METALLICA
Część 2: Droga na szczyt


Każda szanująca się telenowela zaczyna się zawsze od przypomnienia wydarzeń poprzedniego odcinka. Tak więc może i ja wspomnę pokrótce o zdarzeniach części pierwszej mojego artykułu. Otóż moi mili, zostawiliśmy naszych bohaterów z Metalliki w momencie gdy nagrali oni swój debiutancki album - "Kill'Em All". Płyta szybko zdobyła uznanie po obu stronach oceanu, a sam zespół wyruszył w krótkie tournee po Wschodnim Wybrzeżu, wraz z brytyjskim Raven.

Sukces debiutującej kapeli zawsze muszą potwierdzić przynajmniej jej dwie kolejne płytki. Muzycy Metalliki, wiedząc o tym, od razu po powrocie z trasy ostro wzięli się do komponowania nowych numerów. W tym czasie powstała, zaginiona później i do dziś niedostępna, taśma demo z utworami: "Fight Fire With Fire", "Ride the Lighting", "Creeping Death" i "When Hell Freezes Over" (tytuł zmieniono potem na "The Call of Ktulu"). Fani usłyszeli część nowego materiału podczas granych w tym czasie koncertów u boku Anthrax w Nowym Jorku. O rosnącej w tym czasie sławie grupy niech świadczy fakt, że dostała ona propozycję zagrania wspólnej trasy po Europie z Venom, przeżywającym wtedy swoje najświetniejsze czasy. Tournee "Seven Dates Of Hell" przetoczyło się wciągu kilku tygodni przez Szwajcarię, NRF oraz Belgię. Metallikę, choć była tylko supportem, wszędzie przyjmowano świetnie. Zwieńczeniem europejskich wojaży zespołu był koncert na holenderskim festiwalu Aardschok. Metallice musiał najwyraźniej spodobać się Stary Kontynent, a w szczególności ojczyzna Larsa, gdyż postanowiła ona trochę na nim jeszcze pobyć i do tego nagrać nowy album w kopenhadzkim studiu Sweet Silence pod czujnym okiem Flemminga Rasmussena. Podobno przed wejściem do niego muzycy zaproponowali Johnowi Bushowi z Armored Saint, dołączenie do zespołu w roli wokalisty, gdyż James Hetfield nie czuł się na tym stanowisku zbyt pewnie. John propozycję jednak odrzucił, czego pewnie później bardzo żałował.

Z Hetfieldem, nadal jako wokalistą, zespół wszedł więc do wspomnianego studia, by zarejestrować 8 premierowych kompozycji. Już przed wydaniem "Ride the Lighting", bo tak zatytułowano album, w prasie muzycznej zaczęły krążyć pogłoski o tym, jakoby drugi krążek grupy był lżejszy i posiadał (o zgrozo!)... balladę! Gdy latem 1984 r. album ujrzał w końcu światło dzienne okazało się, że obawy były bezpodstawne. No, może poza tą związaną z balladą. "Fade To Black" rzeczywiście należy do spokojniejszych numerów zespołu, ale za to jest jedną z najpiękniejszych metalowych ballad jaką kiedykolwiek słyszałem. Reszta utworów jest równie wspaniała, ale o wiele brutalniejsza. "Fight Fire With Fire", "Escape" i "Trapped Under Ice" to typowe thrashowe wymiatacze. Numer tytułowy oraz "Creeping Death" również, ale są trochę bardziej zróżnicowane i urozmaicone. Ten drugi zresztą stał się prawdziwym koncertowym killerem zespołu. Nie sposób nie wspomnieć o "The Call of Ktulu", najlepszym utworze instrumentalnym Metalliki. Blisko dziesięciominutowe monstrum, z ciągłymi zmianami tempa i klimatów, w pełni ukazało kompozycyjny kunszt muzyków. Największym jednak "hitem" "Ride the Lighting" okazał się "Whom the Bell Tolls". Ostro zalatujący Black Sabbath, z kultową wręcz solówką na basie Burtona, szybko stał się klasykiem gatunku i zespołu.

