SLAYER "SEASONS IN THE ABYSS" 

Począwszy od "Reign in Blood" Slayer z płyty na płytę rozwijał swój styl. Na "South of Heaven" wyraźnie zwolnił, aby na opisywanym przeze mnie "Seasons in the Abyss" znowu dowalić. Nie była to co prawda taka petarda jak trzeci longplay, ale i tak album bardzo ciężki, ostry i wyjątkowy. Płyta wyszła w 1990 roku, promowana była dwoma teledyskami: "War Ensemble" i tytułowym. O ile pierwszy to nic szczególnego, to drugi jest naprawdę fajny. Slayer wśród piramid i wielbłądów wygląda zabójczo. I jeszcze ten T-shirt Lombardo, kto widział wie o co chodzi :)
Płyta w dużym stopniu różni się od poprzedniczek. Nie jest to mordercza szybkość ani powolne, ponure riffy. Tak naprawdę można by powiedzieć, że "Seasons" to unikalne połączenie stylów z 3 pierwszych albumów i "South of Heaven". Miejscami jest naprawdę szybko, a czasem wolno, ciężko i przytłaczająco. Takimi utworami są notabene jedne z najlepszych na albumie "Dead Skin Mask" i "Skeletons of Society". Każdy z pewnością wie o czym opowiada ten pierwszy. Historia seryjnego mordercy Eda Gein'a jest chyba wszystkim znana. Nie jest to pierwszy przypadek, gdy Slayer pisze tekst o jakimś zbrodniarzu. Bohaterem "Angel of Death" był przecież lekarz (taki z niego doktor jak pracownik łódzkiego pogotowia) Joseph Mengele, a w latach późniejszych w "SS-3" pojawił się "kat Pragi", czyli Reinhard Heydrich i kolejny morderca Jeffrey Dahmer ("213"). Przyznać trzeba, że gdy słucha się tego utworu (zwłaszcza pierwszy raz) to aż ciary przechodzą. Polecam ! Nie jest to oczywiście jedyny dobry utwór na płycie. Właściwie cały "Seasons in the Abyss" jest bardzo równy, choć kilka utworów się wyróżnia. Należy do nich min. "War Ensemble". Szybki utwór, na początek bardzo efektowny. Jak już wspomniałem powstał doń teledysk, z tym, że nie jest on zbyt oryginalny. Po prostu fragment koncertu z Wembley, z podłożoną studyjną wersją piosenki. Niezłymi utworami są też "Blood Red", "Temptation" i chyba najlepszy "Seasons in the Abyss". Przyznać trzeba, że trochę się różni od reszty płyty. Jest dłuższy, bardziej przebojowy co podkreśla też refren, łatwo wpadający w ucho. Niewątpliwą zaletą tytułowego numeru jest genialna solówka, jedna z najdłuższych jakie słyszałem. Naprawdę wirtuozerska ! 
Płyta jest bardzo równa. Nie ma tu tak naprawdę wypełniaczy, słabych utworów. Wszystkie są bardzo dobre i nie nudzą się. Nie jest to jednak to samo co "Reign in Blood" i tego albumu aż tak nie lubię. Trzeci longplay to była dzikość, nieokiełznana siła i moc, tutaj jest ciężko i ostro, ale już nie tak czadowo. U mnie nadal jest on na drugim miejscu ulubionych płyt Zabójców. Nie da się ukryć, że daje tu już o sobie znać perfekcjonizm. Produkcyjnie i muzycznie album jest bardzo starannie przygotowany i idealny. Ja lubię więcej uczucia w muzyce, wyczuwalnych emocji. Tutaj nie zawsze jest tak jakbym chciał. Ale kit z tym. I tak jest dziewiątka. Teraz pozostaje tylko czekać na nowy album i czerwcowy koncert, na którym będę. W końcu sobie pokrzyczę: "Close your eyes look deep in your soul, step outside yourself and let your mind go...".  
1.War Ensemble
2.Blood Red
3.Spirit in Black
4.Expendable Youth
5.Dead Skin Mask
6.Hallowed Point
7.Skeletons of Society
8.Temptation
9.Born on Fire
10.Seasons in the Abyss
Ocena:

9/10

Bad Guy (np. Iron Maiden "New Frontier", Monty Python "Always Look on the Bright Side of Life")