TYM RAZEM O MNIE
Wyjaśniam


Jak tylko czytam jakąś opinię o mnie, wypowiadaną poprzez kogoś z zacnych kącikowiczów, nieodmiennie bawi mnie to, co wyczytuje. Chyba wprowadziłem mały chaos w kwestii moich muzycznych gustów i preferencji, zapewnię dzięki temu, że każdy mój art. jest dziełem chwili, emocji, nastroju blebleble... I czytam np. u Obywatela (nie wiem czemu, ale nie lubię stylu tego autora, ale przymknę się z tymi opiniami, bo jest on stałym współpracownikiem i coś tutaj w sumie robi) "chwała mu za to - ktoś musi pisać o ambitniejszej stronie muzyki rockowej. Poza tym, widać u tego młodego majtka skłonność do poszerzania horyzontów, co z pewnością dobrze rokuje. Stara się, odkrywa nowe lądy i robi to dobrze." W tej opinii jest dużo racji (dzięki Obywatelu), choć horyzonty nieskromnie rzeknę, to mam szerokie odkąd na powagę zająłem się badaniem świata dźwięku. Ale np. dla Slaytanica jestem pseudometalowczykiem z aspiracjami do zostania rockowcem (BTW, jak pisałem, że w Kredkach i Therionie jest rockowy feeling, miałem na myśli niektóre utwory (np. "Gilded Cunt", covery Misfits czy Iron Maiden- u Cradle of Filth lub "Flesh of Gods", "Mark of Cain", covery klasyków metalu czy pół "Lemurii"- to u Theriona), dla Szwejka pewnikiem podobnie, dla ortodoksów blacku pedziem, a jeden taki (Logan się zwał) uznał mnie podczas polemiki mailowej za black metalowca i zawzięcie udowadniał mi, jakim to bezmózgim truj metalem jestem (chłopak złapał kompleksy przez ten kąciki, ma urazy psychiczne). Tak więc, zgapiając z tego kolesia, jak i z Union Jacka, ubiegnę kolejne dziwaczne opinie i podam to, czego słucham (ale mi się dostanie od niektórych). A powiem jeszcze, że wszyscy (oprócz tych, od "pedała", bo 100% preferuje kobiety i brzydzę się analnymi perwersjami) mają dużo racji. Bardzo, ale nie do końca. No to jazda.

Pierwszym moim zainteresowaniem był nu-shitowy metal, ale szybko zbrzydł mi zupełnie. Z tamtego okresu został mi tylko System of a Down.

Lubię metal "klimatyczny" (ale nie modle się do "Książąt ciemności" i nie widzę w muzyce takowej "najczarniejszego mroku" jak pewna recenzentka z KM). Tu mogę walnąć takie tuzy jak Tiamat (ale tylko wybrane piosnki), Moonspell ("Sin/Pecado" rządzi), Cradle of Filth, Therion, Haggard, Empyrium, Opeth, Sentenced, Samael, Winds, Dimmu Borgir a ostatnio poznaje My Dying Bride.

Lubię też mocniejsze klimy, jak np. Rotting Christ, Necrophagia, Emperor (album "Wrath of Tyrant", to je to), Venom, Nyia i różne deathy i blacki. Także norweskie odjazdy pogańskie- stare Ulver, Otyg (toć to folk, panowie), Storm.

Stare heavy? Proszę, Ozzy, dawni Ironi, King Diamond i Mercyful Fate, Iced Earth. Melodyczne metale "pościelowe"? In Flames, Soilwork się przytrafiły.

Lubię też nietypowy metal, metalowe awangardy i różne mieszanki. Mamy tu więc boskiego Arcturusa, Vintersorg, Peccatum, Misteria, The Hag, Lux Occulta, Solefald, Strommousheld, Cynic i wszystko, co mi wpadnie z post metalowego zgiełku i jest warte uwagi. Z nietypowego rocka z kolei lubię między innymi Tool, Faith No More, Fantomas, Mr. Bungle (Patton to mój drugi po Garmie wokalny idol obecnie), Lao Che, Autumnblaze (mistrzowie klimatu), Incubus, The Dillinger Escape Plan. Z metalu uciekłego od metalu, czyli byłych metalowców zgubionych w eksperymentach kocham Profanum, Ulver, Fleurety, Chaostar i tym podobne dziwadła.

