METALLICA
Część 4: Upadek i wielki powrót
W poprzedniej części zostawiliśmy Jamesa, Larsa, Kirka i Jasona podczas trasy promującej ich album "Reload". Muzycy, jak już wspomniałem wcześniej, zaczynali na koncertach odpieprzać pańszczyznę. Nawet Kirk zaczął grywać uproszczone wersje solówek. Czyżby zmęczenie graniem?
Zamiast zrobić sobie, jak w 1994 r., jakąś roczną przerwę muzycy prawie od razu po powrocie z tournee ogłosili, że jeszcze w 1998 r. światło dzienne ujrzy nowa płyta. Tym razem miały się jednak na niej znaleźć tylko covery. Pewnie Jamesa i Larsa opuściła wena twórcza i postanowili zabrać się za cudze kawałki. I jeszcze do tego chyba zespół goniły terminy gdyż w studiu Plant, razem z Bobem Rockiem, spędzili tylko trzy miesiące, podczas których zarejestrowali 11 nowych wersji utworów innych artystów. Album zatytułowano, na wzór EP'ki z 1987 r., "Garage.Inc" i wydano w listopadzie 1998 r. Oprócz 11 premierowych coverów, na drugim CD dołączono 16 innych, które dotychczas były porozrzucane po różnych singlach, składankach. Ku uciesze "nowych" fanów umieszczono tu również materiał z "The $5.98 EP Garage Days Re - Revisited".
Co można powiedzieć o "Garage.Inc"? Zacznijmy może od nowych coverów. Są one, przyznam, całkiem dobre, ale dziwi tylko wybór niektórych coverowanych grup. O ile bowiem Black Sabbath, Thin Lizzy, The Misfits, Mercyful Fate czy Diamond Head są wyborami wręcz oczywistymi dla Metalliki, o tyle Nick Cave, Bob Segar i piosenkarz country Lynyrd Skynyrd mogą już tylko budzić kontrowersje.
Przejdźmy jednak do opisu poszczególnych numerów. Zamykające jakby w kleszczach album dwa kawałki punkowej formacji Discharge, "Free Speech For Dumb" oraz "The More I See", zostały przez muzyków mocno podrasowane i brzmią zupełnie metalowo. Numer Diamond Head "It's Eletric" - bez rewelacji. Wersja Metalliki, może przez szacunek dla Seana Harrisa i spółki, niewiele różni się od oryginału. Podobnie zresztą jak "Sabbra Cadabra" Black Sabbath i miks utworów Mercyful Fate zatytułowany po prostu "Mercyful Fate". Większe zaskoczenie jest już przy super-czaderskim "Die, Die My Darling" The Misfits oraz "Whiskey In A Jar" Thin Lizzy. Ten drugi numer, ze spokojnej ballady, stał się prawdziwym, heavymetalowym killerem. Sam jednak zespół przyznaje, że nagranie tego właśnie utworu zajęło mu najwięcej czasu i trudu. Oddajmy głos Larsowi: "(...) próbowaliśmy to zrobić [przerobić "Whiskey In A Jar" - przyp. autora] na cztery czy pięć różnych sposobów, jako balladę albo najprawdziwszy numer metalowy." Wybrali te drugie rozwiązanie i wyszło im znakomicie! Osobna bajka to "Turn The Page" Boba Segera. Z typowej dla lat 60. ballady Metallica uczyniła fajny rockowy numer, który klimatem przypomina utwory z obu "Loadów". Największym jednak zaskoczeniem był chyba cover Nicka Cave'a "Loverman". Nigdy bym nie przypuszczał, że taka muzyka może inspirować metalowych muzyków. A jednak! Do tego jeszcze James Hetfield twierdził, że "Loverman", pod względem budowy, może być zwiastunem nowych kawałków zespołu: "O tak. [Na pytanie czy którykolwiek z coverów może wskazywać nowy styl w muzyce Metalliki - przyp. autora] "Loverman" to najlepszy przykład. Naprawdę cicho a potem ekstremalny odjazd." Jak mieliśmy się potem przekonać grupa faktycznie poszła tym tropem. Jedynym zgrzytem na "Garage.Inc" jest ballada country "Tuesday Gone" Lynyrda Skynyrda. Przepraszam bardzo, ale nagrywanie takich numerów nie przystoi dawnym gigantom metalu!
