METALLICA
"St. Anger"


Początek XXI wieku był dla fanów Metalliki strasznym okresem. Band miał się rozpaść, ciągle dochodziło do spięć i kłótni. Nagrywanie St. Anger przypominało tworzenie Black Albumu - ktoś był ciągle niezadowolony. Ale cóż, zespół przetrzymał ten ciężki okres znaleźli nowego, świetnego basistę i w 2003 roku ukończyli nowy album. Nikt nie wiedział, czego można się spodziewać po kapeli, która umiała zaskakiwać (niestety, nie zawsze pozytywnie). Mnie się wydaję, że aby w pełni zrozumieć nowy krążek Metalliki, trzeba obowiązkowo obejrzeć film "Some Kind Of Monster". Jedno można powiedzieć na pewno. St. Anger to najcięższy album Metalliki. Jest niepodobny do poprzednich dokonań zespołu. Można by zaryzykować stwierdzenie, że bliżej mu do pierwszych czterech płyt, niż do tych ostatnich.

Pierwszą wyróżniającą go rzeczą jest bardzo wyeksponowana perkusja. Lars prezentuje się z dobrej strony. Prawdę mówiąc nie sądziłem, że ten człowiek potrafi uderzać w bębny w takim tempie. Najbardziej kopie w mordę na początku "Frantic", gdzie brakuje akustycznego intra, jakie dostawaliśmy na niektórych płytach. Ulrich przez całą płytę utrzymuje wysoki poziom. Kolejnym instrumentem, który zazwyczaj bywa mniej słyszalny jest bas. Bob gra nienajgorzej, do basu nie mam zarzutów. Chociaż niestety, pustki, którą pozostawił Burton, chyba nikt nie zapełni. Jednak Metallica zawsze była moją ulubioną kapelą (i nadal jest) z powodu dających we znaki gitar i zajebistych riffów. Tutaj się dosyć mocno zawiodłem. Gitary są bardzo schowane, perkusja spycha je na drugi plan. Jednak skoro już jestem przy tych instrumentach, to należy wymienić największą wadę albumu. Chodzi o brak solówek. Przez to kompozycje bardzo ucierpiały. Ja na miejscu Hammeta nie zgodziłbym się na to. Tą pokrętną drogą doszedłem do wokalu, który jak cała płyta jest bardzo eksperymentalny. Zarzucić dużo nie mogę, śpiew Jamesa jest urozmaicony. Choć wydaje mi się, że i tak najlepiej wokalnie wypada na S&M i takiego głosu życzyłbym sobie na następnej płycie.

Spokojnie można powiedzieć, że album jest udany. Na tle Metallikowej dyskografii trudno go ulokować w jakimś konkretnym miejscu, ponieważ naprawdę brzmi zupełnie inaczej. Jak chodzi o kompozycje to brakuje mi ciekawszych riffów. Jednak najlepszy jest chyba i tak tytułowy kawałek - brawa dla Hetfielda za wokal w refrenie. Nie znalazłem utworu, który by mi się nie podobał. Płyta jest bardzo wyrównana. Zawsze w Metallice ceniłem sobie długie i wyczerpujące nagrania, co tutaj się sprawdza. Brakuje jednak jakiejś ładnej ballady lub choćby wstawki na akustycznej gitarze. Bolesny jest również brak solówek. Szkoda też, że proporcje w udziale gitar (perkusja zbyt mocna) są zachwiane. Mimo to fanom album polecam, szczególnie tym, którym płyty z lat 90 się nie podobały. Czekam na następną płytę i mam nadzieję, że będzie to majstersztyk (pokroju Ride The Lighting) bez wad wyżej wymienionych.

Lista utworów:
1. Frantic
2. St. Anger
3. Some Kind Of Monster
4. Dirty Window
5. Invisible Kid
6. My World
7. Shoot Me again
8. Sweet Amber
9. The Unnamed Feeling
10. Purify
11. All Within My Hands

Skład zespołu:
James Hetfield - wokal, gitara
Lars Ulrich - perkusja
Kirk Hammet - przewodnia gitara
Robert Trujillo - bas

Ocena: +7/10


© Wraith <wraith1@op.pl>