::: JANAS
- REAKTYWACJA :::
Był taki okres, w którym w
drużynę pana Janasa nie wierzyłem. Okres ten był długi, gdyż trwał od
momentu pierwszego meczu "nowej" reprezy do inauguracyjnego
spotkania eliminacji Mistrzostw Świata 2006. Wtedy właśnie coś pękło,
drużyna "nielotów" zaczęła wygrywać, a moje serce było jej
coraz bliższe. Wszystkie te emocje opisywałem w kolejnych felietonach, które
publikowałem na łamach innego elektronicznego czasopisma. W momencie, w którym
piszę te słowa Polacy są liderami grupy i są na najlepszej drodze by zagrać
w przyszłorocznym Mundialu. Najpiękniejsze w tym wszystkim
jest to, że wystarczą im jeszcze tylko zwycięstwa z Walią i Austrią (na własnym
stadionie), aby do Anglii mogli jechać na wycieczkę. Super...
Ostatnim krokiem, który do tej pory reprezentacja Polski wykonała na swojej
drodze do MŚ było zwycięstwo nad Azerbejdżanem 4. czerwca 2005 roku. Mecz
w Baku przed rozpoczęciem wydawał się jedynie formalnością, gdyż u nas
Azerowie zebrali srogie (8:0) baty. Tak oczywiście myśleli tylko kibice mało
obeznani z ulubioną dyscypliną sportu. Ludzie siedzący "w branży"
od lat wiedzieli, że to spotkanie może okazać się morderczą bitwą, gdyż
żadna drużyna grupy szóstej nie miała w Baku łatwej przeprawy. Sądzić
tak można było po żądzy rewanżu, jaką pałali w przedmeczowych
wypowiedziach Azerowie oraz po zapowiedziach, że w przypadku porażki ich
trener, Carlos Alberto, pożegna się ze stanowiskiem.
Wszystkie te domysły, spekulacje oraz stwierdzenia były oczywiście domeną
ludzi stojących nieco z boku. S-kadra była od początku przygotowana na to,
że spotkanie z Azerbejdżanem będzie trzeba co najmniej wybiegać, znała
swoją wartość i jednocześnie nie lekceważyła przeciwnika. Takie
nastawienie piłkarzy s-kadry cieszyło, gdyż pokazywało, że będą naprawdę
grać, a nie czekać aż mecz sam się wygra. Może to co piszę wydaje się
absurdalne, gdyż takie nastawienie jest podstawą w uprawianiu piłki nożnej
zawodowo, jednak nasi reprezentanci niejednokrotnie udowadniali, że wcale tak
być nie musi (vide spotkanie z Łotwą w el. Euro 2004).
Jedyną niepokojącą dla kibiców wiadomością przed spotkaniem w Baku był
brak w drużynie Jacka Krzynówka. Zawodnik Bayeru Leverkusen złapał jakąś
lekką kontuzję i trener po prostu nie chciał go przemęczać, a
"znawcy" od razu zaczęli węszyć w tym wszystkim jakiś smród.
Ludzie - nasza kadra nie opiera się tylko na jednym zawodniku, a w meczu z
raczej słabym rywalem taki brak nie jest w stanie osłabić siły rażenia całej
drużyny! No tak, ale niektórzy uwierzą dopiero jak zobaczą...
Polacy rozpoczęli spotkanie od szturmu, który przyniósł kilka naprawdę
groźnych sytuacji nie zakończonych bramkami. Ataki te kosztowały s-kadrę
sporo sił, gdyż po nich na kilka minut inicjatywę przejęli Azerowie. Ich
akcje nie przyniosły jednak powodzenia, a nawet zagrożenia. W okolicach 20.
minuty gra się uspokoiła, a w 28. po sprytnym zachowaniu Frankowskiego w
polu karnym Polacy prowadzili 1:0. Od tego momentu trener Carlos Alberto był
wyjątkowo uczulony na decyzje sędziów, które komentował ostentacyjną
gestykulacją (szczególnie po zdobyciu przez jego podopiecznych gola z
pozycji spalonej). Pierwsza połowa spotkania zakończyła się skromnym 1:0
dla Polski. A powinno być więcej, jednak naszym reprezentantom (głównie
Kosowskiemu i Żurawskiemu) zwyczajnie brakowało szczęścia.