Co do drugiego dysku albumu to nie mam żadnych zastrzeżeń. 16 dobrych lub nawet bardzo dobrych przeróbek min. Diamond Head ("Am I Evil"), Blitzkrieg ("Blitzkrieg"), Budgie ("Breadfan") Queen ("Stone Cold Crazy") czy Sweet Savage ("Killing Time"), a do tego jeszcze "The $5.98 EP Garage Days Re - Revisited" i cztery kawałki Motorhead wykonane na żywo podczas 50. urodzin Lemmy'ego w 1996 r. Miodzio! Można by powiedzieć, że Metallica wróciła. Gdyby tylko były to jej kompozycje...
Od razu po wydaniu nowego albumu grupa wyruszyła w trasę go promującą. Warto o niej wspomnieć choćby z tego powodu, że zespół grał na niej od dawna nie prezentowane na żywo i zapomniane kawałki min. "The Call of Ktulu", "The Thing That Should Not Be" czy "Of Wolf And Man". Z promowanego krążka leciały zawsze najwyżej dwa, trzy numery, najczęściej "Die, Die My Darling" lub "Turn The Page". W rozpisce trasy nie mogło tym razem zabraknąć Polski. I nie zabrakło! 1 czerwca 1999 r. na warszawskim stadionie Gwardii 40 tys. fanów ciepło przyjęło swych idoli i wspaniale bawiło się przy muzyce ich oraz trzech supportów - Apocalyptiki, Monster Magnet i Mercyful Fate.
Dla tych, którzy z różnych przyczyn nie mogli być na żadnym koncercie Metalliki, ukazało się DVD "Cunning Stunts", gdzie znalazł się zapis koncertu z Fort Worth, zagranego w maju 1997 r. podczas trasy promującej "Load". Tak się składa, że widziałem to DVD i mogę je z czystym sumieniem polecić każdemu fanu Metalliki (który oczywiście przetrawi krótki włosy muzyków i dość sporą liczbę kawałków z "Loada" he, he).
Zespół chcąc podtrzymać dobrą passę wydawniczą na początku 1999 r. ogłosił, że kolejny album ukaże się już za jakieś pół roku. Tym razem miała to być koncertówka nagrana jednak przy współudziale orkiestry symfonicznej! Okazało się że, po odrzuceniu jego pomysłu przez Scorpions, do Metalliki z propozycją współpracy wystąpił dyrygent Michael Kamen, znany ze współpracy z min. Pink Floyd, Aerosmith czy Ericiem Claptonem. Fanom Metalliki i samym muzykom też nie był całkowicie nieznaną osobistością, ponieważ w 1991 r. nagrał smyczki do "Nothing Else Matters".
21 i 22 kwietnia 1999 r. w Berkeley Community Theater, w San Francisco Metallica zagrała dwa pierwsze koncerty z The San Francisco Symphony. Później ta ciekawa gromadka pojawił się jeszcze w Berlinie. Wszystkie trzy występy zarejestrowano i sfilmowano, ale tylko fragmenty dwóch pierwsze trafiły na wydany pod koniec roku dwupłytowy album "S&M" i DVD o tym samym tytule. Na dwóch krążkach znalazło się 18 nowych wersji klasyków zespołu oraz dwie premierowe kompozycje. Album, podobnie jak chyba wszystkie krążki Metalliki wydane po 1991 r., jest wydawnictwem bardzo nierównym. Najlepiej z całej setlisty brzmią dwa nowe kawałki: "No Leaf Clover" i "Minus Human". Ten pierwszy jest według mnie wprost genialny. Prezentuje, zapowiadany przez muzyków, nowy styl Metalliki: najpierw zespół gra łagodnie i delikatnie, by chwilę potem ostro przyłoić. Orkiestra dodała jeszcze utworowi mocy i majestatu (na koncertach bez niej nie brzmiał już tak rewelacyjnie). "Minus Human" to natomiast miażdząco-ciężki killer, przypominający "Sad But True" czy "Harvest of Sorrow". Świetnie wyszły także niektóre klasyki zespołu. Nowa wersja "Nothing Else Matters" na łeb bije tą z "Black Albumu", zaś "The Call of Ktulu" z orkiestrą to istna poezja! Za ten kawałek grupa dostała zresztą kolejną w swojej karierze nagrodę Grammy. Jednak to głównie ballady stanowią najlepszą część "S&M". "Bleeding Me" i "Outlaw Torn" z "Load" nabrały zupełnie nowej mocy i wymiaru. Oprócz tego nieźle wypadły także: "Fuel" (smyczki!) i "Memory Remians" (podobnie jak we "Fuel" porywają smyki pod koniec utworu i do tego jeszcze chóralnie odśpiewany przez publikę refren). Z resztą utworów jest już znacznie gorzej. Wręcz fatalnie wyszły kultowe "One" i "Enter Sandman". Winę ponosi jednak nie Metallica, ale sam Michael Kamen, który po prostu źle dopasował grę orkiestry do gry zespołu. Chwilami, słuchając albumu, mam wrażenie, że Metallica i The San Francisco Symphony grają równocześnie zupełnie inne utwory.
