SODOM "In The Sign Of Evil / Obsessed By Cruelty"

ROK WYDANIA: 1988
WYTWÓRNIA: SPV Steamhammer
SKŁAD: Tom Angel Ripper - bas, wokal; Grave Violator - gitara (In The Sign...);
               Destructor - gitara (Obsessed...); Witchhunter - gary
GATUNEK: Thrash/Black Metal


Gdy pewnego dnia przemierzałem nieskończone pola lodowej nicości ™, udało mi się zakupić za jedyne 40 złociszy dwa albumy na jednej płycie (to się nazywa okazja!). Z początku trochę targały mną wichry zawiści, bo na polach nicości spodziewałem się znaleźć jeszcze "Persecution Mania" lub "Agent Orange" (no bo jakbym się na "'Til Death Do Us Unite" natknął, to chyba bym nie uwierzył), a tu ni ma panie! No ale żal mój i gorycz ustąpiły, gdy z głośników pierwsze dźwięki popłynęły...
Sodom należy do legendarnej (nie)świętej trójcy niemieckiego thrashu (Sodom, Destruction, Kreator), jaka swego czasu siała zniszczenie i pożogę pijąc hektolitry piwa, machając czachami, czytając książki "Pani Domu poleca: Tajniki Czarnej Magii" oraz słuchając takich kopiących w dupę kapel, jak Motorhead czy Venom. Taa, chciałoby się żyć w czasach, gdy rządziły dżins, skóry i prymitywne wymiatanie, no ale trudno, teraz na fali jest prawdziwa ekstrema jak Nightwish i Slipknot, toteż fani różnych Sodomów, Defów i Motorgłowów mają się cieńko. Zastanawiające dla wielu jest, co tak ludzi pociąga w tak prymitywnym grzaniu. Czemu takie coś kiedyś rządziło? Aby sobie odpowiedzieć na tak ważne pytania, wsłuchajcie się, tak jak ja się w wsłuchałem w zakupioną płytę z piękną okładką. Gdy zaczęło się intro, dziś przyprawiające o uśmiech, ale wtedy mroczne jak cholera, zaczęło mi coś świtać. Gdy rozpoczął się "Outbreak Of Evil", nie miałem wątpliwości, że zaraz odpadnę, gdy Angel Ripper dobył głosu, odpadłem, a tu jeszcze godzina przede mną! "Oubreak Of Evil" to chyba dość znany kawałek, będący niczym więcej, niż porcją wymiatania na szybkich obrotach i trzech riffach przez 4 minuty. Wiecie już, w czym tkwi urok tych starych bandów? Ta muzyka to nic więcej ponad czysty, nieskrępowany żadnymi przejściami i solówkami czad i prostą radochę wynikającą z machania czachą do wtóru badziewnych wokali, jednostajnej perkusji i prymitywnych gitar! Genialna forma, opierająca się, jak Ramones, na maksymalnym minimaliźmie, czyli z jajem, bez udziwnień i do przodu! Angel Ripper śpiewa, no, nazwijmy to tak, chrapliwym skrzeko-krzykiem, przy czym nie za bardzo panuje on nad swoim głosem, co słychać szczególnie w refrenach. Jeśli słyszeliście kiedyś o precyzji grania, dokładności i perfekcyjnym zgraniu muzyków, to słuchając Sodom zapomnijcie lepiej o tych pojęciach, bo czasem arytmia jest słyszalna dość wyraźnie. Pierwsza część płyty to pochodzące z roku 1984 mini LP "In The Sign Of Evil", czyli pierwsze oficjalne wydawnictwo z logo Sodom. Składa się ono z pięciu utworów + niezbyt jasno zamieszczone intra/przerywniki. Pierwszy jest wspomniany "Outbreak Of Evil", o którym coś tam już napisałem. Drugi, mój ulubiony, "Sepulchral Voice", opatrzony jest mrocznym jak cholera wejściem, potem jakieś tam wyżywanie się na garach przez Witchhuntera, szybki riff i totalna rzeź. Potem znowu zwolnienie z początku, riff, rzeź. I tak w kółko. Mimo tego, że w każdym kawałku występuje naprawdę minimalna ilość riffów, to są one naprawdę na tyle przebojowe i chwytliwe, że dodatkowe udziwnienia mogłyby zepsuć efekt. "Blasphemer" jest raczej dość znany, toteż nie będę się nad nim produkował. "Witching Metal" to utwór oparty na jednym riffie i wariacji tego jednego riffu. Tu pojawia się poważniejsza, bo dłuższa solówka, jednak, co cieszy, jest ona zagrana na żywioł, czyli wiadomo, jak. Potem intro i świetny "Burst Command Til War" w którym wokal w refrenie przechodzi w coś, co absolutnie wokalem być nie może ("Burst command til, uuuuaaaaałłłooo!"). Outro. Krótki i genialny w swej szybkości i prostocie "In The Sign Of Evil" jest na dodatek obdarzony taką produkcją, że ekstremalni realizatorzy mogą sobie stawiać za wzór Wolfganga Eichholza, i mówię to z absolutnym przekonaniem.
