METALLICA
Część 3: Gwiazdy show biznesu


Początek lat 90. był niezwykle łaskawy dla części zespołów thrash metalowych, dotychczas grających tylko dla swoich fanów, nie zdobywających jednak uznania wśród szerszej publiki. Od roku 1990 wszystko zaczęło się jednak zmieniać. Zwłaszcza dla Metalliki. Lata 1991-93 śmiało można by było nazwać okresem metallikomanii. Zacznijmy jednak może od początku.

W 1990 r. wytwórnia Elektra, dla której Metallica od 6 lat nagrywała swe albumy, obchodziła 40-lecie. Z tej okazji jej szefowie postanowili wydać składankę "Rubaiyat - Elektra's 40th Anniversary", na której miały się znaleźć covery artystów z nią związanych, wykonane przez inne zespoły dla niej nagrywające. Oczywiście propozycje nagrania jakiejś cudzej kompozycji dostała także Metallica. W zespole zapanowała istna burza mózgów. Czyj utwór scoverować? James Hetfield zaproponował jakiś kawałek Toma Waitsa. Niestety propozycja nie zdobyła aprobaty pozostałej trójki i została odrzucona. Ostatecznie stanęło na "Stone Cold Crazy" Queen. Zespół zawitał na kilka godzin do kalifornijskiego studia Fantasy, gdzie przy pomocy Tobyego Wrighta zarejestrowała nową wersję klasyka grupy Fredyego Mercurego.

W tym czasie w prasie zaczęły pojawiać się pierwsze wypowiedzi muzyków o nowej płycie. Zapowiedzi wcale nie ucieszyły konserwatywnych fanów grupy. Podobno nowe kawałki miały być prostsze, mniej brutalne, łatwiejsze w odbiorze. Wszystkich jednak dobiły informacje o zmianie producenta. Flemminga Rasmussena miał zastąpić Bob Rock, znany ze współpracy z min. Bon Jovi, Motley Crue czy The Cult, czyli zespołami które Lars i spółka tak często wcześniej wyśmiewali w wywiadach.

Kiedy Metallica wchodziła do studia One On One, były ogłaszane nowe nominacje do nagród Grammy Music Awards. Przypomnijmy, że dwa lata wcześniej zespół został nominowany w kategorii The Best Metal Performace, ale nagrodę odebrało mu Jethro Tull. W roku 1990 r. Metallica ponownie została nominowana w tej samej kategorii. Podobnie jak dwa lata wcześniej wszyscy uważali ją za czarnego konia. Tym jednak razem grupa rzeczywiście wygrała, ale muzycy nie pojawili się na rozdaniu nagród. Najwidoczniej nie mogli darować organizatorom wcześniejszego poniżenia. Co by o tym nie mówić, dostanie nagrody Grammy dobrze wróżyło nowej płycie.

Po 9 miesiącach pracy w studio grupa w końcu zakończyła sesję. Miksy potrwały jednak aż do lipca, a album miał swoją światową premierę 12 sierpnia 1991 r. W międzyczasie muzycy chętnie udzielali wywiadów i mówili o swoim nowym dziele. "(...) płyta będzie miała bardziej luzacki charakter, więcej na niej improwizowanego grania.", "Obecnie bardzo dużo uwagi poświęcamy wokalowi (...). Na tej płycie partie wokalne traktowane są równorzędnie z gitarami, basem czy perkusją." - o nowym albumie opowiadał Lars. "Na tym albumie bardzo ważny jest wokal, poza tym solówki i różne gitarowe zagrywki. Tak więc pomimo tego, że kawałki są prostsze, wcale nie oznacza, że staraliśmy się mniej.", "Ten album jest trochę łatwiejszy w odbiorze dla ludzi, którzy nigdy przedtem nie słuchali Metalliki." - dodawał James. "Można powiedzieć, że nagrywając ten album podjęliśmy się wielu nowych rzeczy" - twierdził Jason. "Ten album brzmi o wiele mocniej (od poprzednich - przyp. autora)" – zapewniał Kirk.