Ale skąd taki rozwój w twórczości Metalliki? W końcu od wydania debiutu minął dopiero rok! Lars zasługę tą przypisywał Kirkowi i Cliffowi, "którzy mieli odmienną koncepcję gry [chodzi za pewne o większą dbałość o melodie, szczególnie Burtona, który ponoć był np. wielkim fanem R.E.M - przyp. autora]. Wszyscy chcieliśmy zmian. Ciągłe granie kawałków w stylu "Whiplash" stało się nudne." Warto przy okazji wspomnieć o ówczesnej postawie grupy do sukcesu i promocji. Gdy wytwórnia zaproponowała jej nakręcenie do "Whom the Bell Tolls" teledysku natychmiast odmówiła. Dziwne jak w ciągu paru następnych lat muzycy zmienili swe poglądy i ideologie.

"Ride the Ligthing" szybko sprzedało się w nakładzie ponad 100 tys. płyt. Oprócz wzrostu popytu na oba albumy Metalliki, wzrosło też zainteresowanie wytwórni zespołem. Już wkrótce grupa nawiązała współpracę z Q-Prime Managment Inc. Petera Menscha i Cliffa Burnsteina, mające na swoim koncie wypromowanie min. The Scorpions, AC/DC, Aerosmith czy Deff Leppard. Pierwszym krokiem ku megasławie Metallica zrobiła zrywając umowę z wytwórnią Zazulą i podpisując nowy kontrakt z rynkowym gigantem - Elektrą.

W 1985 r. grupa promowała, najpierw w USA, a potem w Europie, swój drugi album koncertami. W Stanach towarzyszył jej W.A.S.P, zastąpiony później przez Armored Saint. W Europie zespół wystąpił natomiast na festiwalu Monsters of Rock w Anglii u boku Ratt, Magnum, Marillion, Bon Jovi i ZZ Top. Hmm, dość kontrowersyjny zestaw. James Hetfield więc, z charakterystyczną dla siebie delikatnością, zwrócił się do publiki: "Jeżeli przyszliście tu by zobaczyć kolorowe ciuchy ze spandexu i makijaże czy jakieś inne gówna i czekacie na słowa "rock'n'roll" i "baby" w każdej piosence, to my nie jesteśmy waszym pieprzonym zespołem." Okazało się, że przyszli na koncert ludzie wcale nie pragnęli słuchać kawałków z typowo rock'n'rollowymi frazesami i od razu kupili Metallikę. Również sprzedaż jej płyt w Wielkiej Brytanii w tym czasie znacznie wzrosła. W tym też czasie rozpoczął się konflikt między Metalliką a Megadeth, zespołem starego znajomego Jamesa i Larsa, Dave'a Musteinea. Otóż jak się okazało Dave, po wyrzuceniu go z grupy, wcale nie zamierzał zakończyć swej muzycznej kariery. Założył Megadeth, z którym w 1985 r. nagrał debiutancki album "Killing Is My Business... And Business Is Good!" (gdzie znalazł się zresztą "Mechanix", pierwotna wersja "The Four Horseman" Metalliki), który przeszedł jednak bez echa. Chcąc chyba podnieść sprzedaż płyty, Mustaine zaczął na łamach prasy obrażać swoich kolegów z Metalliki i oskarżać ich o wykorzystywanie jego riffów w swoich utworach. Wkład Davea w "Kill'Em All" był faktycznie duży, ale na "Ride the Lighting" był współautorem tylko dwóch numerów ("Ride the Lighting" i "The Call of Ktulu"). Uważał jednak, że James i Lars wykorzystywali jego pomysły i na późniejszych płytach. Konflikt Metalliki z liderem Megadeth nie zakończył się, jak większość tego typu prasowych jatek, po paru miesiącach, ale potrwał przez kolejne kilka lat.

Powróćmy jednak do spraw koncertów. Po występie na Monsters of Rock grupa na krótko wróciła do USA, gdzie zagrała na kolejnym festiwalu - The Day On The Green, tym razem dzieląc scenę z Y&T, Scorpions i Yngwiem Malmsteenem. Od razu po koncercie zespół odleciał do Kopenhagi do studia Sweet Silence, gdzie postanowił nagrać swój trzeci longplay. Wydany 21 lutego 1986 r. "Master of Puppets" jest powszechnie uważany za najwybitniejsze dzieło Metalliki. Grupa osiągnęła na nim szczyt swoich kompozytorskich możliwości. W 1986 r. zespół nie szokował już szybkością i brutalnością. Wyprzedził go w tym Slayer. James, Lars, Kirk i Cliff postanowili więc zaimponować słuchaczom w inny sposób. Skomponowali kawałki, które nie potrafią wręcz słuchacza nudzić. Ciągłe zmiany tempa i nastrojów (najlepiej chyba uwidocznione w instrumentalnym "Orion") dały powalający efekt.