Z progresywnego rocka słucham Antimatter, Ayreon, Porcupine Tree, Pink Floyd, King Crimson, Pain of Salvation, ostatnie dziełko Opeth, Rogera Watersa, Ricka Wrighta, Riverside, Psychotic Waltz i takie tam. Klasyka prostszego rocka- owszem, konkretniej np. Black Sabbath, Alice Cooper (to jest man), Deep Purple, Led Zeppelin, Sisters of Mercy, The Cure, rock lat 50/60. Punkiem i rockowym rockiem :-) tez nie pogardzę (The Misfits bezsprzecznie wymiatają), za to z Jamajką to mi raczej pod górkę (choć są wyjątki)

Bjork jest fajna. I Noir Desir. Kocham funky i funk rocka (klangowany basik ma na mnie właściwości podbudzające).

Czasem lubię zapuścić kicz lat 80. Nie mam nic przeciwko muzyce jajcarskiej. Tecno, popu i hip hopu nie cierpię (z wyjątkami np. Prodigy, Aphex Twin, Lovage (relaksacyjna muza stylizowana na stary francuski pop z erotyczną treścią i przesłaniem i Pattonem na wokalu męskim) Cypress Hill, Outkast czy Patton vs. X-ecutioners). Nie mam nic przeciwko ambitnej elektronice ( ostatni np. Future Sound of London czy Dj Krush- chillout z japońską etniką w tle), dar wave, industrial, synth pop i takie tam. Jazzu raczej nie tykam (oprócz Louisa Armstronga i wielkiego Richarda Cheese'a). NIENAWIDZĘ za to lansowanego uparcie w mediach i innych gównach smooth jazzu.

Osobno zapiszę japońską muzę (tak, lubię te pedalskie melodyjki rodem ze skośnookich bajeczek), która lubię za naiwną kiczowatość i nachalną melodykę, a także za nietypowe aranże. Wymienię tu Shenę Ringo, Tomayasu Hotei, Malice Mizer (discopolo gothic rządzi, sprawdźcie tez czeskie XIII. Stoleti i padnijcie ze śmiechu), Ayumi Hamasaki (dziwnie uzależnia), Meiko Kaji, X-Japan czy Gackt.

Muzyka soundtrackowa, ilustracyjna. Tu wiele pozycji. Kocham muzę z Kill Bill i Pulp Fiction, z Gwiezdnych Wojen, Requiem Dla Snu, Fight Club, Oldboy i innych filmów kinowych. Muzyka z anime (Vampire Hunter D OST wymiata- ponury klimat i orkiestrowy horror, mniam) tez znajdzie miejsce w mych uszach. Yokko Kanno bezsprzecznie rządzi. No i z gier PC & konsolowych. Tu wyróżnię Nobuo Uematsu i jego ścieżki dźwiękowe z serii Final Fantasy (wszelkie inkarnacje- polecam zwłaszcza wykonania orkiestrowe i zespół The Black Mages).

Dalej mi się nie chce, a trochę bym jeszcze wyrzucił z siebie. Ogólnie zapodam. W muzyce liczą się dla mnie trzy rzeczy: melodia (muzyka bez melodii musi być naprawdę ciekawie stworzona, by interesować), klimat (nie tylko true grim, bo istnieją różne rodzaje klimatu, moje mroczniaki) i oryginalność. Wszystko, co spełnia te kryteria może mi się spodobać (prócz disco polo i smooth jazzu). Szukam ciągle nowych dziwactw, kocham nieznane nikomu muzyczne odjazdy, których człowiek o zdrowym umyśle nawet nie pozna (np. The Syntetic :-)). Lubię zarówno siłę gitarowego riffu, jak i elektro pejzaże. Nie zważam na opinie innych, słucham co mi się żywnie podoba i bluzgam to co mi się żywnie nie podoba. I tyle. Ten art, mam nadzieję, w połączeniu z poprzednimi powinien rozwiać wszelkie wątpliwości, co do mego spaczonego gustu. Teraz możecie bluzgać co sił. Ja tam robię swoje i słucham swoje i się true metali nie boje. Dobra, tak naprawdę to nie wiedziałem o czym pisać i tyle.


© M. Bizzare <mareckgrzywatsz@wp.pl>