Jaka była prawda o piątej płycie zespołu? Fani na całym świecie przekonali się w sierpniu. Masowo szturmowali sklepy muzyczne, by opuścić je już wyposażeni w plastykowe opakowanie, ozdobione czarną okładką, na której można było znaleźć tylko niewyraźny napis "Metallica" i, w lewym, dolnym rogu, węża. Płytę nie zatytułowano, jak początkowo zapowiadał zespół, "Don't Tread On Me", ale po prostu "Metallica" (ach, ta inwencja twórcza!). Krążek został jednak szybko okrzyknięty przez fanów "Black Albumem". Sama muzyka była taka jak zapowiadali członkowi zespołu: kawałki były prostsze, mniej skomplikowane i, przede wszystkim, mniej ostre. Na próżno szukać tu elementów thrashu. Najszybsze na płycie "Holier Than You" i "Through The Never" w niczym nie mogą równać się z "Seek and Destroy", "Whiplash" czy "Battery". Siła "Black Albumu" tkwi jednak w utworach wolniejszych. Ballady "The Unforgiven" i "Nothing Else Matters", choć w ogóle nie podobne do "Fade To Black" czy "One", stanowią jedne z najpiękniejszych kompozycji jakie udało się stworzyć Hetfieldowi i Ulrichowi. Szczególnie "Nothing Else Matters" jest bardzo ciekawym numerem. Został on skomponowany w całkowicie inny sposób niż ballady z poprzednich albumów zespołu. Z resztą oddajmy głos jego twórcom: "Chcieliśmy stworzyć taki numer, który nie byłby balladą typową dla Metalliki. "Fade To Black" czy "Welcome Home (Sanatorium)"... wszystkie one zaczynały się łagodnie, potem jest mocniejszy refren i łagodna zwrotka... Chcieliśmy ten kawałek bardziej rozbudować wokalnie, zastosować dodatkowe gitary. (...) Podoba mi się pomysł robienia tego typu kawałów. - mówi James, a Lars dodaje: ""Nothing Else Matters" to dla mnie zdecydowanie jeden z najważniejszych numerów... Już kiedy usłyszałem ten motyw po raz pierwszy (na demówce Jamesa - przyp. autora), naprawdę mnie powalił." Zresztą wspomniany motyw przewodni jest obecnie jednym z najbardziej znanych riffów świata i zarazem banalnie prostym do zagrania. To cud, że nikt nie wymyślił go przed Metalliką.

"Black Album" nie byłby jednak prawdziwą płytą Metalliki, gdyby zabrakło na nim kawałów cięższych, na czele z "Enter Sandman" i "Sad But True". Ten pierwszy, wybrany na singiel, okazał się międzynarodowym hitem. Podobnie jak "Nothing Else Matters" jest utworem dość nietypowym dla Metalliki. "(...) to chyba najprostszy kawałek jaki kiedykolwiek napisaliśmy. (...) Cały utwór zbudowany jest wokół jednego riffu." - opisuje "Enter Sandman" Ulrich. Jest w tym co mówi wiele prawdy. Na tle kompozycji z "...And Justice for All", gdzie przeciętny kawałek był zbudowany z co najmniej kilku riffów, prosty i nieskomplikowany "Piaskowy Dziadek" brzmi dość zaskakująco. "Sad But True" powala natomiast swoim ciężarem. Miażdży niby młot z okładki debiutanckiego albumu zespołu, a poza tym "W środku utworu następuje kilkusekundowa cisza (...). To dla nas coś zupełnie nowego." - z fascynacją opowiadał o kawałku na łamach prasy James.

Miłym zaskoczeniem był również silnie zorientalizowany "Wherever I May Roam". Intro jest grane na sitarze, potem wchodzą ciężkie gitary i, początkowo tajemniczy, wręcz mistyczny, potem krzykliwy, zawodzący wokal Hetfielda. "Don't Tread On Me" również zaskakuje śpiewem wokalisty. Tu jednak James śpiewa bardziej drapieżnie. Refren jest pewną manifestacją: "Don't Tread On Me! So be it Threaten no more. To secure peace is to prepare of war." ("Nie depcz po mnie! Tak już jest, przestań straszyć. Utrzymywanie pokoju jest przygotowaniem do wojny"). Te wersy zostały trochę źle zrozumiane przez niektórych ludzi. Niektórzy widzieli w nich pochwałę dla, toczącej się wtedy wojny w Zatoce Perskiej. "Nigdy się z niczym nie deklarowaliśmy, kiedy zaczęła się wojna. Ludzie widzą słowo "wojna" i wariują. Dostawaliśmy telefony, żeby wziąć udział w tym klipie "Give Peace A Chance". Odpieprzcie się!" - tłumaczy autor tekstu, James.

