
A ja lubię rasze i się nie przestraszę... 1976 rok, czwarta płyta.
Geddy Lee - bas und wokal
Alex Lifeson - gitary
Neil Peart - nawałnice
Czwarta płyta, jako rzekłem... czwarta się zdarzyła i to od razu niesamowita! Dodajmy, pierwsza z klasycznych w historii zespołu i najklasyczniejsza chyba. Komuż nie obił się o uszy ów tytuł? Ale dodajmy od razu, że konwencja przyjęta na tym krążku niekoniecznie przetrwała na kolejnych -
2112 to płyta surowsza, niż jej następczynie - owszem, muzyka ociera się już o rock progresywny, ale nie jest pozbawiona typowego dla wczesnego Rush nerwu.
Owszem, nie można zarzucić jej banalności w konstrukcji utworów - opus magnum stanowi tu tytułowa suita, podzielona na 7 części(ale tylko orientacyjnie, na papierze). Ciekawa opowieść osadzona w świecie typowym dla literatury s-f lat '70, z konkretnym odwołaniem do twórczości Ayna Randa. Główny bohater budzi się w roku 2112, w mieście Megadon, w którym usiłuje znaleźć własne miejsce. Mamy tu bunt przeciw niesprawiedliwemu systemowi, tłamszącemu kreatywność jednostki, przeciw zepsuciu. Muzyka podkreśla przeżycia wewnętrzne bohatera - Lee z pasją wyśpiewuje swoje partie spokojnym, ładnym głosem, by za chwilę wrzasnąć na rejestrach Roberta Planta. Zagrywki Lifesona świetnie podkreślają moment, w którym bohater odnajduje instrument i brzdąkając na oślep, tworzy własną muzykę. Ponadto warstwę dźwiękową wzbogaca kilka kosmicznych "przeszkadzajek", a utwór spina w klamrę eleganckie intro i outro.
Dzieło skończone - wydawałoby się. A jednak panowie umieścili na płycie dodatkowe 5 utworów. Tutaj mamy do czynienia z "normalnym" Rush, troszkę prostszym i bardziej surowym graniem - jest ostro, melodyjnie i jednocześnie - dość niebanalnie. Wykorzystanie słynnego orientalnego motywu wspomagającego riff
Passage To Bangkok robi wrażenie, podobnie jak zagrywki Pearta w
The Twilight Zone. Muzyka obfituje w zmiany tempa, aczkolwiek ciężko uznać ten album za rozrzucony stylistycznie - powiedziałbym nawet że jest nadzwyczaj spójny. A spójność owa wcale nia razi. Tylko w dość ascetycznej balladzie Geddy'ego
Tears słyszymy klawisze(gra na nich Hugh Syme).
Nie da się umniejszyć roli, jaką Rush odegrało dla tego gatunku muzyki - jeśli wziąść pod uwagę ilość współczesnych odniesień. Nie da się też ukryć, że każdy z muzyków to wirtouz swojego instrumentu - mimo to na tym albumie brak szaleńczych pasaży, czy ekwilibrystycznych popisów. Wrażenie robi zwłaszcza gra Neila - te rytmiczne zabawy, te kaskady na werblu - nie na darmo jest guru większości perksusistów na świecie. Choć, jak mówiłem - niekoniecznie słychać to na tej płycie.
Żegna nas dość optymistyczny akcent -
Something For Nothing, którego początek (
waiting for the winds of change to sweep the clouds away) przywodzi mi na myśl nasze
czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłebione zasłooony. :)) Potężny ładunek energii, również muzycznej - i refren, który warto przyjąć jako credo życiowe. Bo do życia należy podchodzić optymistycznie. Album zaś nie ma w sobie nic z dołerstwa, toteż polecam go każdemu, kto szanuje klasykę i to nie tylko dla zasady. Tutaj naprawdę jest czego słuchać.
Ocena:
9/10