Podobno były plany, by na albumie nie umieszczać wszystkich numerów. Gdyby zespół faktycznie tak uczynił i zamieścił na płycie tylko pochwalone przeze mnie kompozycje to "S&M" stanowiłoby obecnie jedną z najciekawszych pozycji w dyskografii Metalliki, a tak jest bardzo, bardzo słabo.
Rok 2000 na zawsze pozostanie w pamięci muzyków Metalliki jako rok, w którym rozpoczął się poważny kryzys w łonie zespołu. Na początku nic jednak tego nie wskazywało. Najpierw muzycy uraczyli fanów premierowym utworem "I Disappear", który promował film "Mission Immposible II". Kawałek niczego sobie. Fajny do słuchania rockowy numer, nadal nie mający z korzeniami grupy nic wspólnego. Gdzieś pod koniec roku zaczęto już przebąkiwać o nowym albumie, który miał ukazać się w 2001 r. Zanim jednak grupa weszła do studia magazyn "Playboy" zaproponował muzykom mały eksperyment: niech każdy z nich wypowie się o pozostałych członkach zespołu i opowie o relacjach panujących w grupie. Muzycy odpowiadając na pytania nie widzieli się nawzajem i udzielili do bólu szczerych odpowiedzi. I tak Jason przedstawił siebie jako kozła ofiarnego zespołu, którego kompozycje są zawsze odrzucane i nietolerowane. Ciekawe, gdyż James zarzucił basiście zbyt małe angażowanie się w Metallikę. Lars natomiast, nie mogąc już chyba wymyślić niczego bardziej oryginalnego i złośliwego, oskarżył Hetfielda o ciągotki homoseksualne.
Wywiad w "Playboy'u" dobitnie ukazał rozłam w zespole. Przeczuwając początek końca Metalliki wytwórnia Elektra, chcąc uratować jeden ze swoich najbardziej dochodowych zespołów, zaproponowała muzykom poddanie się terapii, mającej pomóc im w przejściu kryzysu. Terapeutą miał zostać Phil Towle. Facet miał już za sobą tego typu współpracę z zespołami sportowymi. Tym razem miał zająć się grupą rockową.
Tego wszystkiego było jednak za wiele dla Newsteda. 17 stycznia 2001 r. oficjalna strona internetowa Metalliki ogłosiła odejście Jasona z zespołu. Jako powód podano wtedy przemęczenie basisty graniem koncertów i jego problemy z kręgosłupem. Ciekawe jednak jakie miny mieli James, Lars i Kirk gdy parę miesięcy później dowiedzieli się, że "przemęczony i schorowany" Newsted założył właśnie swoją własną wytwórnię i nowy zespół - Echobrain. Ex-basista Metalliki ostro wziął się do pracy. Najpierw nagrał i wydał debiut Echobrain, a potem opuścił zespół, i trafił do kanadyjskiej formacji thrashmetalowej, Voivod. W wywiadach w prasie Jason zaczął oskarżać Larsa i Jamesa o rządy dyktatorskie w Metallice. Podobno zdanie jego i Kirka w ogóle się nie liczyło. Zawsze odrzucano jego riffy i pomysły na utwory.