Pozostałe, niewymienione przeze mnie, kawałki również są świetne. Każdy jest przyozdobiony jakąś ciekawą zagrywką gitarową lub solówką Kirka, który przeszedł wprost na "Black Albumie" siebie. Nie gra może już tak technicznie i szybko, co na poprzednich krążkach, ale za to niezwykle melodyjnie (posłuchajcie choćby solówki w "The God That Failed"). Na "Metallice" nawet Jason dorzucił swe przysłowiowe trzy grosze. Bas na całym albumie wymiata, a sam Newsted, chyba na wzór zagranego na gitarze basowej intra do "Damage Inc.", zagrał na początku "My Friend of Misery" krótkie solo.

Udało się także zespołowi wreszcie wyprodukowanie krążka, w taki sposób, by wszystkie instrumenty były dobrze słyszalne. Szczególna w tym zasługa Boba Rocka, który zaproponował grupie nową metodę pracy. Tym razem muzycy po nagraniu swoich instrumentów, nadal siedzieli w studio i przez kolejnych kilka miesięcy dopracowywali album. Stąd też te 9 miesięcy pobytu w One On One, ale słuchając "Black Albumu" chyba trudno tego żałować.

Dwa dni przed premierą płyty, 10 sierpnia zespół wyruszył w pierwszą część trasy ją promującej. Wraz z Queensryche i AC/DC grał koncerty w ramach trasy Monsters of Rock. 13 sierpnia ta wesoła gromadka zawitała do naszego kraju. Tego dnia wszyscy fani zespołu, którzy przybyli na Stadion Śląski w Chorzowie mogli zobaczyć na własne oczy wspaniałe show przygotowane przez zespół. Muzycy postanowili bowiem pobudzać publiczność już nie tylko muzyką, ale także efektami pirotechnicznymi i innego typu fajerwerkami. Podobno podczas intro do "One" cała scena wręcz płonęła!

17 sierpnia koncertowy zestaw tournee poszerzono o Motley Crue i The Black Crowes. Monsters of Rock ostatecznie zakończyła się 28 września występem w Moskwie, gdzie do pozostałych grup dołączyła jeszcze Pantera. Podczas trwania Monsters of Rock "Black Album" sprzedawał się w rekordowych ilościach. Już tydzień po premierze, w dużej mierze dzięki promującemu ją singlowi "Enter Sandman", do którego nakręcono, już drugi w historii zespołu, klip, płyta znalazła ponad pół miliona nabywców. James, Lars, Kirk i Jason z dnia na dzień stali się znani na całym świecie już nie tylko fanom metalu, ale także ludziom o odmiennych gustach muzycznych. Sam zespół podchodził jednak do swojego sukcesu z dystansem. "Myślisz sobie, że pewnego dnia ktoś ci powie: "Wasza płyta jest na pierwszym miejscu w Stanach i wtedy cały świat nagle zwariuje. Byłem w hotelu, gdy nadszedł faks: "Jesteście na pierwszym miejscu". Pomyślałem: "Dobra, fajnie". Był to po prostu kolejny pieprzony faks z biura." - mówi Lars. Komercyjny sukces zespołu zawsze wiąże się z oskarżaniem go o sprzedanie się przez część "starych" fanów, którzy byli mu wierni od początku działalności. Nie inaczej było i w przypadku Metalliki. "Pierwsze miejsce na liście Bilboardu! Toż to hańba i dowód zdrady dla zespołu metalowego" - krzyczeli fani domagający się zapewne, by grupa nagrała "Master of Puppets II". Sami muzycy bronili się jednak dzielnie, mówiąc o tym, że chcą stale się rozwijać i poszerzać swoje horyzonty muzyczne. Według mnie trudno im tego zabronić. Jeśli nie czuli się już dobrze w stylistyce thrash metalowej, dowodem sprzedania się byłoby nagrywanie właśnie kolejnych kopii "Kill'Em All" czy "Master of Puppets".