Zgodnie z hitchkokowską zasadą, album rozpoczyna się od trzęsienia ziemi w postaci "Battery". Niech te akustyczne intro do niego was nie zmyli: dalej jest brutalnie i szybko prawie jak na "Kill'Em All". Następny w kolejce - numer tytułowy, świetnie reprezentuje cały krążek. Blisko dziewięć minut ostrego łojenia przeplatanego wolniejszymi momentami. I jeszcze do tego słynna solówka Hammetta dzieląca utwór na dwie części. Mniam! Nie gorzej prezentuje się ciężki i niezwykle mroczny "The Thing That Should Not Be". By dać odpocząć swoim fanom panowie Hetfield, Ulrich, Hammett i Burton zaserwowali im balladę. Już drugą w swojej karierze, ale "Welcome Home (Sanatorium)" śmiało może rywalizować z "Fade To Black" o palmę pierwszeństwa metalowych ballad. "Disposable Heroes" i "Leper Messiah", podobnie jak "Battery", powodują, że nasz układ krwionośny zaczyna szybciej pracować. Odpoczniemy jednak przy instrumentalnym "Orion". Wspominałem już o nim w powyższym akapicie. Jest bardzo zróżnicowanym pod względem struktury i najbardziej urozmaiconym utworem na płycie. Dźwięki w środku kawałka mogą bardziej kojarzyć się z bluesem niż metalem. Czyżby była to zapowiedź przyszłych dokonań zespołu? Czy muzycy już tu chcieli powiedzieć swoim fanom: "Ej, nie chcemy być jednowymiarową kapelą. Może kiedyś spróbujemy grać coś więcej niż tylko metal." Możliwe. Na zakończenie "Master of Puppets" mamy jednak "Damage Inc.", kolejny thrashmetalowy wymiatacz. Sukces trzeciego albumu Metalliki był nie tylko artystyczny, ale także komercyjny. Zespół pokazał, że bez żadnych teledysków, promocji radiowej można sprzedać album w kilkuset tysięcznym nakładzie. Docenił to Ozzy Osborne, który zaprosił grupę na wspólną trasę. Muzycy oczywiście się zgodzili. W końcu nie na codziennie można grać koncerty u boku swego idola z lat młodości. Choć Metallica figurowała na plakatach tylko jako support, to podczas jej występów publika bawiła się lepiej niż na koncertach byłego wokalisty Black Sabbath. To dla niej fani przychodzili na koncerty. Zresztą na bootlegach z tego okresu słychać, że z taką pasją jak wtedy, Metallica nie grała już nigdy potem. Muzykom reakcje publiczności na ich występy na pewno się podobała. Czy Ozzyemu jednak też? Tego nie wiem, ale od tego czasu pan Osbourne nie zaprosił już Metalliki na zagranie choćby jednego wspólnego koncertu... Jako ciekawostkę mogę Wam powiedzieć, że podczas trasy z Ozzym zespół grał wśród poustawianych na scenie krzyży, znanych z okładki "Master of Puppets", za co został przez Kościół katolicki uznany za satanistyczny (sic!) i umieszczony na tzw. "czarnej liście", u boku min. Black Sabbath, Led Zeppelin czy... Michaela Jacksona.
Po tournee z Ozzym grupa ruszyła we własną trasę. Tym razem zaczęła od Europy. Po występach w Anglii i Szwecji zespół wyruszył do Danii. Niestety jeden z członków grupy nigdy już tam nie dojechał. 27 września 1986 r. autokar zespołu, będący w tej chwili pomiędzy w okolicach miejscowości Varmland w Szewcji wpadł w poślizg. Cliff Burton, śpiący w tym czasie na kozetce, wypadł z pojazdu przez szybę. Samochód przewrócił się i zgniótł ciało basisty. Pozostała trójka muzyków i kierowca odnieśli lekkie obrażenia.

Straszna wiadomość o śmierci Burtona szybko obiegła świat. Aby uświadomić sobie w jak trudnej sytuacji znalazła się wtedy Metallica, trzeba zrozumieć, że Cliff był twórcą jednej trzeciej materiału, umieszczanego na jej płytach i, obok Ulricha i Hetfielda, jednym z jej liderów. Miał też pośrednio ogromny wpływ nawet na późniejsze dokonania zespołu. "(...) Cliff odsłonił przede mną i Jamesem nowe muzyczne horyzonty harmonii, melodii, po prostu całe nowe podejście (do tworzenia muzyki - przyp. autora)." - twierdzi Lars. James, Lars i Kirk na poważnie myśleli wtedy o rozwiązaniu zespołu, ale na prośby tysięcy fanów i samych rodziców Cliffa postanowili kontynuować działalność.