Tymczasem jednak pozostała trójka pracowała nad nowym albumem. Z powodu braku basisty gitarę basową na swe barki wrzucił Bob Rock, który i tym razem miał wyprodukować krążek. Pisanie nowych numerów szło nawet sprawnie: w ciągu kilku miesięcy powstało kilkanaście kompozycji. Przypomnę jeszcze tylko, że przez cały czas zespół przechodził terapię z Philem Towle'm. Żeby było tego mało prace nad nowym albumem były cały czas filmowane przez Joe'go Berlingera i Bruce'a Sinofsky'ego, twórców tak uznanych filmów dokumentalnych jak "Paradise Loast" czy "Brother's Keeper". Podobno miał powstać z tego wesoły filmik typu "A Year And A Half In The Life Of Metallica". Ha, ha, tyle tylko że tym razem atmosfera w studio nie była tak sielska jak w czasie sesji do "Black Albumu". Lars i James stale się kłócili, prawie dochodziło do bójek. Żeby było jeszcze zabawniej (i by zwiększyć dramaturgię powstającego obrazu) Hetfield postanowił opuścić tymczasowo zespół i udać się na odwyk alkoholowy. "Za miesiąc wracam." - oznajmił ponoć Larsowi i Kirkowi. Wrócił za niespełna... rok.
Podczas pobytu wokalisty w ośrodku odwykowym Lars i Kirk nie próżnowali. Stworzyli istną "stolicę" Metalliki - HQ, gdzie znalazło się prywatne studio nagraniowe zespołu i siedziba oficjalnego fanklubu. Istniały jednak obawy, że Hetfield nie będzie chciał grać już w Metallice. "Ja i Lars zastanawialiśmy się kiedy w końcu James poczuje, że pora wrócić. Po kilku miesiącach zaczęliśmy się zastanawiać czy w ogóle wróci." - wspomina Hammett. Całe szczęście obawy gitarzysty nie potwierdziły się: "Kiedy James wrócił do nas od razu chciał zabrać się za pisanie nowej muzyki (...)."
Po powrocie z odwyku ludzie ponoć się zmieniają. Tak było także z Jamesem. Całkowicie rzucił picie, stał się podobno także mniej agresywny. A Lars pewnie zaczął czuć się bezpieczniej he, he. Sesje, zarówno terapeutyczna jak i nagraniowa, szły bardzo sprawnie. Już wkrótce muzycy zaczęli przechwalać się w prasie, że mają już ponad 30 nowych kompozycji. Nowy album ponownie miał być podwójny. Do tego jeszcze zespół postanowił na razie nie wydawać kawałków napisanych przed odejściem Hetfielda na odwyk. Podobno te odrzucone numery były jakoby syntezą stylu Pink Floyd i Metalliki z okresu "Black Albumu". Ciekawe, nie powiem. Z niepublikowanych kawałków słyszałem tylko fragment jednego - "Dead Kennedy Rolls". Metallica wykonała go na żywo na jakiejś imprezie muzycznej. Faktycznie, brzmiał całkiem obiecująco i stylem przypominał numery z "Czarnej". Szkoda że nie został oficjalnie wydany i pewnie jeszcze długo pozostanie w archiwach zespołu.
Napisanie i zarejestrowanie nowego materiału zajęło grupie równy rok. Pamiętam jak przez ten czas starałem się jak najczęściej sprawdzać na licznych stronach internetowych zespołu jak przebiega sesja. Z wypiekami na twarzy czytałem o tym, że na nowym albumie teksty będą autorstwa nie tylko Hetfielda, ale także Larsa, Kirka a także Boba Rocka. Utwory także powstawały w inny sposób niż poprzednio. Jak twierdzi Lars "Usiedliśmy w tym pokoju [chodzi o salę prób w HQ Studio - przyp. autora] i napisaliśmy 35 utworów. (...) W przeszłości każdy przynosił jakieś fragmenty, pomysły z domu, które powstawały w naszych sekretnych miejscach w piwnicy i studio stawało się miejscem ich wykonania. (...) Tym razem wszystko powstało w tym pokoju i wniosło to zupełnie inną energię, poczucie łączności między nami (...)."