Zostawmy jednak rozważania o komercji zespołu (i tak o tym temacie powiedziano już chyba wszystko) i powróćmy do trasy koncertowej Metalliki po USA, która rozpoczęła się zaraz po powrocie grupy z Europy. Podczas "An Evening With Metallica Tour", zespołowi nie towarzyszył żaden support. Zamiast tego fani przed rozpoczęciem koncertu mogli na ogromnych telebimach, obejrzeć dwudziestominutowy film dokumentalny o formacji i zobaczyć grupę "na żywo" przygotowującą się za kulisami do występu. Koncerty rozpoczynały się od intra "Ecstazy of Gold" Ennio Moricone, pochodzącego ze ścieżki dźwiękowej filmu "Dobry, zły i brzydki". Następnie na scenie pojawiali się muzycy i zaczynali grać "Enter Sandman", największy hit z "Black Albumu", choć już wtedy po piętach deptały mu kolejne single z płyty - "The Unforgiven" i "Nothing Else Matters", do których (a jakże!) nakręcono teledyski. Muzycy nie zadawali się już tylko odgrywaniem swoich numerów. Każdy członek zespołu miał swoje przysłowiowe "pięć minut". Kirk oszołamiał wszystkich swoimi "hendrixowskimi" popisami, Jason solówkami na basie, zaś Lars i James, który wziął chyba lekcje gry na perkusji, razem jammowali na bębnach. Warto wspomnieć także o scenie. Umieszczano ją zawsze w środku pomieszczenia w którym grano koncert. Ponadto w środku sceny znajdował się tzw. snakepit, specjalny sektor do którego wpuszczano pierwsze kilkaset przybyłych na koncert fanów.

Trasa po Ameryce zakończyła się dopiero w kwietniu 1992 r. Została przerwana tylko na parę dni w lutym, gdy ogłoszono nominacje do nagród Grammy. Metallica po raz drugi otrzymała nagrodę w kategorii "Najlepszy zespół metalowy". Tym jednak razem muzycy postanowili odebrać nagrodę, ale nie obyło się bez małego skandalu. Znany bowiem z tego, że lubi dużo mówić Lars w czasie ceremonii rozdawania nagród zażartował, że na szczęście Jethro Tull nie nagrało w tym roku żadnej płyty.

Od razu po zakończeniu "An Evening With Metallica Tour" muzycy otrzymali propozycję zagrania na koncercie ku pamięci zmarłego w tym czasie Freddiego Mercurego. 20 kwietnia na londyńskim stadionie Wembley tysiące fanów rocka mogło zobaczyć na własne oczy występy min. Metalliki, Extreme, Def Lepard, U2, Guns N'Roses, Roberta Planta, Paula Younga, Tony'ego Iommiego, Davida Bowie czy Eltona Johna. Nasi bohaterowie grali jako pierwsi i zaprezentowali na żywo "Enter Sandman", "Sad But True" i "Nothing Else Matters". Oprócz tego później James zaśpiewał, razem z żyjącymi członkami Queen, "Stone Cold Crazy". Koncert był transmitowany przez radio i telewizję na cały świat.

Po koncercie na Wembley Metallica kontynuowała promocje ostatniej płyty. Po raz pierwszy zawitała do Australii i krajów dalekowschodnich. Potem na krótko powróciła do Stanów, by do końca uzgodnić warunki nowej trasy z... Guns N'Roses. To dopiero było wydarzenie! Dwa największe zespoły rockowe na wspólnym tournee! Do Metalliki i Gunsów miała jeszcze początkowo przyłączyć się Nirvana, ale z powodu wzajemnej niechęci Kurta Coubaina i Axla Rose'a ostatecznie w trasę wyruszyły tylko dwa zespoły.