Już wkrótce spróbowano zastąpić wydałoby się niezastąpionego - rozpoczęto przesłuchiwania kandydatów na basistę. Przed chętnymi na zostanie nowym członkiem Metalliki stało bardzo trudne zadanie. Nowy basista, podobnie jak Cliff, musiał umieć nie tylko świetnie obsługiwać swój instrument, ale także komponować utwory. Burton miał w końcu duży wpływ muzykę Metalliki z okresu "Ride the Lighting" i "Master of Puppets". Po dość krótkich poszukiwaniach na nowego basistę wybrano Jasona Newsteda. Ów kędzierzawy, długowłosy muzyk miał już za sobą założenie własnego zespołu - Flotsam and Jetsam - i nagranie z nim debiutanckiego albumu "Doomsday for the Deceiver", świetnie zresztą przyjętego przez fanów metalu. Jason, jak sam przyznaje, dostał się do zespołu małym przekrętem. Podobno tzw. pocztą pantoflową dowiedział się jakie kawałki Metallica grała na ostatnim tournee i nauczył się ich wszystkich na pamięć (!). "Wydaje mi się, że zszokowałem ich od samego początku (...). Kiedy zespół zapytał mnie: "Co zagramy?", odparłem: "Co chcecie!" - chwalił się potem Jason.

Z Newstedem grupa, zanim miała ponownie wejść do studia, musiała dokończyć trasę promującą "Master of Puppets". Od początku był on na niej ostro sprawdzany i testowany. I to nie tylko pod kątem muzycznym, ale także alkoholowym (krążyły nawet plotki o planach zmiany nazwy na Alkohollica he, he) oraz... poczucia humoru. Stale był poddawany okropnym dowcipom. Najgorszą rzecz basiście, według Jamesa, zrobiono w Japonii. "To było wtedy, gdy Ross Halfin (fotograf) był z nami w Japonii. To było pierwsze tourne Jasona i powiedzieliśmy mu, że aby przekonać Rossa do pracy dla nas, musieliśmy wszyscy się z nim przespać, a ponieważ Jason jest nowy, to teraz jego kolej. Chodził w koło powtarzając: "Fuck you guys. There's no way I'm doing it, fuck you." Kirk natomiast przypomina sobie inną straszną historyjkę: "Zabawny incydent wydarzył się kiedy byliśmy w Nowym Jorku i przyjaciel przysłał mi całą skrzynię pełną alkoholu. Świętowaliśmy jego przybycie pijąc do czwartej nad ranem, po czym udaliśmy się w odwiedziny do Jasona. On sypia w słuchawkach i nie słyszał jak pukaliśmy, więc zawołaliśmy portiera i powiedzieliśmy mu: Hej, człowieku, nasz kolega jest w środku i dławi się wymiocinami. Musimy tam wejść... Kopniakiem wywarzyliśmy drzwi, przewróciliśmy łóżko do góry nogami na Jasona, wszystko pokryliśmy kremem do golenia w sprayu, porozrzucaliśmy wszędzie jego pieniądze i zabraliśmy wzmacniacz gitarowy... Nie powiedział ani słowa. To było naprawdę komiczne." To się dopiero nazywa stoicki spokój! Wiemy jednak, że Jasonowi było początkowo trudno przyzwyczaić się do grania w Metallice, pomimo tego, że pozostała trójka bardzo mu w tym pomagała: "Żeby ułatwić Jasonowi zaaklimatyzowanie się w zespole, wszystko było zapisywane na jego rachunek." - z wielką łyżwą na twarzy wspomina Lars.

Powróćmy może jednak do spraw koncertów. Pierwszy występ w nowym składzie miał miejsce 8 listopada 1986 roku w Country Club w Los Angeles. Tydzień później zespół był już w Japonii, gdzie zagrał mini tournee. Potem pojawił się w Kanadzie i powrócił do Europy. W czasie europejskiej części trasy Metallica po raz pierwszy zagrała w naszym kraju. W dniach 10 i 11 lutego 1987 r. katowicki Spodek był wypełniony po brzegi fanami metalu. Podobno oba koncerty były wspaniałe. Sam zespół również bardzo ciepło je wspomina, pomimo tego, że polski support w postaci Kata nie przekonał do końca gustów Jamesa Hetfielda, który porównał go do "japońskiego metalu".