Gdzieś w kwietniu można było już zobaczyć okładkę dziesiątego albumu Metalliki i usłyszeć jego tytuł: "St.Anger". A przód krążka zdobić miała pięść symbolizująca tytułowy "Święty gniew". Zrezygnowano jednak z umieszczenia na albumie wszystkich nagranych kompozycji. Na płycie miało znaleźć się tylko 11 kompozycji. Gdy prace były na ukończeniu i utwory czekały już tylko na ostateczne miksy muzycy przypomnieli sobie o tym, że nie mają w swych szeregach basisty. Jasne, był Bob Rock, ale on od początku zaznaczał, że nagra bas tylko na nowy album, a na trasę niech James, Lars i Kirk znajdą sobie kogoś innego. Zaczęły się więc intensywne poszukiwania nowego członka grupy. Na wieść o nich Jason, który nie odniósł spodziewanego sukcesu ani z Echobrain, ani Voivod, skontaktował się z managmentem zespołu i oznajmił chęć powrotu do Metalliki. Odpowiedź pozostałych muzyków była jednak jednoznaczna: "Nie."
Ostatecznie nowym basistą Metalliki został Robert Trujillo. "Zorganizowaliśmy dwie sesje - wspomina Kirk - W pierwszej zagrali Rob, Twiggi [Ramirez, ex-Marilyn Mason - przyp. autora] i Scott [Reader, ex-Kyuss]. Już od pierwszego przesłuchania wiedziałem, że Rob jest odpowiednią osobą. (...) W drugiej sesji pojawili się: Danny z Nine Inch Nails, Eric Avery, który niegdyś grał w Jane's Addiction i znowu Rob. I tym razem Rob okazał się lepszy niż jego poprzednicy." Tego i innego typu pochwały basisty często pojawiały się w wywiadach z zespołem w tym okresie. Grę Roberta porównywano do gry nieodżałowanego Cliffa Burtona. Sam zaś Trujillo nie był kimś całkowicie nieznanym w obozie Metalliki. W połowie lat 90. grał w Suicidal Tendencies, które w 1993 r. zagrało u boku Metalliki kilka koncertów. "Supportowali nas i pierwszą rzeczą, na jaką zwróciłem uwagę, był ten niewiarygodny basista." - opowiada Hammett. Po odejściu z Suicidal Tendencies Rob angażował się w kilku mniejszych zespołach min. Mass Mental czy Infectious Grooves. Grał także w zespole Jerry'ego Cantrella i Black Label Society. Największą popularność przyniosło mu jednak dołączenie w 1996 r. do kapeli Ozzy'ego Osbourne'a, w której udzielał się (z krótkimi przerwami w 1998 r.) do momentu dołączenia do Metalliki. U Ozzy'ego zastąpił go natomiast nie kto inny tylko... Jason Newsted (!). Doszło więc do jednej z najbardziej zaskakujących wymian ostatnich czasów. Jason nie zagrzał jednak miejsca u byłego wokalisty Black Sabbath. Po pół roku powrócił do Voivod, a potem reaktywował Quarteto de Pinga.
W pełnym składzie Metallica mogła ponownie zacząć koncertować. Pierwszy występ w nowym składzie zagrano w... więzieniu San Quentin. Nie, nie, muzycy bynajmniej nie trafili za kratki, za łamanie prawa. W więzieniu powstał bowiem teledysk do tytułowego numeru z nowej płyty. W powstawaniu klipu pomogli zespołowi także sami więźniowie. Zapłatą było zagranie dla nich specjalnego koncertu.
Zaraz po występie w San Quentin grupa wystąpiła także w programie MTV Icons, którego była główną gwiazdą. W jej hołdzie kilka znanych zespołów zaprezentowało parę jej klasycznych numerów. Oczywiście program jest typową komercyjną papką, więc numery Metalliki wykonywały takie kapele jak: Limb Bizkit, Staind i raper Snoop Dog (!). Metallica zaś zagrała krótki miks swoich kilku najsławniejszych kawałków i zaprezentowała jedną nową kompozycję - "Frantic". Mówię Wam gdy pierwszy raz usłyszałem ten numer szczęka mi opadła! Zespół, który jeszcze nie tak dawno nagrywał ballady country, zaprezentował utwór mocno zainfekowany Slayerem i hardcore'am. Mój apetyt na "St.Anger" mocno się zaostrzył.
