RADIOHEAD
"OK Computer"


Trudno się pisze recenzje płyt wielkich. Czuję się jak ortodoksyjny true, grim and necro przed napisaniem czegoś o "De Mysteriis Dom Sathanas". Jak bowiem pisać o albumie, co do którego mam pewność, że jeszcze przez przynajmniej następnych 50 lat będzie się bez problemu mieścił w rankingach top 100? Jak pisać o albumie, będącym obiektem niezliczonych pozytywnych recenzji, analiz, i... własnych przesłuchań w domowym zaciszu? Nic to, spróbuję - tym bardziej, że i tak pewnie, z racji na grupę docelową kącika, nikt nie zwróci na ten tekst uwagi :).

Komputer jest OK. To dopracowana pod każdym względem, pełna wypowiedź artystyczna - coś, co sprawia, że człowieka przechodzą ciarki na samo brzmienie tytułu. Krzyczy przeciw nowoczesnemu życiu, lecz nie z najbardziej banalnego kąta, jak moglibyśmy się spodziewać. Triphopujący "Airbag" przedstawia poduszkę powietrzną jako wynalazek, który w różnych postaciach pojawiał się (i będzie się pojawiać!) w całej historii ludzkości. Brzmi ciężko i masywnie, jak ciężarówka pędząca prosto na samochód osobowy. Pod wszystkimi technicznymi bajerami ukrywa się zaś naprawdę niezła melodia, co najdobitniej słychać w wersji akustycznej.

Nie ma potrzeby pisać o następnych piosenkach, bo musiałbym się powtarzać. Wszystkie błyszczą, wszystkich słucha się znakomicie. Jeśli oglądacie uważnie stacje muzyczne, to na pewno znacie "Paranoid android" i "Karma police" - zgadza się, pochodzą z "OKC". Wyobraźcie sobie w takim razie, że reszta trzyma podobny, wysoki poziom.

Naprawdę nie wiem, jakich określeń mam używać. "OK Computer" jest dla muzyki odpowiednikiem, powiedzmy, "Procesu". Albo "Zbrodni i kary". To takie duże, znaczące coś, co zadaje człowiekowi ranę i latami sączy w nią słodki jad. Trudno o tym pisać; ma się cały czas wrażenie, że trzeci zbiór płodów Radiohead to jedno z TYCH dzieł, takich, jakich odbiorca wytworów współczesnej kultury by sobie życzył. Nie pop, ani też żadna awangarda, jak niektórzy uparcie twierdzą, tylko kaskada wspaniałych dźwięków; dokładnie takich, jakimi powinny być. Nie bójmy się rozwalić w końcu tego dennego muru między fortepianowo-symfoniczną "sztuką" a gitarowym "prymitywizmem" - to jest muzyka poważna końca XX wieku, za jakiś czas zgodnie stwierdzą to wszyscy. I, szczerze mówiąc, niewiele mnie obchodzi britpopowe tło.

Płyta się kończy, zostaję ja, trochę zmieszany i ze świadomością, że to nie było ostatnie przesłuchanie. Szczerze polecam się w nią zaopatrzyć, bo przede wszystkim jest fajna. Znaczy, OK.

Ocena: 10/10

PS. Spoko, Radiohead ma jeszcze trzy następne, równie dobre płyty, a szykuje się kolejna. I sporo wybornego popu na dwóch poprzednich :).


© Filip Pawlak <fp@actionmag.pl>