BIG L
"Lifestylez Ov Da Poor & Dangerous"


1. Put It On
2. MVP
3. No Endz, No Skinz
4. 8 Iz Enuff
5. All Black
6. Danger Zone
7. Street Struck
8. Da Graveyard
9. Lifestylez Ov Da Poor ∓ Dangerous
10. I Don`t Understand It
11. Fed Up Wit The Bullshit
12. Let`em Have It "L"
Lamond Coleman, czyli Big L nie pożył długo, bo tylko 25 lat. W 1999 roku zastrzelono go niedaleko jego mieszkania w nowojorskim Harlemie. Jednakże przez ten krótki okres życia widział, przeżył i zrobił więcej, niż niejeden sześćdziesięciolatek. To był hardcorowy pacjent, żył szybko i konkretnie. Taka też była jego muzyka. Jako członek legendarnego składu Diggin` In The Crates zaczynał na singlach tejże grupy i na featuringach u kumpli z zespołu (m. in. Showbiz & AG, Diamond D, itp.). Będąc w D.I.T.C. miał do dyspozycji całą pakę świetnych producentów: Lorda Finesse, Buckwilda, Kida Capri, Showbiza i innych z raczej undergroundowych, surowych klimatów. Te znajomości zaowocowały w 1995 roku doskonałą płytą "Lifestylez Ov Da Poor & Dangerous". Doskonałą, ale nie dla miękkich słuchaczy. Mówię całkiem poważnie: trzeba naprawdę lubić tego typu klimaty, żeby swobodnie, od początku do końca przesłuchać tę płytę. Szczerze mówiąc waham się, czy dobrze to sformułowałem, bo może to zniechęcić potencjalnego słuchacza to zdobycia tej płyty, ale co tam. Jak ktoś ma równo pod kopułą to i tak to zrobi. Kwestia jest taka: Big L to nie Ja Rule, DMX czy inna gwiazda z teledyskami od Hype`a Williamsa. To czarnuch z krwi i kości. Gada takie rzeczy, że aż ciarki przechodzą po plecach. Tylko, że jemu wierzyłbym bardziej niż wyżej wymienionym. Na pewno trochę koloryzował (np. "...where I`m from you can choke from the gun smoke..."), ale zasadniczo jego opowieści dają dużo do myślenia. Dysponował bardzo charakterystycznym głosem, który od razu zapada w pamięci. Tym swoim głosem opowiada historie z rodzimego Harlemu - o przeszłości sprzedawcy cracku, o przejechanych laskach (najbardziej zapadł mi w pamięć wers "...`cause if Big L got AIDS every cutee in da city got it", albo "...brothas be mad `cause I hit more chicks than they spoke to").

Lamond w kawałku "All Black" ostrzega też wszystkich "pussy ass niggas", że jeśli ich matki nie są gotowe na ich pogrzeb, niech lepiej z nim nie zadzierają i takie tam pogróżki.

Szczerze mówiąc, gdybym był jakimś laikiem, patrzącym na to wszystko z zewnątrz, to bym powiedział, że ten cały Big L to był jakiś uciekinier z zakładu zamkniętego, cierpiący na jakąś ostra psychozę, czy coś w tym stylu. Jednak dlatego, że kocham tą muzyczkę, to kocham tez Big L`a. Fakt, jego wersy czasem wywołują szyderczy uśmieszek na moich ustach, ale ja poważnie lubię te jego opowieści dziwnej treści (w przeciwieństwie do pierdolenia niektórych, amatorskich polskich składów, tworzonych przez sfrustrowanych trzynastolatków, wiecie o co biega), ale ja nie mogę tego nie słuchać. Myślę, że stwierdzi tak każdy miłośnik hardcore rap shitu, hehe. Ale musze też powiedzieć, ze w jednym kawałku Big L postanowił przestrzec młodzież przed swoimi błędami. Mówię tu o genialnym pod względem zarówno muzycznym, jak i tekstowym numerze "Street Struck".

W sferze rymowania wspomagają L`a kumple z D.I.T.C., The Ghetto Dwellaz, a także koleżkowcy z jego składu z Harlemu. Jednak największą (przynajmniej dla mnie) niespodzianką było pojawienie się... Nie, sami zgadnijcie, kto rymuje jako czwarty w kawałku "Da Graveyard". Zaskoczeni? Bity, jak już powiedziałem, to mistrzostwo świata. Zresztą trudno się dziwić, znając zestawienie producentów. Ci panowie po prostu wiedzą co jest grane i nie opierdalają się. Klimatyczne, ciężkie podkłady z dużą ilością zsamplowanych instrumentów dętych (tylko nie myślcie, że coś jak w Tribe`ach), wzbogacone o cuty z wcześniejszych, klasycznych już numerów D.I.T.C. i innych nowojorskich sław. Nic więcej o bitach nie powiem, po prostu posłuchajcie, bo warto. No, chyba, że preferujecie pitu pitu Swizz Beats. W takim razie nie tykajcie tej płytki, bo padniecie na zawał.

Cóż więcej mogę powiedzieć? Po prostu płyta typowa dla okresu, w którym powstała i dla wykonawcy który ją nagrał. Nie chodzi mi tu bynajmniej o to, że jest ona rutynowa. Po prostu oczekiwany (a może nawet więcej), kurewsko wysoki poziom. To jest właśnie to, co poleciłbym jakiemuś żółtodziobowi aby mu wytłumaczyć, co to jest hardcore hip-hop. Ale niech to ostatnie zdanie nie obrazi i nie zniechęci starych wyjadaczy, którzy jednak jeszcze nie zdobyli tej płyty, a lubują się w twardym rapie - dla takich osób moje wypociny powinny być wystarczającym bodźcem do tego, by zdobyć tę płytkę z prędkością światła (a może lepiej 9-cio milimetrowej kuli, tak wolałby Big L, hehe).


© Real Plaayaaz <realplayaz2>