::: PEŁEN
SPONTAN? :::
Pamięci wszystkich
właścicieli monet
rozsypanych
na szczytach
świata
Od dawna obserwuję różne
dyscypliny sportu, ale dopiero dziś zainspirowało mnie NNN – Narzekanie Na
Naczelnego. Spokojnie zaliczyłabym to do sportów ekstremalnych, bo
adrenalina jest – szkoda, że tylko u jednej osoby. Jako znudzony kibic
zamiast gwizdać, coś Wam powiem. Nie jestem ekspertem od ekstremów – a
ilu z nas jest? Uderzcie się w blade klaty ilu z Was wyrusza w tym roku w
Himalaje, skacze na bungee czy łapie wiatr w żagle? Prawdziwi eksperci w tym
momencie szukają sponsorów, po raz setny sprawdzają sprzęt na wyprawę i w
każdej wolnej chwili (bo wielu musi też egzystować w szarej rzeczywistości
typu studia, praca) ćwiczą dłonie i stopy, aby nie zawiodły ich na skalnej
ścianie. Prawdziwi eksperci nie mają czasu na wyzłośliwianie się w
felietonach. Macie pecha, bo ja mam.
Oglądając zdjęcia i relacje z
wypraw jesteśmy świadkami tylko efektu końcowego – moich dwóch znajomych
na oblodzonym szczycie rozpoznaję tylko po goglach, w których odbija się
jak w lustrze panorama Alp. Albo ta fotka z Dolomitów – lina na pionowej ścianie,
na niej w pewnej odległości od siebie zawieszone żółte i czerwone kaski.
Zmęczenie, ale i uśmiech.
Dotykam też czekana i gładkich, ostro zakończonych raków,
które wbijały się w himalajski lód. Mały pokoik zagracony sprzętem,
kalendarz ze zdjęciami z wypraw (też na sprzedaż, jeden ze sposobów na
zdobycie gotówki) i niepozorny
człowiek, w którego głowie rodzi się wielki plan. I zazwyczaj na tym kończy
się spontan, a zaczyna żmudna praca. Poszukiwanie sponsorów, zdobywanie
pieniędzy na dojazd, sprzęt, jedzenie. To są długie miesiące intensywnej
harówki, zanim zobaczycie ośnieżony szczyt i zamrożone wąsy mojego
przyjaciela.
Czasem na kilka miesięcy przed zaplanowanym wyjazdem nic
jeszcze nie jest gotowe, brakuje połowy kasy, przychodzi załamanie, że nic
z tego nie wyjdzie. Czasem tylko ślepy traf, szczęście zaważa na szali i
grupa wyrusza w trasę.
Wspinaczka to strategia. W górach nie
ma miejsca na szaleństwo, trzeba dobrze odmierzyć siły na odległość,
stopień trudności podejścia, czas i zmiany pogody. Niekiedy trzeba
przeczekać kilka dni w obozie, bo opady śniegu i silny wiatr uniemożliwiają
przebicie się do kolejnego miejsca postoju. A wtedy też przychodzi zwątpienie,
bo czas leci a jedzenia ubywa. I gdy wychodzi słońce – szybka decyzja,
jedziemy dalej z koksem. Góry mają swój nieubłagany rytm, człowiek musi
się do niego dostosować. Tam jesteś tylko nic nie znaczącym punktem, który
musi liczyć się z każdą minutą, aby w równym tempie zdobyć upragniony
szczyt, a potem bezpiecznie zejść do obozu za dnia.
Bywa i tak, że nawet z prostych
wypraw można nie wrócić. Poluzowany hak, samotny lot, potem długie miesiące
poszukiwań. Godziny przy telefonie, rodziny skupione przy telewizorze. Ukryte
pod skalną półką ciało znaleźli po rozsypanych złotówkach… To
pozostawiło ciemny ślad na wszystkich z tej grupy.
Znów wracam do zdjęć. Na niektórych
szczytach – tłumaczy znajomy – spędza się tylko kilka minut, bo trzeba
szybko wracać. Albo nie ma na tyle miejsca, by bezpiecznie usiadły dwie
osoby. To jest tak potworne zmęczenie, że nie jesteś w stanie się cieszyć.
A jednak wracają. Zdobywają uprawnienia przewodników górskich, znów
szukają sponsorów, choć teraz – jak w górach – niektóre szlaki
przetarte. Wspinaczka jest ich piękną przygodą i ma w sobie coś z magii
– wysiłek włożony w przygotowanie każdego podejścia jest jak rytuał.
My siedzący
przed komputerem, przerzucający kartki w albumie często nie zadajemy sobie
pytania, jaką drogę tak naprawdę trzeba pokonać, aby wdrapać się na ośmiotysięcznik.
To nie jest tylko to, co widzisz w TV, to jest sposób na życie. Pasja,
wszystko podporządkowane jednemu celowi. To jest to ekstremum, żeby to
wytrzymać i nie ugiąć się trzeba mieć silny charakter. Kilka minut
adrenaliny to tylko czubek góry lodowej – czujesz to?
:: Lucyferia
::
|