Wspólna trasa Metalliki i Guns N'Roses okazałą się nad wyraz udana, ale tylko dla tej pierwszej. Gdyby nie liczyć koncertu 8 sierpnia w Montrealu, gdzie grupa musiała zejść przedwcześnie ze sceny, ponieważ efekty pirotechniczne poparzyły Jamesa, Metallica zawsze dawała z siebie wszystko. Nawet wtedy, gdy Hetfield został poparzony, kilka dni później pojawił się już na scenie, co prawda tylko w roli wokalisty, gdyż obandażowana ręka nie pozwalała mu grać na gitarze, ale jego partie świetnie wykonywał za niego John Marshall, techniczny Kirka. Fanów w czasie trasy rozczarował tylko Jason, który ściął włosy, ponieważ, jak sam twierdził, były już bardzo zniszczone. Guns N'Roses natomiast najczęściej kompromitowali się na scenie. Zespół przechodził już wtedy poważny kryzys w swym łonie, który parę lat później doprowadził do jego rozpadu. Axl, zachowując się niczym rozkapryszony gwiazdor (jakim zresztą był), specjalnie spóźniał się na koncerty swojego zespołu, a nawet podczas nich nie śpiewał w pełni swoich możliwości. Na tle Gunsów Metallica lśniła niczym diament. Przekonali się zresztą o tym polscy fani, którzy pojechali na jej koncert do Pragi, gdyż tym razem trasa ominęła Polskę.

W 1993 r. Metallica grała ostatnią trasę promującą "Black Album". "Wherever I May Roam Tour", bo tak nazwano tournee, przez blisko pół roku, przetoczyło się przez obie Ameryki, Australie, Daleki Wschód i Europę (Polski po raz kolejny nie było w rozpisce:-( ). W czerwcu natomiast zespół zagrał w Milton Keynes Bowl pojednawczy koncert z Megadeth, grupą Dave'a Mustaine'a, z którym James i Lars toczyli od dłuższego czasu konflikt na łamach prasy. Po tym występie grupa ogłosiła wszem i wobec, że robi sobie roczną przerwę w działalności. Nie ma się jednak czemu dziwić - przez trzy lata zagrała cztery duże trasy po całym świecie i dała niezliczoną liczbę koncertów. Każdy czułby się wykończony. Na pocieszenie fani otrzymali jednak dwie części filmu "A Year And A Half In The Life Of Metallica" na kasetach VHS, ukazujące powstawanie "Black Albumu" i pierwsze tygodnie trasy "An Evening With Metallica". Oprócz tego na rynku ukazał się zestaw "Live Shit: Binge & Pure", marzenie każdego fana, w którym znalazły się trzy kastety VHS, z zapisami koncertów z San Diego (13 i 14 stycznia 1992 r.) i Seattle (29 i 30 sierpnia 1989 r.), 3 CD z koncertami z Mexico City, szablon loga zespołu oraz książeczkę ze zdjęciami muzyków. Nie muszę chyba wspominać, że pierwsze nakłady kaset VHS i boksu szybko się wyprzedały i musiano wyprodukować nowe. O byt i pieniądze Metallica nie musiała się już wtedy obawiać. Do 1996 r. "Black Album" sprzedał się w nakładzie 15 milionów kopii. Sprzedaż pozostałych płyt również ogromie wzrosła i zaczęły one powoli "dościgać" "Czarną". Do 1996 r. fani wykupili łącznie ponad 40 mln. płyt zespołu!

A jak muzycy spędzali swoje wakacje? Właściwie można by odpowiedzieć, że w sposób zgodny z ich charakterami i podejściem do życia. Lars rozpoczął kolekcjonowanie dzieł sztuki, szczególnie obrazów. Kirk zaczął pisać do "Guitar World" oraz uczęszczać na wykłady poświęcone muzyce jazzowej. Jason pozakładał masę pobocznych, muzycznych projektów, z których największy rozgłos zdobyło Quarteto de Pinga, założone wraz z gitarzystą Sepultury, Andreasem Kisserem i wokalistą Machine Head, Robbem Flynnem, które nagrało trzyutworowe demo, ciepło przyjęte przez fanów metalu. Najmniej pożytecznie wolny czas spędził James, który, jak na prawdziwego rock and rollowca przystało, pił, pił i... pił.

