TEN YEARS AFTER
29.05.2005, Klub "Dekompresja", Łódź



Ten Years After... w Polsce... To brzmi prawie jak sen. Niespełniony od ponad trzydziestu lat, śniony od czasów pamiętnego występu w 1969. Ten Years After w Łodzi - to brzmi prędzej jak gorzka ironia, jeszcze pół roku temu każdy napotkany człowiek puknąłby się w czoło, słysząc takiego niusa. A jednak negocjacje zakończyły się sukcesem - jednak przyjechali. Do małego(jak na ich standardy) klubu, do wyjątkowo kameralnego towarzystwa. Być może to ostatnie zawdzięczają nieobecności w składzie człowieka-ikony tego zepsołu - Alvina Lee. Niektórzy konserwatywni fani z pewnością spisali ich na straty, gdy około 3 lat temu, gitarę złapał w ręce młokos. Tacy też z pewnością nie przybyli do Dekompresji. I mają czego żałować.

Zanim jednak na scenie pojawiła się legenda rythm and bluesa, rozgrzanie nóg publiki przypadło panom spod znaku Kris Blues Band, jedynemu supportowi na jaki gwiazda wyraziła zgodę. Muszę powiedzieć, że zadanie im powierzone wykonali bez zarzutu - rozpalili atmosferę aż miło. Już od pierwszysch taktów One Way Out(łudząco przypominające Oni Zaraz Przyjdą Tu Breakoutu), publika nie kryła zachwytu. Zespół dawał z siebie, co tylko mógł dać, grali równo, rytmicznie i z finezją. Ich domena to klasyczne, bluesowe aranże, takie jak Szukasz Swoich Dróg - okraszone bardzo poprawnym śpiewem pana wokalisty. Mam wrażenie że nie w pełni wykorzystano walory obydwu gitar - ale tak czy siak brzmienie było klarowne, a utwory przystępne. Na fali uniesień zaproponowali chłopcy standard - Laylę. O dziwo, postanowili zagrać ją w całości, łącznie z fortepianową kodą. No i wyszedł gitarowy galimatias, choć mogło wyjść jedno z najlepszych wykonań tego numeru. Na koniec walnęli jeszcze adekwatny Dziś Odchodzę - no ładny pan jest, proszę pana, ale tę manierę to pan sobie daruje.

Rzut oka na sprzęt sceniczny - Marshalle, JBL-e, pełen profesjonalizm. Gdzieś w tle ukryta perkusja. Za chwilę zasiadł za nią sam Ric Lee - wiadomo było, zaraz się zacznie. Leo Lyons po lewej i Chick Churchill po prawej. W sam środek wychodzi młokos - Joe Gooch. Tak, to Ten Years After. Żadnych wstępów, na dzień dobry kopniak - I Woke Up This Morning. Pozostałości dźwiękowe po Kris Blues Band wymykają się tylnymi drzwiami z uszu obecnych. Potężny łądunek energii udziela się wszystkim w sali - 3 nastepne utwory nie są bynajmniej okazją do odpoczynku. Aż się nie chce wierzyć, że to oni.

Poszedł Kill The Blues, z nowej płyty - szaleństwom gitarowym Goocha nie było końca. Publika rozentuzjazmowana aplauzowała ile sił w rękach. Tego wieczoru zaszło zjawisko paranormalne dla współczesnych, młodych zespołów - czysta radość. Radość z odgrywania kolejnych nut. Leo szarpiący struny basu niczym zdziecinniały staruszek, Churchill walący w klawiaturę jak opętany... Gooch, szalejący po scenie - widać że nabrał doświadczenia i trema jest zjawiskiem mu obcym. Sytuację łagodził tylko Ric, ze stoickim spokojem wybijający te niesamowite rytmy. Po pewnym czasie poszli w jam... jak za starych, dobrych czasów - Joe bez cienia maniery, wycinał kosmiczne solówki, pozostali zaś akompaniowali mu z pasją. Słyszeliście? Z PASJĄ! Granie muzyki to nie odrabianie pańszczyzny.

W trakcie jamu Lyons zamierzał dać obecnym na sali basistom krótką lekcję gry - lecz zawiodła rzecz martwa, instrument. Długo jeszcze Chick i Joe wypełniali przestrzeń dźwiękową. Po tym incydencie basista przejął rolę konferansjera: Hey, słyszycie bas? Na pewno? - pytał z uśmiechem. Potem szła klasyka - Good Morning Little Schoolgirl jako pozycja obowiązkowa, zaraz po niej Time To Play, by pobudzić nogi do szybszego tupania. Niesamowite. Poczułem aurę tego koncertu w Woodstock, przez chwilę zdawało mi się, że słyszę głos i gitarę samego Alvina!

Atmosfera nasiliła się wraz z coverem Santany - Sometimes You Make Me Keep On Crying, bardzo poprawnie zaśpiewanym przez Goocha. Wplecione w jam cytaty z Hendrixa i Deep Purple, przywołały raz jeszcze obrazy z 1969 roku przed oczy. W końcu zespół spełnił oczekiwania większości obecnych - majestatyczny Love Like A Man z niesamowitym kopem w końcówce, niemal przeniósł góry. Następnie Claptonowski(oj, lubiany był Eric tego wieczoru) Change The World, również polecieli w jam. Tego się nie zapomina. Joe śpiewał jak w transie.

Ale skruszenie muru miało dopiero nadejść - wyproszony przez pewnego faceta z publiki I'm Going Home uwolnił z atmosfery ten metafizyczny pierwiastek - słynny spirit of '69. Ultraszybkie stracatta motywu głównego nie dawały spokoju nikomu na sali. Ponadto w Dekompresji zabrzmiała najbardziej powszechna i lubiana wersja właśnie z Woodstock. Nie zabrakło więc cytatów z rythm and bluesowych standardów, zabawy w klaskanie z publicznością i energicznego wykopu pod koniec. Az się chce krzyknąć za tym gościem z publiki: I'm NOT going home!

Na tym się skończyło. W międzyczasie, w okolicach szlagieru Erica, panowie zostawili Rica Lee na scenie. Samego. I był to wyjątkowo trafny pomysł - z tym niezłomnym spokojem, wyciął solówkę nie gorzą od Paice'owskiej z Made In Japan. Przejścia na talerzach, szesnastki, trzydziestkidwójki... a taki pan niepozorny, możnaby rzec, się wydawało. Ale to w nawiasie, zespół powrócił na kilka bisów, między innymi Choo Choo Mama Jerry'ego Lee Lewisa. W końcu spoceni, usatysfakcjonowani jak mało kiedy, zeszli za kulisy. Wspomniany wcześniej spirit wciąż pozoastawał obecny. Założę się, że klub oddychał nim jeszcze przynajmniej przez tydzień.

Nie pójść na ten koncert świadomie, z własnego wyboru, to niemal grzech - oczywiście dla fanów tego typu muzyki. Dalej nie dotarło do mnie, że tylko metr dzielił moją osobę od żywej legendy. Że mogłem rozkoszowac się dźwiękami, przywołującymi atmosferę lat '70, w dodatku bardzo klarownie brzmiącymi(brawo nagłośnieniowiec... wreszcie!). Że teraz, po 36 latach od występu na Woodstock, młody Joe Gooch radzi sobie na miejscu starego Alvina wprost nieziemsko. Że nagrali nową płytę Now, a teraz szykują koncertówkę. Że prawdopodobnie znajdzie się na niej któreś z wykoniań z Dekompresji. I że je na pewno rozpoznam.

Tylko jeden mam do panów żal: dlaczego dopiero teraz???


© Obywatel(obywatelsix@go2.pl)