Po powrocie z trasy zespół tradycyjnie miał zacząć komponowanie nowych numerów. Miał, ale nie zaczął, ponieważ postanowił najpierw nagrać Ep'kę z coverami. W prowizorycznym studio zorganizowanym w garażu Larsa, muzycy zarejestrowali: "Crash Course In Brain Surgery" zespołu Budgie, "Helpless" Diamond Head, złączone w jeden utwór "Last Caress" i "Green Hell" Misfits, "The Small Hours" Holocaust oraz "The Wait" Killing Joke. Całość dopełniało intro "Run to the Hills" Iron Maiden, nagrane na rozstrojonych gitarach. Słuchając "The $5.98 EP Garage Days Re - Revisited" można wręcz poczuć luzacką atmosferę panującą w "studiu". Aż wierzyć się nie chce, że trójka z facetów grających na płycie przed paroma miesiącami straciła swojego najlepszego kumpla. Żałość po śmierci Cliffa muzycy wylali jednak na kolejnym albumie...

Po ukazaniu się "The $5.98 EP Garage Days Re - Revisited" grupa zagrała parę koncertów promujących go, min. po raz kolejny wystąpiła na festiwalu Monsters of Rock u boku Dio, Anthrax, Bon Jovi, W.A.S.P i Cindrella, po czym powróciła do USA, by w końcu zająć się nowym longplayem i kasetą VHS poświęconą Cliffowi. "Cliff'Em All", bo tak zatytułowano pierwsze w historii zespołu wydawnictwo VHS, składało się z fragmentów nagranych przez fanów koncertów. Do tego dołączono wywiad z Jamesem, Kirkiem i Larsem, w którym wspominali oni nieżyjącego basistę. Kaseta, ku zaskoczeniu wytwórni i samego zespołu, sprzedała się świetnie. W 1988 r. było to najlepiej sprzedające się w USA VHS. Podobny los spotkał "The $5.98 EP Garage Days Re - Revisited", które szybko zdobyło złotą płytę. W tym czasie "Master of Puppets" miało już platynę, "Ride the Lighting" zaś złoto, podobnie zresztą jak reedycja "Kill'Em All" z dodanymi dwoma bonusowymi utworami: coverami "Am I Evil" Diamond Head i "Blitzkrieg" Blitzkrieg.

Nareszcie w lutym 1988 r. zespół rozpoczął prace nad nowym krążkiem. W kalifornijskim studio One On One, przy współpracy producenta Mikea Clinka, który zasłynął min. świetną produkcją "Appetite for Destruction" Guns N'Roses, zarejestrowali 11 numerów, z czego 9 miało znaleźć się na nowym albumie, a pozostałe 2 na stronach B singli. Po zakończonej sesji grupa stwierdziła, że nie jest zadowolona z jakości nagrań i, oprócz 2 wspomnianych kawałków bonusowych, coverach "Breadfan" Budgie i "Prince" Diamond Head oraz podkładów perkusyjnych do "The Shortest Straw" i "Harvester Of Sorrow", zniszczyła nagrania. Album Metallica nagrała więc i tym razem z Flemmingiem Rasmussenem.

Długooczekiwana czwarta płyta Metalliki, "...And Justice for All" ukazała się ostatecznie we wrześniu 1988 r. Do dziś jest ona uważana za najbardziej techniczny album zespołu. Moim zdaniem jest nawet trochę "przekombinowana". Przez notoryczne zmiany tempa, riffów, skomplikowane zagrywki i solówki muzyka straciła na dynamice. Poza "Dyers Eve" i "Blackened" brakuje mi tu typowych dla pierwszych trzech wydawnictw Metalliki thrashowych czadów. Oczywiście poza tym jest to bardzo dobry album. Świetnie są, oprócz wcześniej wymienionych, ballada "One", przy której, moim zdaniem nawet "Fade to Black" i "Welcome Home (Sanatorium)" wypadają średnio, i miażdżąco ciężki "Harvest of Sorrow". Reszta jest tylko dobra, ale też warta posłuchania. Jeśli zaś chodzi o produkcję, na której wysokiej jakości zespołowi tak bardzo zależało, to ma ona pewne niedociągnięcia. Przede wszystkim nie słychać tu basu! Z niewiadomych przyczyn jest on przez cały czas starannie zagłuszany przez gitarę rytmiczną Hetfielda. Po latach Jason twierdził, że James i Lars specjalnie zagłuszali partie jego instrumentu. Ale czy możemy mu wierzyć? Myślę że nie. Po co obaj liderzy Metalliki mieliby robić coś takiego? Z czystej złośliwości? Czy może miał być to kolejny żart zrobiony Newstedowi? Nie wiem, ale fakt pozostaje faktem, że basu na "...And Justice ..." nie uświadczycie.

