopuścił się najzwyklejszego bluźnierstwa. Zawsze mnie zastanawiało, jak się ma ten rozpaczliwy (i jakże ludzki) gest do tezy o bezgrzeszności Chrystusa. Czy takie wyparcie się woli Boga, taka niewiara w mądrość i dobroć Najwyższego nie powinny zamknąć Jezusowi drogi do Nieba?
A co on ma do tego? Otóż zastanawiam się, czy cierpiąc ogromny fizyczny ból i wiedząc, że umiera, nie pomyślał jednak o słuszności tego Chrystusowego wyrzutu. Jak każdy kapłan nauczał o konieczności śmierci, ale czy kiedy miała ona zabrać właśnie jego, choć przez chwilę nie poczuł, że świat może i nie jest zorganizowany dobrze, że właściwie mogłoby być inaczej? Przecież Bóg miał nieograniczone możliwości stworzenia, dlaczego więc nie ustanowił innych praw rządzących naturą?
Chrystusa najpełniej rozumiem właśnie w tym bluźnierczym okrzyku. Jako skończony egoista pochwalam ten samolubny gest, ale widzę w nim też coś więcej niż buntowniczą manifestację JA. Nie chodzi mi jedynie o to, że Jezus zgadzał się na swoją śmierć, ale nie w tym właśnie momencie, w którym ona nadeszła (czyli mniej więcej tak, jak większość z nas). Nie mam na myśli również tego, że tymi kilkoma słowami poddał w wątpliwość całą swoją utopijną naukę - kiedy rzeczywistość zderzyła się z ideą, stanął oczywiście po stronie dotykalnego aż do bólu, jak gdyby zdając sobie sprawę z odrobiny hipokryzji tkwiącej w tym wszystkim, co do tej pory głosił. To wszystko jest oczywiście istotne, ale w tym bluźnierczym pytaniu wykrzyczanym w niebiosa najbardziej mnie uderza jego prometeizm. Był to bodaj jedyny raz, kiedy w tej nierównej "walce" człowieka z Bogiem, Chrystus stanął po stronie słabszego.
Tak na marginesie: czy przyszło wam kiedyś do głowy, że w gruncie rzeczy Jezus nie zrobił niczego wielkiego? Sądzę, że każdy normalny człowiek, gdyby powiedziano mu, że jego śmierć uratuje całą ludzkość, wahałby się tylko przez chwilę, zanim zgodziłby się na taką wymianę. Czy nie większym bohaterem niż Chrystus jest żołnierz, który zasłania swoim ciałem rzucony przez wroga granat, ratując w ten sposób życie kilku kolegów? Czy nie dokonuje bardziej heroicznego czynu strażak, który ginie w płomieniach, próbując wynieść z pożaru dwoje dzieci? Umrzeć za całą ludzkość? Łatwizna.
Phnom Penh
phnom@go2.pl