Mystic Festival #5 - 29.V.05
[zeznania świadka]



Istny obłęd. Kiloglany szaleństwa i dzikiej radości, szczyptę growlu, dużo czerni, literki I, R, O, N, M, A, I, D, E, N, szczyptę 'normalnych' wokali, śpiewający tłum, woda mineralna (duuuuuużo), trochę kolorowych świateł, długie włosy, elektryczne gitary, gary, wymieszać wszystko na stadionie śląskim, doprawić własnym wrzaskiem do woli i piec w 32 stopniach, podskakując i trzepiąc grzywką.

Raczej nie zastanawiałam się nigdy nad pochodzeniem określenia 'brudas'. Znajomi uparcie twierdzą, że metale mają alergię na mydło. Na szczęście nie mieli racji. Tyle godzin pośród zapachu męskiego potu niechybnie by mnie zabiło.

O czym to ja... Porzućmy moje rozmyślania i zajmijmy się faktami. Program, oczywiście. Na Mystic Festival #5 wystąpili: Dragonforce, Frontside, Primal Fear, (tu zaczyna się moja relacja) Behemoth, Kreator, Nightwish i Iron Maiden. Jeśli się ktoś nie orientuje - Maideni zajmują się chwilowo trasą "Early days" (czy jakoś tak) i grają utwory z pierwszych 4 płyt: Iron Maiden, Killers, Number of the Beast i Piece of Mind. Tyle teorii, a teraz przenieśmy się na Stadion Śląski w Chorzowie. Czas - około 16.30. Jesli masz dość tych pierdół i chcesz poczytać właściwą relację z koncertu Iron Maiden, kliknij tutaj.

No i są. 32 stopnie, Behemoth też, ale o tym później. Żar się leje z nieba, pot z publiczności, zaś woda mineralna (tj. ta ciecz niewiadomego pochodzenia, sprzedawana oryginalnie bodajże w jakimś lidlu czy bierdonce za grosze) tylko za 5 (plastikowa szklanka, jak na piwo) lub 15 (butelka) złociszy. Zawsze ktoś jest gotów wzbogacić się na cudzym nieszczęściu. Skleroza nie boli, tylko bije po kieszeni. Ja tam się zaopatrzyłam.

Mając za sobą informacje o pogodzie, cenach i pierdołach, powrócę jednak do samego koncertu. Nergal i spółka rozgrzali tłum bardziej niż upał, ale i tak było w miarę spokojnie (w porównaniu do tego co się działo później...). Woka..., ekhm, growl na dobry początek, przynajmniej dla mnie, koncertu, to jest to. Długo to jednak nie trwało, coś koło 40 minut. Tłum na płycie robił się coraz większy. Bo oto, po przerwie na scenę wyszedł Kreator. Zastanawiam się, co wokalista miał na myśli, gdy pieprzył o "atmosphere of agression". Jakoś agresji nie poczułam. Dziwne chyba. Występ się skończył, po przerwie wystąpić miało Nightwish. A tłum... Co tłum? Odwrót zrobił. Atak na przenośne (głos z offu: przenoszą, chyba bakterie...) sławojki i spacerek diabli wiedzą gdzie. Ja zaś, wiedziona nosem strategosa, ruszyłam w przeciwnym kierunku, ażeby zająć jakieś porządne miejsce pośród tłumu i coś potem na Ironach zobaczyć. Wśród publiki coraz częściej dało się słyszeć lamenty, jakie, przy dużej dozie delikatności, możnaby przełożyć jako "królestwo za zimne piwo". Nie miałam akurat na podorędziu ani królestwa, żeby zdobyć nieco browaru, ani zimnego napoju bogów, ażeby zdobyć jakieś królestwo... A szkoda.

A że moja miłość do Nightwish nie jest jakaś tam wielka, to szczegół. Osobnik, ten od gitki i wokalu, nie wiem jak się zwie, mnie rozwalił w jednym tylko momencie. Gdy pociągnął z butelki łyka czystej i stwierdził, że ma tu wspaniały regionalny produkt. Co jednak na jakość występu nie wpłynęło. Na szczęście. Trochę sobie pokrzyczałam (trudno to robić, jeśli się nie zna piosenek...) przy Wishmasterze (to akurat znam), i jakoś mi to 1,5h upłynęło. Całkiem miło. Nie widziałam wiele - ale, dzięki pewnemu Ukraińcowi, który co rusz cykał fotki czy kręcił na aparacie występ, jakiś tam widok miałam. Z innej strony, podobno sprzętu nagrywającego ni aparatów i temu podobnych nie wolno było wnosić...