Rok 1994 r. z wiadomych powodów nie obfitował w jakieś ciekawsze wydarzenia. Zespół przypomniał o sobie tylko koncertem na Woodstock '94 i... konfliktem z Elektrą o pieniądze za płyty. Podobno miało już nawet dojść do procesu sądowego, ale ostatecznie obie strony doszły do porozumienia, unieważniono kontrakt z 1984 r. i podpisano nowy.

W lutym roku kolejnego fanów ucieszyła zapewne wiadomość o tym, że grupa weszła w końcu do studia Plant, by tam, ponownie przy współpracy Boba Rocka, nagrać nowy album. Muzycy mięli podobno w przygotowaniu blisko 30 numerów. Następca "Black Albumu" miał być wydawnictwem podwójnym. Podwójny album wypełniony hitami pokroju "Enter Sandman" czy "Sad But True". Super! Tylko że na długooczekiwanym, nowym albumie Metalliki nie miało się znaleźć ani jednego tak dobrego kawałka jak dwa wymienione. Ale o tym fani na razie nie wiedzieli i z utęsknieniem oczekiwali szóstej płyty zespołu.

Po raz pierwszy kompozycje z nowego albumu można było usłyszeć w sierpniu 1995 r. na festiwalu Monsters of Rock, gdzie Metallica wystąpiła jako gwiazda. Oprócz standardów, typu "Master of Puppets", "One" czy "Enter Sandman", pojawiły się "Devil's Dance" i "Two By Four", reprezentujące niewydany na razie krążek. Już wtedy fani mogli poczuć się zaniepokojeni. Ciężki, ale zalatujący raczej rockiem, a nie metalem, "Devil's Dance" chyba nie zabrzmiał zbyt dobrze obok thrashowych klasyków zespołu.

Do końca roku Metallica zagrała jeszcze tylko trzy koncerty: 27 sierpnia w londyńskim klubie Astoria, w miejscowości Tuoktoyaktuk, w Kanadzie, za kołem polarnym (James Hetfield do dziś twierdzi, że był to najdziwniejszy koncert w jego życiu) i w klubie Whiskey A Go Go w Los Angeles, gdzie świętowano 50. urodziny Lemmy'ego z Motorhead. Na tym ostatnim koncercie grupa nie zagrała swoich numerów, ale zaprezentowała własne wersje czterech klasyków Motorhead.

Cały rok 1996 był dla wielbicieli grupy bardzo zaskakujący i szokujący. Już jego początek zwiastował duże zmiany zachodzące w łonie zespołu. W marcu muzycy ogłosili zmianę loga bandu oraz pokazali się po raz pierwszy publicznie z krótkimi włosami (!). "To najkrótsze pióra jakie mam od urodzenia!" - twierdził James. Lars natomiast dodawał, że posiadanie krótkich włosów to najprzyjemniejsza rzecz na świecie oprócz palenia cygar. Ciekawe co powiedziałby na to Lars Ulrich z początku lat 80.? Do tego jeszcze James, Lars i Kirk załamali wszystkie swoje fanki wiadomościami o zmianach swoich stanów cywilnych. Największą jednak metamorfozę przeszedł Kirk. Nie tylko skrócił włosy o ponad 30 centymetrów, ale także wbił sobie podbródek kolczyk i zaczął malować paznokcie na czarno (homoseksualna natura się w nim obudziła czy co?). Poza tym przeszedł także przemianę światopoglądową. Rzucił picie i narkotyki, zainteresował się, podobnie jak Lars, sztuką, historią i szeroko pojętą muzyką.

Gdzieś w połowie roku, niedługo przed premierą nowej płyty, tu i ówdzie pojawiły się plotki na temat odejścia Jasona z zespołu, z powodu nieporozumień muzycznych. Okazały się one na szczęście nieprawdziwe, choć wydarzenia z lat późniejszych wykażą, że może nie były to pogłoski całkiem wyssane z palca...

