No więc... Piątek to może dla niektórych czas odpoczynku od nauki, dla niektórych dzień wypłaty, a dla niektórych to po prostu piątek. Mam niefarta powiedzieć wam, że to, co wam teraz powiem będzie dla was szokiem... Otóż... NIENAWIDZĘ PIĄTKÓW!!! Piątki to te dni, w których zawsze, ale to zawsze dzieje się coś dziwnego, niepowtarzalnie głupiego, lub pechowego. Zawsze dostaję trampkiem w twarz, dostaję złą ocenę, nic mi nie idzie i w ogóje jest jakoś tak chu... głupio. Cóż... Widzę, że nic nie rozumiecie. Wyjaśnię to na moim (najmniej) ulubionym przykładzie. Ahem:
W piątek mamy (chłopaki oczywiście, dziewczyny mają jeszcze informatykę) cztery lekcje, nie licząc pierwszej wolnej od zajęć. Wtedy to zbieramy się przed szatnią i odrabiamy lekcje, gramy w karty, bądź po prostu nawijamy o czym się da. Obgadujemy klasy, poszczególnych ich członków, ciało pedagogiczne i sklepik szkolny. Nawijamy. Ten (nie)miły dzień zaczął się (jak już wcześniej podałem) ciosem trampka w twarz. Oczywiście ktoś rzucił nim, a gdy już się ocknąłem, nikt się nie przyznawał. Zacząłem grać w karty z tą częścią klasy, która umiała grać w makao. Oczywiście skaleczyłem się kartą i przegrałem. Jak zwykle. Na (nie)dobry początek dnia mieliśmy angielski. "Super! W końcu się rozerwę!"! I prawie tak było. Pani chciała się zemścić(?) na mnie i na SzAmBiArZ'u, klasowych angielskich kujonach(A jak!). Usadziła nas na środku klasy i zaczęła się zabawa! Klasa pytała nas o jakieś głupie, dziwne, nie klejące się, stare, niemodne i w ogóle bez sensu rzeczy. My nie mogliśmy odpowiedzieć "yes" i "no", tylko "of course", czy "you're right!". Prawdę mówiąc, wynudziłem się jak mops. Po tym (nie)miłym przedmiocie mieliśmy (o zgrozo!) matmę. Jak zwykle próbowałem się kryć za nieco "szerszym" SzAmBiArZ'em, ale i tak babka powiedziała "Czubak, do tablicy!". No i weź takiej jędzy nie pier... uderz w ry... twarz! Postawiła mnie przed tablicą zasłaną przykładami, wzorami i obliczeniami, powiedziała, że bobobachblahblahblahyoyoplapladuuupatruupa i obliczyć z tego 1234% i 33 setne. Ominińmy tą (nie)miłą scenę i zasłońmy ją kurtyną przemocy. Cóż, tak czy owak Wolwie by to obliczył (kujon!), ale JA? Zwykły (nie)śmiertelnik! Nie upadam tak nisko! NIGDY! Powiedziawszy to usiadłem i zadzwonił dzwonek. Uff... Połowa za mną! Potem mieliśmy... Technikę! To dopiero było śmiechu warte! Porek (fajna ksywa, co? Porek, toporek, grzyb i głodomorek! Yoł!) w swoim obskurnym sweterku oznajmił pracę ["Oznajmił pracę"?!! Jezu, a ty chcesz mieć 5 z polaka!], wydarł się parę razy, pirdnął, żygnął, spoczął na swoim krzesełku i zaczął mruczeć "mfffmchudopolkopaskertyczypiędziesiąt". No, nie licząc lecącego, papierowego samolocika, który lądując dźgnął mnie w oko, lekcja była najprzyjemniejsza. Nareszcie doczekałem się ostatniel lekcji zwaną przyrodą. Przyrodnica rozdała nam atlasy i powiedziała "Tylko cicho być!". Po dziesiątej minucie lekcji ktoś pierdnął płasko. Cisza w eterze. "Kto to był, niech przeprosi" poprosiła przyrodnica. Szum drzew za oknem. Znowu, tym razem głośniejszy pierd. Czerwona na twarzy przyrodnica wstała, krzyknęła coś w gwarze nauczycielskiej i zemdlała. A że nikt nie wiedział o co jej chodziło, zostawiono ją tak jak leży. Po dzwonku ktoś (chyba Chester) wylał jej na twarz wiadro wody. Ale mnie już tam nie było. Leżałem na trawie i całowałem ziemię. Nareszcie weekend. Ten piątek się jeszcze nie zakończył! To był dopiero... POCZĄTEK!
Zrozumieliście, o co chodziło mi na początku? No, to dobrze! A wię chciałby oświadczyć dwie rzeczy:
1. Nie wierzcie we wszystko, co napisałem.
2. Cała reszta moich artów będzie po prostu... Hardcore'owa!
Zaxy_13
zaxy_13@o2.pl
PS: Tekst "Nienawidzę piątków" w 50% pokrywa się naprawdę z prawdą.
PSS: Pozostałe 50% to czyste duby smalone.
PPSS: Czy duby smalone mogą być czyste?
PPSSS: Wychodzi na to, że tak!
PPPSSS: Jak skończę pisać PS'y to zobaczycie, że duby smalone mogą być czyste.
PPPSSSS: Chcecie? No, dobra!
PPPPSSSS: Duby...
PPPPPSSSS: ...smalone...
PPPPPSSSSS: ...są czyste!
PPPPPPSSSSS: I jak? No to dobrze, że dobrze. No więc... Nara!