INTERPOL
"Turn On The Bright Lights"
Od dawna już nie pisałem do AM nic, poza technicznymi bzdurami w Programiście i Komputerach, których i tak nikt nie czyta. Stąd też myśl, iż warto byłoby przypomnieć sobie tę aktywność. Wybór padł na KM, jako że do tego właśnie kącika nie pisałem od chyba najdłuższego czasu. Spodziewajcie się więc (o ile gdzieś po drodze mi się nie znudzi) długiego cyklu durnych, pozerskich, zupełnie nie-true recenzji najrozmaitszego shitu. To taka krótka dygresja, a teraz możemy już przejść do opisywania płyty nowojorskiego zespołu.
Co gra Interpol? Ano, większość mówi, że indie rock - durna etykietka, ale przynajmniej mówi nam co nieco o muzyce. Utwory są generalnie mało skomplikowane pod względem harmonicznym - kilka prostych akordów (a w takim "Untitled" - power chordów) na krzyż (progresywni* nie mają tu czego szukać). Mimo wszystko, korzystając z tak minimalistycznych fundamentów, Interpolowi udało się zbudować coś cudownego. Dosłownie każdy melodyczny patent wbija się do głowy i pozostaje tam na długie tygodnie. Serio. Hipnotyczne wersy w "Untitled" (i to kosmiczne, przesterowane jęknięcie, używane na przemian z talerzem perkusyjnym!), głośny refren "Obstacle 1", "połamany" polirytm "NYC", obdarzone rosnącym z każdą sekundą napięciem zwrotki "PDA"... oto, co przyszło mi do głowy zaledwie w trakcie krótkiego, myślowego rajdu po pierwszych czterech utworach. Trzeba być geniuszem, żeby komponować takie piosenki - i dziwię się, że nie leciały one (wszystkie!) codziennie w telewizjach muzycznych. Album to czysta, przemyślana od A do Z esencja. W dodatku cholerstwo wżera się w mózg.
Teksty? Jak to ktoś kiedyś (Interzone - też zainspirowani Joy Division, ale wbrew pozorom nazwy nie zerżnęli od wiadomego zespołu :) ) zapowiedział swoją piosenkę - traktują o "tematyce wielkomiejsko-depresyjnej". Ano. Paul Banks jest wyraźnie "sick of spending these lonely nights, training himself not to care", a w dodatku, co zdarza się niezwykle rzadko, wypada cholernie prawdziwie i przekonująco. W ogóle (nie tylko w wartswie tekstowej) "Turn on the bright lights" jest pełne czegoś, co określiłbym mianem wielkomiejskiej wrażliwości - tak, jak Sigur Rós na "Agaetis byrjun" pełne jest wrażliwości leśnej, baśniowej, islandzkiej. I ten głos, przypominający momentami świętej pamięci Iana Curtisa... Jak woła do Stelli, jak na samym poczatku obiecuje, że czasem sprawi nam niespodziankę... Nie, od tego nie można się uwolnić.
Pyszne, gorąco polecam.
Ocena: 9/10
* - nie mam nic do tzw. rocka progresywnego - wręcz przeciwnie, takie "Close to the edge" kocham całym sercem i dałbym jej bez wahania dziesiątkę. Denerwuje mnie natomiast etykietka, która każe oddawać hołd formalnemu skomplikowaniu jako awangardzie (heh, już ograniczanie swoich horyzontów do PRAWDZIWEJ awangardy uważam za trochę niezdrowe).