TOOL
Aenima



Ludzie się zmieniają. Czasem to aż zanadto. Zmieniają się wraz z nimi ich gusta muzyczne, czego najlepszym dowodem jest sama ta recenzja. Ni stąd, ni zowąd, tak się stało - Obywatel polubił Toola. Choć na wytłumaczenie tegoż dziwnego zjawiska istnieje pewna, jego autorstwa zresztą, teoria. Rozwój, proszę państwa! Obywatelska dewiza: Permanentna Progresja. To ja może, miast nudzić, skład przedstawię tejże nietuzinkowej, choć byjnajmniej nie genialnej kapeli. nie ma to jak klaustorofobia...


Maynard James "Maniakalna Depresja" Keenan - wokale, teksty

Adam "Lubię Garaże" Jones - gitara

Paul "Klaustrofobia Forever" D'amour - bas

Danny "Ciasno Mi" Carey - perkusja


Aenima to w sumie pierwszy tak "dojrzały" album w dorobku tej grupy. Muzyka znajdująca się na albumie to bardzo dobra próbka stylu, który Tool obrał na Lateralusie. Jak zwykle towarzyszy nam surowe, dość wygładzone, klaustrofobiczne brzmienie, plus spora dawka "przezroczystego" wokalu Maynarda. Muszę przyznać, że muzyka Toola zaskoczyła mnie w kilku moemntach. Słychać tu sporo rozwiązań typowych dla art-rocka(choć nie znajdziemy tu ani grosza wirutozerii), zwłaszcza w uszy rzuca się precyzja riffowa i połamana, nieparzysta rytmika, w której odzywają się echa King Crimson. Wszystko to tworzy ciekawą syntezę z grunge'ową psychodelią i momentami wręcz nu-metalową dynamiką. Dodajmy do tego jeszcze precyzyjną jak mało co technikę muzyków(brawa dla Danny'ego - to jest pałker co się zowie)... wyjdzie nam mieszanka - o dziwo - dość unikatowa.

Z tego, co napisałem, logicznym powinno się wydać, że grupa nie powstrzymuje się przed eksperymentami - ba! Wręcz żyje nimi. Weźmy na ten przykład trąbkopodobne wstawki w Eulogy(plus oniryczny klimat z nutką dekadencji), czy fortepianowy podkład do Message To Harry Madback. Ten drugi jest tu zresztą jedynie jednym z kilku "przerywników", dzięki którym lepiej odbieramy album jako całość. Tak, proszę państwa - choć płytka concept albumem nie jest, spójna jest niesamowicie. Odczuć się da, że to, czego słuchamy to rzeczywiście ALBUM, a nie "składanka utworów Tool powstałych w okolicach 1996 roku". Za co brawa się należą. Co prawda nie uważam, by wszystkie utwory z Aenimy były warte naszych uszu(na przykład kompletnie do mnie nietrafiający singlowy Stinkfist) - ale słuchanie płyty w całości jest dość ciekawym przeżyciem.

Nie da się powiedzieć, by utwory były z tych kiepskich, choć przyznam, że denerwować moze niektórych zbyt małe zróżnicowanie stylistyczne. Każdy song opiera się zresztą na dającym się wychwycić patencie - kto ma uszy, wychwyci. Mimo to zachwycają pieczołowitością, klimatem, a niektórych - surowością. Z pewnością zachwyca melodyjny i dość ekspresyjny H., z jazzującą lekko linią gitary, tudzież ciekawą konstrukcją. Podobać się mogą również linie wokalne Maynarda w Jimmy - utworze dającym chyba najlepszą próbkę możliwości jego dość mało zróżnicowanego głosu. Forty Six&2 nie robi złego wrażenia, głównie dzięki melodyjnej linii basu(odzewie się to potem w Schism:)), ale czempionem absolutnym jest tu niesamowity Pushit - kwintesencja tej płyty. Zmienny jak w kalejdoskopie nastrój, budujący napięcie tekst - z początku delikatny, również lekko jazzowy patent. Z czasem nabiera mocy by uspokoić się na dłuższą chwilę, po czym zaatakować genialnym, ezgaltowanym krzykiem Keenana: there is no love in fear! i gitarową kulminacją się skończyć. Ileż to emocji tam siedzi! A melodyka bynajmniej nie rozwiązła, motywów kilograma również tam nie upchano... wszystko trwa 9 minut z hakiem i nie nudzi.

Mimo przebłysków lekko ostrzejszego grania, Tool woli utrzymywać się w swoich onirycznych klimatach, muzyce wyjętej jakby żywcem z którejś z narkotycznych wizji lidera. Muzyce, która tworzy zupełnie dziwny, klaustrofobiczny klimat. Odrealniony, rzekłbym nawet. Nie ma tu natomiast ni krzytyny mroku. Podobnie jest w tekstach - Maynard często opowiada o miłości i troszkę mniej wesołej stronie ludzkiej duszy. Ponadto używa wielu ciekawych sformułowań, dość chaotycznie konstruuje - najprawdopodobniej wynika to z jego techniki "pisania". Mianowicie, gdy utwór jest już gotowy, staje przed mikrofonem z ułożonymi liniami wokalnymi i improwizuje. Zapewne dlatego pojawiają się nie raz błędy gramatyczne. :)

Ale pamiętajmy, że twórczość Toola jest poniekąd jednym wielkim szyderstwem, żartem - i to doskonale odbija się w lirykach. Trudno się nie uśmiechnąć, gdy Keenan spycha swoją kochankę w przepaść, argumentując: I must persuade you another way...(Pushit), albo gdy z pasją wyśpiewuje I sold my soul to make a record (Hooker With A Penis)... A Message To Harry Madback, to najzwyczajniejsze obelgi pod kierunkiem, jak się domyślam, pewnego Bardzo Złego Pana - po angielsku i włosku, żeby było ciekawiej. Z kolei tekst do Die Eier Von Satan jest zwyczajnym przepisem na unikatowe danie. Doskonale uzupełniają go odgłosy blachy kuchennej i wrzask mówcy, stojącego przed tłumem. Inny niesamowity przerywnik, demonstrujący możliwości realizatorów nagrań - + (-) ions - impuls elektryczny, wędrujący od jednego głośnika do drugiego. Odgłos burzy i padającego deszczu dobrze uzupełnia tekst poprzedzającego utworu tytułowego. Bardziej "równego" rytmicznie, o zabarwieniu(niespodzianka!) hard-rockowym. Ów tekst to istny pean na cześć Miasta Aniołów, niezwykle subtelny i wyszukany. Ekhm...

Rozpisałem się. A płyta, choć według mnie bynajmniej nie genialna, na uwagę zasługuje. Mimo wszystko, skoro napisałem aż tyle, a i to nie jest wszystko, co chciałbym wam przekazać - coś to znaczyć musi. A znaczyć może tylko jedno: sięgnijcie po Aenimę, bo niejeden ciekawy patent w tej muzyce siedzi. Sięgnijcie dla nastroju, lekko dołerskiego, ale i tak oryginalnego, sięgnijcie dla nowatorstwa, dla rytmiki, dla podróży w ciemniejsze rejony naszego umysłu, dla... napchania kabzy członkom zespołu! A co!

So...shut up and
buy my new record
send more money
fuck you buddy!

Ocena: 8/10
PS. Czy ja się wreszcie krótkie recki nauczę pisać, psia mać? Kredek słuchałem. :) No!


© Obywatel(obywatelsix@go2.pl)