Dłogooczekiwany, nowy album Metalliki, zatytułowany ostatecznie "Load", ujrzał światło dzienne 3 sierpnia 1996 r. Pomimo pierwotnego planu umieszczono na nim jedynie 14 numerów z 27 zarejestrowanych w czasie sesji. Reszta miała trafić na kolejny krążek.

Przesłuchując "Load" po raz pierwszy trudno uwierzyć, że gra na nim ten sam zespół co na "Master of Puppets" czy "Kill'Em All". Utwory mają się do thrash metalu tak jak pięść do nosa. Jedynie może "King Nothing", po lekkich zmianach, mógłby znaleźć się na "Black Albumie", reszta kawałków jednak to zupełnie inna bajka. Dużo tu rocka, bluesa czy nawet psychodelii. Pomimo nieprzychylnego odbioru albumu przez fanów, dziś z perspektywy czasu można jednak stwierdzić, że znalazło się na nim parę ciekawych kompozycji. Przede wszystkim, oprócz wspomnianego już "King Nothing", bardzo dobre jest, wybrane na pierwszy singiel, "Until It Sleeps". Trochę psychodeliczny, ale ciekawy numer z mocnymi gitarami i basem. Podobnie zresztą jak ballada "Hero of the Day". Może i nie ma ona klimatu takiego powiedzmy "Fade To Black" czy "One", ale na tle pozostałych numerów z "Load" i tak wyróżnia się pozytywnie. Niezłe są jeszcze długie, blisko dziesięciominutowe ballady "Bleeding Me" i "The Outlaw Torn". Jakie utwory mógłbym jeszcze wyróżnić? W zasadzie już żadne. Reszta trzyma dość przeciętny lub nawet niski poziom. Bo cóż ma mnie zachwycić w takim np. zalatującym bluesem, którego zresztą nie cierpię, "Poor Twisted Me" czy "Mama Said", którym to kawałkiem James przyznaje się, że oprócz metalu inspiruje go także country (!)?

Dobrze chociaż że koncertowo zespół nadal prezentował się świetnie. Trasa "Poor Twisted Me" promująca "Load" była równie udana co poprzednie. Grupa ponownie użyła sceny ustawianej w środku pomieszczenia. Do tego doszły jeszcze najlepsze efekty pirotechniczne, jakie zespół kiedykolwiek używał w swojej historii. Pod koniec koncertów, zawsze po "Enter Sandman", zespół i ekipa techniczna upozorowywali katastrofę. Wielkie rusztowania, poustawiane wokół sceny przewracały się, przez scenę przebiegał płonący mężczyzna... Całe szczęście żadnemu z muzyków nigdy nic się nie stało. W ramach "Poor Twised Me Tour" Metallica zawitała ponownie do naszego kraju. Tym razem dała porywające show 8 września 1996 r. w Spodku, w Katowicach.

Po tournee nie było tym razem żadnych wakacji ani przerw. W końcu trzeba coś zrobić z pozostałymi, niewydanymi jeszcze trzynastoma kawałkami. Ponownie w studiu Plant, przy pomocy Boba Rocka, zespół dokończył stare-nowe numery. Album, zatytułowany "Reload", miał swoją premierę 17 listopada 1997 r. Wszyscy którzy uwierzyli muzykom, że będą na nim kawałki cięższe i mocniejsze srogo się zawiedli. Poza balladą "The Unforgiven II", szybkim, przywodzącym na myśl NWOBHM "Fuel" i szybko wpadającym w ucho "Memory Remains", utwory były jeszcze gorsze od swoich krewniaków z "Load". Do dziś uważam "Reload" za najsłabszy album Metalliki. Muzycy udowodnili mi nim, że nawet oni potrafią zanudzić słuchacza.

Trasa promująca nowy album ominęła tym razem nasz kraj. Pod względem rozmachu nie dorównała ona już "Poor Twisted Me Tour". Po samych muzykach również było już widać zmęczenie graniem. Szczególnie Kirk zawodził, grając przeważnie uproszczone solówki. Na monolicie zwanym Metalliką zaczęły pojawiać się pierwsze rysy...


© anger <ulrich1987@poczta.fm>