IRON MAIDEN
"Iron Maiden"
Jakoś tak już to bywa, że pierwsze płyty danego bandu zwykło się traktować niejako po macoszemu, bo i kto rozpoczyna poznawanie muzyki danej grupy w sposób chronologiczny? Z założenia nie jest to zdrowe dla uszu słuchacza, dlatego po takie płyty sięga się zwykle później.
Przed przesłuchaniem tej płyty też tak myślałem i wielkie było moje zdziwienie, gdy stwierdziłem, że to nie tylko świetna ale i IMHO najlepsza płyta brytyjskiej grupy! Polubiłem Paula Di'Anno, którego wcześniejsze dokonania znane mi były praktycznie jedynie z Visions of the Beast i przyprawiały mnie o ból głowy;). Ale wierzcie mi, Women In Uniform i Wrathchild zdecydowanie nie należą do najciekawszych początkowych dokonań zespołu (zwłaszcza, że WiU to cover australijskiej grupy Skyhooks, której to kompletnie nie znam). Ale co też znajduje się na płycie? Otóż jest to osiem utworków, które to wprawiły mnie w zdumienie, że możliwy jest tak dobry debiut. Ale Iron Maiden to band już wybitny, o czym przekonuje nas m.in. ta płyta...
Która rozpoczyna się utworem Prowler. Przez wiele tygodni zajmował on wysokie miejsce na mojej prywatnej liście przebojów. Jest to niedługi (subiektywnie licząc) utworek z nieco humorystycznym tekstem (a przynajmniej ja tak go odbieram). Świetnie pasuje tu wokal Paul'a i to właśnie tym utworem ostatecznie przekonał mnie on do siebie. Kolejnym utworem jest koncertowy killer, doskonale wszystkim znane Sanctury. Co ciekawe, to pierwszy z dwóch utworów z tej płyty, który Bruce D. potrafi zaśpiewać i nie brzmi to niesmacznie. Na szczęście wraz z nagrywaniem kolejnych płyt Dickinson nie musiał się już męczyć niemiłosiernie utworami z pierwszej płyty, bo i nie chciałbym usłyszeć czegoś takiego na koncercie. (Prowler z Real Dead One mnie po prostu w***wia). Kolejna kompozycja to piosenka o szczególnym znaczeniu dla Paul'a, gdyż opowiada o jego dziadku. Jest to dość fajna balladka, co ciekawe zawierająca niezłe gitarowe przygrywki w momencie gdy ucicha wokal. Po nie j następuje Running Free, utwór w wesołych klimatach, opisujący nieco hulackie życie dzieciaka, który ucieka z domu. Dodać do tego "bluesowy", zachrypnięty wokal Di'Anno i mamy niezły klimacik. Następny na liście jest krwiożerczy, wżynający się w sterany mózg słuchacza Phantom Of The Opera. Utwór GENIALNY od początku do końca. Zawiera w sobie wszystko czego tylko dusza zapragnie. Jest i ciekawa sekcja rytmiczna (fantastyczne riffy!!!); świetny, melodyjny wokal, jak i wypasiona i niesamowicie długa solówka (nie wiem czy to właściwe określenie). Po prostu KULT i tyle. Po nim następuje Tranyslvania, świetny utworek instrumentalny klimatami zbliżony do poprzedniego utworu. Podoba mi się w tych dwóch utworach, rzecz niesamowita, którą na nową odkrywają dopiero Metallica (na St. Anger) i System Of A Down, mianowicie chodzi mi o te wspaniałe zmiany tempa. Następny jest Strange World, balladka dosyć smętna, chociaż może się podobać. Jest jak niektóre dziewczyny - z początku nie podo ba się, ale im więcej na taką patrzę tym milsza dla oka. Mimo wszystko utwór ten to najsłabszy punkt płyty. Po tym utworze zaczyna się wspaniała Charlotte The Harlot. Mimo dość nieciekawego riffu (irytuje mnie po prostu) jest to świetny utwór opowiadający o pewnej prostytutce. Utworem zdecydowanie najlepszy jest pod względem wokalu, ale uwielbiam też ten moment zwolnienia przed słowami "There was a time...". Miodzio i tyle. Płytkę kończy znany wszystkim, obowiązkowy na każdym koncercie, ponadczasowy, genialny i niepowtarzalny Iron Maiden. Praktycznie jedynie co nie podoba mi się w nim to krótki moment w refrenie "Oh well, wherever", po prostu mi nie pasuje i tyle. Znany wszystkim fanom Żelaznej Dziewicy utwór posiada także niesamowicie chwytliwy riff i jest ponadto drugim utworem z tej płyty który "wychodzi" Bruce'owi. Właściwie "wychodzi" to mało powiedziane. Bruce akurat w tym utworze przewyższa Paul'a i tym lepiej dla niego. Album ten jako całość posiada jeszcze jedną, wa żną zaletę, mianowicie chodzi mi i produkcję, czyli sposób w jaki został nagrany. Instrumenty nie zlewają się ze sobą, a w dodatku rozkoszując się muzyką w słuchawkach występuje pewna "trójwymiarowość", otóż niejako słychać skąd dochodzi brzmienie. Jest to o tyle ciekawe, że można sobie wręcz wyobrazić grających członków zespołu, wtedy też brzmienie każdego instrumentu dochodzi z nieco innego kierunku. Jak dla mnie wspaniała rzecz! Podsumowując wstydem byłoby nie znać pierwszego albumu Iron Maiden, zwłaszcza że jest wyjątkowy.
A MUST HAVE!
Ocena: 10/10