Druga część, czyli pierwszy pełnometrażowy album Sodom, zatytułowany "Obsessed By Cruelty" z 1986, jest już bardziej wyrafinowany, czyli utwory zawierają powyżej czterech riffów :)). Rozpoczyna go mroczne jak nie wiem co intro z kultowym do kwadratu grobowym głosem mówiącym jakieś niezrozumiałe różności. Pierwszy poważny utwór to "Deathlike Silence", która to nazwa coś niektórym powinna mówić. Utwór przedni, w którym od razu słychać zmiany w stosunku do "In The Sign Of Evil". Przede wszystkim produkcja: gary są bardzo wysunięte, a jak Witchhunter zacznie się na crashu wyżywać, to słychać tylko crasha. Jak już o perkusji mówię, to warto wspomnieć, że różni się ona w każdym kawałku, podczas gdy na pierwszym EP można było ścieżki perkusji właściwie dowolnie pozamieniać w utworach, a różnicy by się wielkiej nie odczuło :). Skoro perka jest tak głośna, to gitara stała się baaardzo cicha, tak, że trzeba naprawdę słuchać, by uchwycić wszystkie riffy, a tych jest tu dość dużo w porównaniu do "In The Sign Of Evil". Wokal Tomka Rozpruwacza Aniołów także uległ zmianie i jest według mnie bardziej spontaniczny i przechodzi w stronę normalnego krzyku niż skrzeku. Mimo to, "Obsessed by Cruelty" jest zdecydowanie bardziej black metalowe niż "In The Sign Of Evil". Pojawia się także więcej solówek, oczywiście w większości granych na żywioł, a także różnego rodzaju przejścia i zwolnienia (np. "Brandish The Sceptre"). Kawałki nie są już utrzymane w jednym tempie, a za to uświadczyć można trochę wolniejszych w stylu "Proselytism Real" (oczywiście nie w całości) i długo rozkręcającego się utworu tytułowego. Riffy na "Obsessed By Cruelty", co można usłszeć w jednym z najlepszych utworów, czyli "Fall Of The Majesty Town", częściej przywodzą na myśl nawet rockowe klimaty (no, w końcu nie składają się z dwóch akordów, jak na "ITSOE" :)). Ogólnie "Obsessed By Cruelty" stoi na wyższym poziomie w stosunku do "jedynki", jeśli chodzi o rozbudowanie kompozycji i umiejętności techniczne muzyków, jednak to już inna muzyka. Mniej czadu, mniej spontanicznej nawalanki. I gorsza, niestety, produkcja. Jednakże, byście nie myśleli, że mi się "OBC" nie podoba, wyjaśniam: te dwa wydawnictwa ciężko ze sobą porównać, ale oba trzymają wysoki poziom, przy czym "In The Sign Of Evil" bardzo wysoki, a "Obsessed by Cruelty" średnio-wysoki.
Warto kupić dwa pierwsze Sodomy , nie tylko ze względu na naprawdę świetną muzę i dawkę niekontrolowanego czadu. "In The Sign Of Evil / Obsessed By Cruelty" to naprawdę kawał metalowej historii i krążek w zasadzie należący do klasyki nie tylko thrashu, ale i metalu w ogóle. Ponadto, fajnie jest posłuchać od czasu do czasu prawdziwie kultowej kapeli :). Kultowej nie lada, bo pokażcie mi dziś kogoś, kto nazywając się Pepi Dominic, nadaje sobie ksywkę Grave Violator i gra na "dynamic powerplant guitars" albo "exploder black and red bass & bestial disaster vocals" (no, oprócz Witchmastera i paru innych..) :). Metal Up Your Ass & Thrash Your Brain!

Moja ocena: +9/10 (In The Sign..) +7/10 (Obsessed..) = 9/10
© MORT