Początek drugiej połowy przyniósł widoczne ożywienie w szeregach s-kadry,
natomiast po Azerach było widać, że powoli tracą siły i nerwy. Spełnienie
przyszło w 57. minucie, kiedy Tomek Kłos po dośrodkowaniu z rzutu wolnego
skierował głową piłkę do bramki rywali. 2:0 to był rezultat, który dawał
nam poczucie bezpieczeństwa i tego, że włożyło się w mecz choć szczyptę
zaangażowania. Dla Azerów druga bramka oznaczała pogorszenie nastrojów, a
dla trenera Carlosa Alberto stuprocentowe pożegnanie się ze stanowiskiem. Od
58. minuty gra się wyraźnie zaostrzyła, gdyż nasi rywale nie przebierali w
środkach i koncentrowali się na nogach biało-czerwonych zamiast na piłce.
Nasi jednak nie dali się złamać i sprowokować, gdyż w 79. minucie Żurawski
po fantastycznym dograniu Niedzielana dopełnił formalności. Bramka na 3:0
spowodowała wybuch złości u Carlosa Alberto, który najpierw uderzył
technicznego, a po ujrzeniu czerwonej kartki zaczął pokazywać obraźliwe
gesty w kierunku kibiców i sędziów. Było to coś naprawdę obrzydliwego. I
pomyśleć, że dopuścił się tego kapitan mistrzowskiej drużyny Brazylii z
1970 roku...
Po wyprowadzeniu trenera Azerów do szatni, ci zaczęli poczynać sobie
jeszcze odważniej niż wcześniej. Oczywiście tylko w kwestii atakowania nóg
naszych piłkarzy, bo na prawdziwą grę ochotę stracili już po utracie
drugiej bramki. Na szczęście żaden z naszych piłkarzy poważnie nie
ucierpiał.
Mecz z Azerbejdżanem repreza może zaliczyć do jak najbardziej udanych -
przecież odniosła dość wysokie zwycięstwo na dość trudnym terenie i
poważnie zbliżyła się do awansu do przyszłorocznych MŚ. Piłkarze nie
powinni jednak popadać w euforię, gdyż przed nimi jeszcze dwa arcyważne
mecze, które po prostu muszą wygrać. Wielka w tym jest rola mediów, które
nie powinny nadto drużyny Janasa chwalić i snuć co do niej jakiś wielkich
prognoz. S-kadra po prostu musi być na te spotkania w 100% zmotywowana, aby
nie powtórzyła się sytuacja z el. MŚ 2002 z meczu z Białorusią (1:4). To
spotkanie sprzed czterech lat było tylko nie mającym konsekwencji ostrzeżeniem.
Niestety, na dzień dzisiejszy limit ostrzeżeń się wyczerpał...
Azerbejdżan - 0
Polska - 3 (28' Frankowski, 57' Kłos, 79' Żurawski)
Żółte kartki: Kamał Gulijew, Ildar Abdulrachmanow (Azerbejdżan).
Czerwona kartka: trener Carlos Alberto Torres (82', Azerbejdżan).
Sędziował: Alberto Undiano Mallenco (Hiszpania)
Widzów: ok. 18.000
Azerbejdżan: Dżahangir Gasanzade; Kamał Gulijew, Raszad Sadygow,
Awtandił Chadżijew (77' Nadir Nabijew); Machir Szukurow, Ildar
Abdulrachmanow (77' Ildar Gurmanow), Emin Gulijew, Raszad Abdullajew, Raił
Melikow (61' Zaur Ramazanow); Asłan Karimow, Gurban Gurbanow.
Polska: Jerzy Dudek; Marcin Baszczyński, Tomasz Kłos, Jacek Bąk,
Tomasz Rząsa; Kamil Kosowski, Radosław Sobolewski, Mirosław Szymkowiak (90'
Arkadiusz Radomski), Sebastian Mila (84' Marek Zieńczuk); Maciej Żurawski,
Tomasz Frankowski (57' Andrzej Niedzielan).
:: zabójca
::
|