I wtedy się zaczęło. Murders in Rue Morgue, o ile się orientuję. A z tym może być słabo, bo przez jakieś 10 pierwszych minut walczyłam, dość rozpaczliwie - o życie pośród szalejącego z radości tłumu. (głos z offu: przynajmniej na pogrzebie - bo zostałabym wdeptana w podłoże - zagraliby mi Ironsi...) Przesunęłam się przy okazji o jakieś 10m naprzód - jedyna korzyść. Hormon wzrostu zawiódł, mam 0,0017km w glanach i naoglądałam się głównie karków i pleców. Ale cośtam widziałam - dekoracje się co utwór zmieniały. Wybaczcie, kolejność utworów nieco mi się pogubiła... Przy Number of the Beast Bruce śpiewał (z pomocą publiki oczywiście), a za nim świeciły się dwie(!) szóstki. Trzecia się jakoś nie zapaliła... Drobne problemy techniczne? Z boku siedział sobie J.W.P. Szatan i podziwiał, jak parę tysięcy ludzi drze się po nocy (a była jeszcze młoda godzina, tak mi się jakoś napisało...). Przy Run to the hills doszłam do wniosku, że szkoda, ze w okolicy żadnych wzgórz nie było ("run to the hills, run for your lives")... Dickinson szalał sobie w najlepsze po scenie (widziałam, widziałam! przynajmniej tyle...), a ja znów musiałam walczyć, żeby nie paść prosto pod czyjeś glany. The Trooper. Jakoś na początku było. Szaleństwo. Było jeszcze Hallowed Be Thy Name, odpowiednio ubarwione wokalem publiczności - a jakże, gdzie jak gdzie, ale w Polsce to ludzie wiedzą, jak się na koncercie zachować. Kolejną rzeczą, która doprowadziła tłum do wybuchu szaleńczej radości był utwór Phantom of the Opera. Pierwszy raz od b.dawna podobnież wykonywany. Cytat z osobnika, który stał w pobliżu: "Jestem w niebie". Było też na pewno Die With Your Boots On, Revelations ("... ready for some Revelations?"), Killers, Iron Maiden (Oh well,wherever you are/Iron Maiden's gonna get you/ No matter how far!!!), i... eee... demencja starcza mnie dopadła (głos z offu: to co będzie z twoją pamięcią za 60 lat?). Pod koniec na scenę wylazła kukła Eddiego, to znaczy Eddie we własnej osobie. Ironi zeszli ze sceny, publika wstrzymała oddech. Cisza. Oklaski. Cisza. Nie może być! Maiden! Maiden! Maiden! (W domyśle zaś było: "wracajcie, do k**** nędzy".) Maiden! Maiden! Maiden! Nie muszę chyba mówić, co było dalej, to jest, kiedy wrócili. "Without you we don't exist". To ja rozumiem. Dzięki wam, że nie macie fanów w dupie. "Scream for me, Poland!". Wrzeszczenie po nocach ma w sobie jakiś dziwny urok... Oczywiście, mielismy nadzieję, że zagrają Fear of the Dark, ale się nieco przeliczyliśmy. W zamian było I'm running free, i jeszcze coś, być może z listy wymienionych wcześniej - zabijcie mnie, ja naprawdę nie pamiętam...

Dużo by tu jeszcze pisać o tym, co się działo. Atmosfera była. Nie agresji, jak chciałby lead Kreatora. Cholera... Jakby to opisać... Zresztą, ci co byli rozumieją o co mi chodzi. Może nawet mnie widzieli. Długie blond qłaki, dżinzy, koszulka w standardowym kolorze (gładka, to chyba utrudnia sprawę, bo nadruk ułatwiałby identyfikację zwłok), bryle, lewa graba obwiązana chustką, też zresztą czarną, trupioblada, 1,7 w glanach, w podskokach do 2m, stoi i narzeka (a to ktoś łokciem macha mi przed nosem w przerwie (pozdro!), a to ktoś pcha się przez tłum rycząc: 'Andrzej (?) gdzie jesteś? Ja ci dam vip-owskie miejsca, chodź tu! No nie, oszalał, muszę po niego iść! Przepraszam, przepraszam. Gdzieżeś jest? Idę już!" - swoją drogą, takiego numeru jeszcze nie widziałam... Bo reszta była już standardowa, typu "przejście dla kobiety w ciąży". (głos z offu: dziwne jakieś to kobiety w ciąży w dzisiejszych czasach, wyglądają zupełnie jak łysiejący facet z mięśniem piwnym, faktycznie rozmiaru przywodzącego na myśl 9 miesiąc ciąży...)).

Ech... Całość dobrze podsumowuje cytat: "What did I see / can I believe / that what I saw (w tym przypadku raczej hear) that night was real/ and not just fantasy...". Z koncertu wyszłam lekko utykając, z pogiętymi brylami, cała mokra i poobijana, ale, muszę powiedzieć, że było warto. Co ja pieprzę. Powiedziałabym, że było bosko, ale mi to z powodów ideologicznych nie pasuje. Z braku laku i opłatek dobry, zostańmy więc przy prymitywnym, powszechnym i najzupełniej przyziemnym 'zajebiście'. Lekkie problemy techniczne (vide to nieszczęsne 66 przy Number of the Beast) i nienajlepsze nagłosnienie nie zmieniają jednak mojej, zadziwiająco jak na mnie, pozytywnej oceny.

No więc, jeśli was tu nie było - żałujcie, jeśli byliście - czy muszę jeszcze cokolwiek mówić? Trzeba by zdobyć jakieś nagranie tego koncertu - w końcu wyłam wraz z tłumem, ciekawe, co z tego wyszło... Ah. Byłabym zapomniała - Bruce twierdził, że za rok(!) wydają nowy album(!!!). Poczekamy, zobaczymy...

UP THE IRONS!!!



pigwa i głos z offu

ps. To był mój pierwszy art. Koncert też. Wybaczcie, jeśli się nadmiernie emocjonowałam - ten typ tak ma ;-).
ps.2. Tego arta sponsorują literki I, R, O, N, M, A, I, D, E, N.
ps.3. Lałam wodę? Za długo? Wiem. Sorki. Ja już tak mam.
ps.4. Jak jeszcze cś było nie w porządku, widzieliście mnie, macie jakiekolwiek uwagi - piszcie.
ps.5. Zauważyli, nie zauważyli...?