Od razu po wydaniu płyty grupa ruszyła w trasę Damaged Justice, zaczętą tym razem nie w Ameryce, ale Europie, w Budapeszcie. Podobnie jak w czasie poprzedniego tournee, na scenie, oprócz muzyków, można było zobaczyć element znany z okładki płyty. Tym razem był to olbrzymi posąg bogini sprawiedliwości, Temidy. Oczywiście, jak twierdzi Lars: "(...) nie potrzebujemy pietnastometrowych smoków (na scenie - przyp. autora), żeby sprzedawać bilety. Dla nas w grze na żywo najistotniejsze są nastrój, energia i publika - i nigdy z tego nie zrezygnujemy." Czyżby był to mały przytyk do trwającej trzy lata wcześniej trasy Iron Maiden World Slavery, podczas której muzycy występowali na tle ogromnego sfinksa? Całkiem możliwe, ale w drugiej części swej wypowiedzi Ulrich na pewno nie kłamał. Zespół do dziś jest jednym z najbardziej energicznych na świecie. Fani przychodzą na koncerty nie po to by zobaczyć zdumiewającą scenografię (zresztą Metallica prawie nigdy takowej nie używała), ale by zboczyć swych idoli i świetnie się bawić.

"...And Justice for All" szybko sprzedało się w dwukrotnie większej ilości niż "Master of Puppets", pomimo tego, że było najmniej przystępnym albumem w dotychczasowej dyskografii grupy. Skąd więc możliwy był taki sukces? Proste: zespół nakręcił teledysk do "One". Choć jeszcze dwa lat wcześniej muzycy zarzekali się, że nigdy czegoś takiego nie zrobią, nagle tego dokonali. Skąd ta zmiana? ""One" zawsze jakoś idealnie nadawał się do interpretacji wizualnej, poza tym stwierdziliśmy, że już najwyższy czas podjąć wyzwanie nagrania teledysku." - tłumaczy Lars. Sam klip jednak wyszedł wyśmienicie. Do dziś uważam, że jest on najlepszym teledyskiem jaki udało się stworzyć Metallice. Ma niepowtarzalny mroczny klimat, nastrój, potęgowany dodatkowo przez użycie czarno-białej taśmy filmowej.
Tekst "One" opowiada historię żołnierza, który stracił na wojnie wszystkie kończyny, wzrok, usta. Żyje, a raczej wegetuje, podłączony do respiratora. Hetfield napisał ten tekst pod wpływem filmu "Jak John poszedł na wojnę". W klipie do "One" użyto właśnie fragmentów tej ekranizacji, które można oglądać na przemian z widokiem muzyków grających w jakiejś opuszczonej hali.

Sukces, szczególnie komercyjny, albumu i trasy był ogromny. Zespół został nawet zauważony przez jury Grammy Award i nominowany w kategorii Najlepsza Grupa Heavy Metalowa. Podobno Metallica była uważana za czarnego konia plebiscytu. Uważano, że AC/DC, Jane's Addiction, Iggy Pop i Jethro Tull, również nominowane w tej kategorii, nie mają szans. W dniu rozdania nagród Metallica zagrała nawet przed widzami, oglądającymi imprezę w telewizji i ludźmi oglądającymi rozdanie nagród na żywo "One". Gdy jednak ogłoszono kto został uznany za Najlepszą Kapelę Heavy Metalową okazało się, że nie jest nią Metallica, ale... Jethro Tull. Cóż, James, Lars, Kirk i Jason musieli obejść się smakiem. Wtedy jednak nie wiedzieli zapewne, że już w następnych latach nagrody Grammy Award będą im przyznawane prawie co roku...


© anger <ulrich1987@poczta.fm>