|
EXODUS "TEMPO OF THE DAMNED" |
|
![]() |
W
ostatnim czasie często słucham albumów thrashmetalowych legend,
takich jak Sodom ("Agent Orange") czy Dark Angel ("Darkness
Descends"). Nie tak dawno w moje ręce wpadła płyta kolejnego zasłużonego
thrashowego składu, a mianowicie "Tempo of the Damned"
Exodusu. Grupa podobnie jak Metallica i Testament wywodzi się z Bay
Area, i wiele wniosła do tego najlepszego gatunku metalu. Czy tak jest
też z tą płytą? O tym w recenzji. Płyta została wydana w 2004 roku po niemal 12 latach przerwy, spowodowanej głównie śmiercią wieloletniego wokalisty Paula Baloffa, ale i kłopotami zespołu z wydającą ich wytwórnią. Te trudności jednak nie powstrzymały grupy przed kontynuacją kariery, a nagrany z nowym śpiewakiem Stevem "Zetro" Souzą album został znakomicie przyjęty przez fanów. Ja do takowych się nie zaliczam, dlatego będę mógł ocenić płytę w miarę obiektywnie. Przyznam, że po wielu entuzjastycznych recenzjach jakie czytałem miałem wobec "Tempa Potępionych" dość wygórowane oczekiwania, niestety album w dość dużym stopniu je zawiódł. Nie jest to żadne objawienie ani płyta rewolucyjna, jak dla mnie to zupełnie zwyczajny i mało oryginalny materiał. Powiecie pewnie, że po takich wykonawcach jak Exodus nie oczekuje się odmiany, tylko starego dobrego wymiatania, lecz taki argument łatwo odpieram. To, że zespół jest klasyczny i kultowy nie czyni z niego świętej krowy i nie uprawnia go do porzucania skłonności do ewolucji. A słuchając "Tempo of the Damned" nie można się pozbyć wrażenia, że panowie przed nagraniem pomyśleli: "Nagrajmy to co zwykle, w końcu nazywamy się Exodus i co byśmy nie puścili na rynek to fani i tak się zadowolą, bo przecież jesteśmy kult i w ogóle" i tak zrobili. W ich muzyce nie ma świeżości i jakichś elementów, które sprawiłyby, że klasyczna konwencja zyskałaby na oryginalności i blasku, wystarczy spojrzeć na "M-16" Sodom czy "The Gathering" Testament, żeby się przekonać, że można grać po staremu, ale z polotem. Exodus wyraźnie mają z tym problemy, bo czuje się, że próbują jechać na dawnej sławie i chwale, na tym co niegdyś przysporzyło im fanów. Nie jest to czysta i uczciwa gra, na miejscu wielbicieli zespołu czułbym się oszukany. No, ale dobra starczy tych inwektyw, napiszę coś więcej o zawartości muzycznej albumu. Jak już napisałem jest to thrash, tak więc mamy tu wszystkie elementy dla tego gatunku charakterystyczne; szybkie partie bębnów, szybkie solówki i agresywny wokal. No właśnie wokal. Element ten jest zdecydowanie najsłabszym elementem muzyki zespołu, muszę przyznać, że nie ma drugiego takiego wokalisty, którego barwa głosu równie by mnie wkurzała. Co to ma w ogóle być ? Zetro sam chyba nie wie jak chce śpiewać, bo zdarza się, że od niemalże growlingu przechodzi do katującego uszy pisku. Można by powiedzieć, że przecież np. wokalista SOAD też popada z jednej wokalnej skrajności w drugą, jednak w jego przypadku nie jest to aż tak irytujące. Co więc można napisać o tej płycie powiedzieć podsumowując? Z pewnością nie jest to nic oryginalnego, ot zwykły, thrashowy album bez specjalnych rewelacji. Wydany jakieś sześć lat wcześniej byłby uznany za arcydzieło, teraz gdy znamy takie płyty, jak ostatnie longplaye Testament czy Kreator nie ma na taki tytuł najmniejszych szans. |
| 1.Scar
Spangled Banner 2.War is my Sheppard 3.Blacklist 4.Shroud of Urine 5.Forward March 6.Culling the Herd 7.Sealed with a Fist 8.Throwing Down 9.Impaler 10.Tempo of the Damned |
|
| Ocena:
7/10 |
|
| Bad Guy | (np. Venom "Welcome to Hell", Exodus "War is my Sheppard") |