JUVENALIA 2005 - WROCŁAW
Free Time, Hurt, Pidżama Porno, Kult, Cool Kids Of Death, Milk, Raz Dwa Trzy, Myslovitz


Ostatnie chwile spokoju przed nadciągającym koszmarem sesji szanujący się studenci spędzają na obchodach swojego święta. Tego dnia rektor przyznaje wolne, a władze miasta organizują nam koncerty po promocyjnych cenach. Ach, jak to miło z ich strony, że raz w roku zrobią coś dla nas. Ale ja tu nie po to, żeby narzekać na administrację państwową, tylko opisać przeżycia z wrocławskich koncertów juwenalnych.

Zacznijmy od nieścisłości organizacyjnych. Na biletach, ulotkach i afiszach stało jak byk "START GODZINA 15:00". Problem w tym, że kiedy pojawiłem się tam o 15 do startu było jeszcze daleko. Można było zamiast "start" napisać "otwarcie bram", ale szkopuł w tym, że bramy były otwarte już sporo wcześniej. Z tym, że kiedy pojawiłem się z powrotem koło 16:30, występ grupy Free Time należał już do historii.

Po dłuższym oczekiwaniu doszło do występu Hurtu. Muzycznie to oni raczej niewiele potrafią, a ja jestem zatwardziałym przeciwnikiem koncertów typu "My gramy swoje a Wy tam se róbcie, co Wam się pod sceną podoba". Tak to jest- gra dobry zespół to on nakręca publiczność, kiedy gra słaby, to ci, którzy są bardziej pod wpływem alkoholu szaleją w niewielkich grupkach. Niestety występ Hurtu zaliczał się do tej drugiej kategorii, bo jedyne, co wokalista potrafił dodać od siebie to piskliwe "IIja" co jakiś czas.

Po nich nadeszła kolej na Pidżamę Porno. W tym momencie coś się na dobre zaczęło dziać, bo Grabaż starał się nawiązać jakiś kontakt z publicznością. Nienawidzę muzyki Pidżamy, ale parę wstawek ich frontmana i porwana przez niego widownia sprawiły, że opuścił mnie senny nastrój. Może to dlatego, że zespół ma, w przeciwieństwie do Hurtu, swoich wiernych fanów, którzy znają teksty piosenek na pamięć. Ich twórczości nie polubiłem, ale muszę przyznać, ze koncert dali niezły. Do tego stopnia, że jako pierwsi doczekali się bisów.

A po tychże pod sceną zaczęło gęstnieć, znak niechybny, że zbliża się gwiazda wieczoru. Kazik w przeciwieństwie do Grabaża zbyt rozmowny nie był, ale koncertowi to na złe nie wyszło. Kult to jednak Kult i nie ma możliwości, aby hymny w rodzaju "Dolina" czy "Gdy nie ma w domu dzieci" Kazik śpiewał bez publiczności. Poza tym trudno się porozumiewać z publicznością w trakcie utworów operując jednocześnie saksofonem. No i najlepszy koncert Juvenaliów nie mógł zakończyć się bez bisów. Kiedy Kult zszedł ze sceny tłumy zgromadzone na Polach Marsowych zaczęły krzyczeć: "Polska!" i już po chwili mieliśmy cośmy chcieli.

Drugi dzień i kolejne blisko dwugodzinne opóźnienie. Na początek nieoczekiwanie wystąpił Milk, gdyż koncert ich i Kulek zamieniono miejscami. Nie trzeba było długo czekać, by się dowiedzieć, czemu tak się stało. Występ Milk do porywających się nie zaliczał, a CKOD szaleli na scenie aż miło było patrzeć. Wokalista siorbiący złociste napoje tryskał energią, chyba zostawił na scenie kawał zdrowia i przez parę dni będzie kurować gardło, ale efekt był wart takiego poświęcenia. Jak przystało na hałaśliwą młodzież chłopaki podkręcili wzmacniacze do oporu, przez co zamiast własnych myśli słyszałem ich ryki. Nie jest to jakaś szczególnie skomplikowana muzyka, ale "Butelek z benzyną" albo "Piosenek o miłości" naprawdę przyjemnie posłuchać przy natężeniu dźwięku przekraczającym wszelkie normy. No i z wyraźnym wzruszeniem w głosie wokalista dziękował za umożliwienie występu bisowego.

Następny koncert to zmiana nastroju o 180 stopni. Zrobiło się nastrojowo i refleksyjnie. Zamiast radosnej i bałaganiarskiej nawalanki popłynęły łagodne i uporządkowane dźwięki delikatnego rocka. Publika zaczęła się kołysać, zakochani trwali w radosnym uścisku a czas niepostrzeżenie płynął na delikatnych taktach mało znanych wprawdzie, ale przyjemnie brzmiących utworów. A nastrój pogłębiło jeszcze mroczniejące z każdą chwilą niebo.

Tak, tak... Opóźnienie spore się zrobiło, ale dzięki minimalnej przerwie między Raz Dwa Trzy a Myslovitz udało się nieco czasu zaoszczędzić, przez co udało się zdążyć na ostatnie tramwaje w kierunku cywilizacji. A wracając do Myslovitz... Z początku rozczarowanie, nowe, średnio udane utwory. Ale kiedy zaczęło już wyraźnie wiać nudą poszły hity: "Scenariusz dla moich sąsiadów", "Chłopcy" i "Peggy Brown". Zaczęło się szaleństwo pod sceną. Ponieważ trawy na Polach Marsowych już właściwie nie było skaczący tłum wyrzucał w powietrze tumany pyłu i piachu. Rzec by można, że zadyma wisiała w powietrzu. Później znowu przyszedł czas na łagodniejsze utwory z parominutową gitarową suitą wspartą wokalizą Rojka, a całość wieńczył krótki bis.

No i jeszcze trzeba się było z Pól Marsowych wydostać. Żeby uczynić to ciekawszym organizatorzy posmarowali płot okalający Pola smarem, a wychodzącym tłumom pozostawili metrowy szpaler... To tyle mojego, idę prać kurtkę... :)


© Jędrzej IV Śniady <chilvary@wp.pl>