Wreszcie 6 czerwca 2003 r. fani na całym świecie mogli już usłyszeć nową płytę Metalliki (w moim mieście można oczywiście było ją dostać dopiero dwa dni później). Przyznam, że przez pierwsze kilka dni nie mogłem się od tej pozycji oderwać. Wtedy też napisałem recenzje do KM, w której wystawiłem płycie maksymalną ocenę. Dopiero po jakimś czasie doszło do mnie, że album nie jest nawet w połowie tak dobry jak mi się początkowo wydawało. Tak, prawda jest parę świetnych numerów. Otwierający "Frantic", jak już wspomniałem zalatuje harcore'am i ostro wali po mordzie. Po nim następuje utwór tytułowy, moim zdaniem najlepszy na całej płycie. Można wyczuć tu inspiracje System Of A Down. Zespół początkowo gra bardzo, bardzo ostro, słuchaczowi wydaje się wręcz, że to nie Metallica, ale jakaś harcore'owa kapela, by nagle zacząć grać jakoby balladę. James delikatnie, niczym w Nothing Else Matters, śpiewa: "Saint Anger around my neck/Saint Anger around my neck/He never gets respect" i zaczyna się na nowo istna muzyczna rzeź. Po "St.Anger" następuje "Some Kind of Monster", chyba najcięższy numer w dyskografii Metalliki, godnie kontynuujący tradycje "Harvest of Sorrow" i "Sad But True". I jak dla mnie płyta się kończy. Dalej jest już tylko przeciętnie lub nawet słabo. Kompozycje są zbyt długie, zbyt mało urozmaicone i szybko nużą. W miarę poziom trzyma jeszcze tylko pseudoballadowe "Unnames Feeling" i przypominające numer tytułowy "All Within My Hands".
Największą jednak wadą płyty jest całkowity brak solówek. Jak mając w swoich zastępach Kirka, jednego z najbardziej uzdolnionych gitarzystów na świecie, Lars i James mogli zabronić mu zagrania partii solowych! I nie obchodzą mnie tłumaczenia muzyków o kryjącym się za tym konceptem. Kirk: "(...) solówki nie pasowały do naszego założenia, czyli manifestu Metalliki. Mianowicie album miał być głosem czwórki muzyków, natomiast każdy materiał solowy powoduje coś takiego, że wykonujący go muzyk na chwile separuje się od swoich kolegów." Nie przekonują mnie także tłumaczenia zespołu o tym, że jakoby solówki nie pasowały do budowy utworów. W czasie późniejszych koncertów Kirk parę razy zagrał solówkę do "Frantic" oraz "Dirty Window" i zabrzmiało to całkiem przyzwoicie.
Ostatnią kontrowersyjną sprawą albumu było brzmienie perkusji. Grupa postanowiła bowiem bardzo wyeksponować tym razem werbel. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie to, że chwilami brzmi on trochę jak puszka po farbie. Mnie osobiście, po przesłuchaniu tych wszystkich undergroundowych demówek death i black metalowych kapel, brzmienie to nie przeszkadza. Ba, uważam nawet że jest całkiem niezłe i przede wszystkim bardzo oryginalne, jak na zespół pokroju Metalliki, ale wiem, że sporej ilości ludzi nie przypadło ono do gustu.
Podczas gdy fani w Europie mogli na razie słuchać nowych kompozycji tylko na płycie, amerykańscy wielbiciele mieli możliwość słuchania ich już na żywo, na koncertach w ramach trasy Summer Sanitarium, na której Metallice towarzyszyło Limb Bizkit i Linkin Park. Cóż, jak dla mnie - koszmarne supporty, ale całe szczęście na Stary Kontynent zespół wybrał się już w bardziej przyzwoitym towarzystwie.
