NIGHTWISH
Once



liczy się yakość nie wielkość :)Zachciało się najtłiszom nowego krążka... i w sumie dobrze, nic przeciwko temu bym nie miał. Ale ja, jak to ja, skoro już cedek do łapska dostaję, od razu litanię gorzką rozpoczynam: "aaa, nowe nowe a co nowe to złe abage satanas". Nastepnie oglądam sobie wkładeczkę, po czym wkładam płytkę do wieży i zamykam japsko.

Nic mi niestety po postanowieniach, że owo japsko pozostanie w swej pierwotnej pozycji. Wraz z pierwszymi taktami Dark Chest Of Wonders szczęka wędruje w okolice podłogi - tak ostro to ci panowie sobie nie pogrywają na codzień. W dodatku z odpowiednią dawką orkiestrowych brzmień(płytę nagrano ze słynną London Symphony Orchestra) - robi wrażenie. Ale bardziej zaskakuje. Jak cała płyta.

Faktycznie, Nightwishowskie tradycje tym razem zostają zmiażdżone przez metalowy ciężar. I to prawdziwie metalowy, choć nadal dość baśniowy i epicki. Ponadto - spore zróżnicowanie stylistyczne. Tuomas, klawiszowiec i kompozytor repertuaru grupy postawił tu na nowocześniejszy styl produkcji - po części mu się to udało. Brzmienie instrumentów jest bardzo wyraziste i dość przestrzenne. Tylko dlaczego targają mną non stop mieszane uczucia?

Może dlatego, że w całym tym ciężarze, tych przygniatających przesterach gitarowych zdaje się ginąć to, za co Nightwish polubiłem swego czasu - szaleńcze pasaże instrumentów, lekko niedopracowane, ale klimatyczne aranżacje, operowy wokal Tarjii? Ale nie, jest przecież z troszka takiego grania na Once, na przykład w Planet Hell, nerwowym, dość patetycznym numerze, z udziałem wokalnym Marco - basisty. Głosem Tarja błyszczy w Ghost Love Score, ukryć się nie da. Więc co jest nie tak?

Może razi zbytnia przebojowość niektórych numerów? Heh, też nie. Ze zdziwieniem przyznać muszę, że np. dość rockandrollowy Wish I Had An Angel dziwnie pasuje do klimatu grupy. Cóż, wykreowali własny styl. Nie rażą też potwornie melodyjne i ugładzone aranżacje - ma się to wyczucie.

Czyli że krążek jest dobry? Na to by wychodziło, choć na pierwszy rzut ucha może nam się wydawać inaczej. Mało tego - to granie nadal ma swój klimat. Na przykład w niesamowitym, pachnącym kulturą indiańską Creek Mary' s Blood da się wyczuć ten sam mistycyzm co u Theriona. Wish I Had An Angel powala swoją melodyjnością i szybką rytmiką, nawet w Metallikowo brzmiących Dead Gardens czy Romanticide jest obecne to słynne osławione "coś". Konia z rzędem temu, kto powie cóż to takiego.

Niewiątpliwie największym popisem tak aranżacyjnym pana Holopainena jak i wokalnym pani Turunen jest wyżej wspomniane Ghost Love Score. Nic to innego, jak rozbudowana, dziesięciominutowa opowieść o miłości (z duchem w tle) z iście operową aranżacją - wahania nastroju mile wskazane. Podobnie urzeka nas dość melancholijna Kuolema Tekee Taiteilijan - do głosu dochodzi sekcja smyczkowa i flecik. I to jeszcze jak.

A więc jednak nie tylko dobrze, lecz bardzo dobrze! W porywach do "świetnie" nawet, choć do tego stopnia się nie ugnę. Kupiliście mnie, panowie. Melodyjnymi aranżacjami, klasycznymi pomysłami w nowych wersjach, urozmaiceniem albumu. Kupiła mnie pani, swoim jak zwykle urzekającym wokalem, choć zdarzały się pani naprawdę lepsze partie. Kupiliście mnie odrealnionymi tekstami, z baśni rodem i nie tylko(wojna i mitologia - Planet Hell, mniam) Innymi słowy - zamydliliście mi oczęta, najtłisze kochane. I to skutecznie, bo do tej pory tkwię sobie w tym błogosławionym stanie i całkiem mi w nim dobrze. I ani mi się śni póki co z niego wychodzić. I choć są tu braki artystyczne, choć są tu momenty przesadne, ja ich nie chcę widzieć. Takoście mi te oczęta potraktowali. Wam też polecam. A nuż zapadniecie w ten sen? Tylko uważajcie, bo takie śnią się tylko Raz...
Ocena: 8/10


© Obywatel(obywatelsix@go2.pl)