Rozpoczęta na początku 2004 r. trasa "Madly Anger With World" przetoczyła się prawie przez cały świat. Przez pierwsze tygodnie jej trwania w Europie Metallikę supportowały Godsmack i Slipknot. Później ten pierwszy musiał powrócić do Ameryki. Do Polski nasi bohaterowi przybyli 31 maja 2004 r. już w towarzystwie tylko Slipknota. Występy obu grup na chorzowskim stadionie poprzedził jeszcze krótki, niespełna półgodzinny koncert rodzimego Vadera. Jako naoczny świadek mogę, z bólem serca, stwierdzić że występ naszych "krajowych królów death metalu" zawiódł, ale tylko przez koszmarne brzmienie. Jak tłumaczy Mauser: "Na tym stadionie jest taki problem, o którym się dowiedzieliśmy jeszcze przed koncertem. Powiedział nam o tym koleś od Metalliki: "Ponieważ będziecie mieli limit głośności, tu hula wiatr, i po prostu ten dźwięk będzie wam znosiło". Tak też było. I dlatego ludzie mówili, że dźwięk falował, nie wiadomo co się działo. Nic się nie dało zrobić. Musiałaby być odpowiednia moc, żeby to przezwyciężyć." Slipknot wypadł już o niebo (piekło?) lepiej. Niesamowity ruch na scenie i charyzmatyczna postawa Corey'a porwały tłum. Metallica także nie zawiodła. Ale czy oni potrafiliby zawieść na koncercie? Tym razem Kirk bez kompleksów wykonał wszystkie solówki z wcześniejszych płyt zespołu. Bez żadnych ściem i ich upraszczania. Największą jednak uwagę skupiał Robert, który grając na basie wykonywał jednocześnie swe słynne "tańce" i inne wygibasy.
W roku 2004 r. przypomnieli o sobie i swoim filmie Joe Berlinger i Bruce Sinofsky. "Metallica: Some Kind of Monster" w końcu można było obejrzeć w kinach. Zamiast jednak idyllicznego obrazu zespołu pracującego w studiu zobaczyliśmy na własne oczy kryzys w grupie, odejście Jamesa na odwyk, jego powrót i powolne przezwyciężanie problemów zespołu. Filmowcy nie skoncentrowali się na ukazaniu tworzeniu samej muzyki, ale na relacjach między członkami grupy. "To nie jest film o Metallice, to jest film o wzajemnych relacjach międzyludzkich." - stwierdził nawet Lars Ulrich. Według mnie jest to jeden z najlepszych dokumentów muzycznych, jakie kiedykolwiek powstały, a wszystkim, którzy go nie widzieli polecam nabycie DVD z filmem. Na prawdę warto!
Trasa "Madly Anger With World" zakończyła się ostatecznie pod koniec roku 2004 r. Gdy piszę te słowa muzycy są na zasłużonych wakacjach. Na wiosnę, czyli mniej więcej w tym czasie gdy to czytacie, mają wejść do studia, by nagrać kolejną płytę. Na razie niewiele o niej wiadomo. Podobno mają znaleźć się na niej utwory krótsze, pięcio- i sześciominutowe (czyżby muzycy przemyśleli swoje błędy z sesji "St.Anger"?). Część nowego materiału powstała już podczas tournee. "Aktualnie mamy ponad 50 godzin pomysłów na piosenki. Jest w nich trochę szybkości, czegoś surowego i brudnego, większość z nich ma tę ciężkość, która według mnie jest nieodłącznym elementem Metalliki. James wymyślił kilka zabójczych riffów i cokolwiek z tego wyjdzie, będzie to ciężkie. Jesteśmy bardzo podekscytowani nagrywaniem nowego albumu w tym składzie." - opowiadał podczas wizyty w Polsce Robert.
Czym Metallica zaskoczy nas na następnej płycie? Tego na razie nie wiemy, ale jestem pewien, że ich kolejny album ponownie zyska tyle przeciwników co zwolenników. Co by jednak nie myśleć o współczesnych dokonaniach zespołu nie sposób bagatelizować jego wpływu na muzykę metalową. Mnie pozostaje tylko życzyć Jamesowi, Larsowi, Kirkowi i Robertowi dalszych sukcesów i kontynuowania działalności, no bo w końcu:
"But we will never stop
We will never quit
Cause we are Metallica"