| :: DON'T DO THAT | ||
|
Byłem zakatarzony, zachrypiony, osłabiony, słowem - chory. Nudziło mi się niezmiernie. Chcąc zająć się czymś bardziej rozwijającym niż dłubanie w nosie, postanowiłem pobawić się w naukowca. Szalonego. Wpadłem na pomysł (albo on na mnie - nie pamiętam) wykonaniu paru testów na urządzeniach, które używamy na co dzień.
Pierwszy test przeprowadziłem na samym sobie, czego oczywiście później żałowałem. Na pierwszy ogień poszła żarówka w przedpokoju. Po pokonaniu problemów, które spotkały mnie przy jej demontażu (po piętnastu minutach pomyślałem - "a może pokręcić w lewo?"), uważnie przyglądnąłem się jej gwintowi. Jako ciekawostkę powiem, że na taki gwint założony jest patent (sic). Pomysł testu wziął się z tego, że kiedyś dużo oglądałem program Jackass, w którym uczestnicy zajmowali się pokazywaniem i patronowaniem masochizmu ;). Położyłem żaróweczkę na twardym podłożu, jakim były kafelki w kuchni, i popatrzyłem na nią z namysłem (zrobić to, czy nie?). Zdrowy rozsądek przegrał z ciekawością, zdjąłem więc spodnie, potem kalesony, potem seksi bokserki zapożyczone od mojego brata bez jego wiedzy, a na samym końcu ochraniacz na jądra. Odwróciłem się tyłem do żarówki i krzyknąłem ile sił w płucach: - Do odważnych świat należy! - i z całym impetem usiadłem na żarówce. Mury się zatrzęsły, usłyszałem odgłos pękanej żarówki, by na końcu odczuć tysiące żądeł wbijających się w samo centrum mojego lewego pośladka (potocznie zwanego głazem). Usiadłem z prędkością dwóch nanosekund. Wstałem jeszcze szybciej. Właściwie to wystrzeliłem jak kamień z procy, wyjąc dookoła, skacząc jak Tygrysek, przyjaciel Puchatka, a między tymi czynnościami wykrzykiwałem energicznie: - K... mać!! Po dwóch minutach i trzynastu sekundach (trwających całą wieczność) odzyskałem możność racjonalnego myślenia, postanowiłem więc pozbyć się odłamków, które wbiły mi się nieprzeciętnie głęboko w rzyć. Udało mi się to za pomocą pęsety i nieziemskiej wytrzymałości (wyciąganie potłuczonego szkła z d**y nie należy do rzeczy finezyjnych). Do drugiego testu użyłem mojego dziesięcioletniego brata, a sam test miał na celu sprawdzenie zachowanie się nastolatka w sytuacjach... no, niecodziennych. Gdy testowany obiekt, niczego się nie spodziewając, siedział w pokoju i słuchał jakiegoś tam hip-chłopa, ja przygotowałem potrzebne do testu rzeczy. Wylałem w toalecie dwa litry benzyny, trzy litry oleju opałowego i trzy litry nitrogliceryny. Druga faza przygotowań polegała na ustawienia napięcia płynącego do kibelka na ok. 1000V, żeby po włączeniu światła żaróweczka pękła i posypało się nieco iskier. Jako że jestem uczniem technikum elektronicznego, nie miałem zbyt wielkich trudności. Wystarczyło poprosić wujka ;). Gdy wszystko było skrupulatnie przygotowane, zabrałem się do testu. Podszedłem do brata od tyłu (ej, ej, podszedłem, dobra?) i huknąłem go w głowę rurą od odkurzacza. Następnie przeciągnąłem jego pół-zwłoki za włosy do Tej toaletki, zabarykadowałem mu wyjście i czekałem na dalszy rozwój zdarzeń. Po piętnastu minutach usłyszałem coś takiego: - "Co to, k..., jest? Gdzie ja, do k..., jestem? O, a co to za włącznik?". Potem sekwencja całkiem ciekawych dźwięków: "Bzzzybzzzyb... BUM... Wuuffff.... Puf!". I znowu mój brat: - "Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa, k...,aaaaaaaaaa!!!". Zaczęło się - drzwi o mały włos nie wyleciały z futryny, gdy braciszek zaczął w nie walić. Nie wspomniałem wcześniej o wiadrze wypełnionym czyściutką benzynką, które gorliwie stało koło mojej nóżki i czekało na swoją kolej. Owe wiaderko podniosłem, odczekałem jeszcze sekundę i właśnie wtedy braciszek wybiegł z toalety, zamieniając drzwi w kupkę drzazg. Jego buty i nogawki płonęły żywym ogniem. Machnąłem wiadrem w jego kierunku, olewając go wodospadem czystej benzyny. Efekt wizualny był nawet fajny, jedynym minusem było to, iż w panice nie wiedział, wybiegł na balkon, niechcący spadł z niego, co doprowadziło do bliskiego spotkania dwa tysiące pięćdziesiątego drugiego i jedna trzecia stopnia z samochodem marki Fiat. Po przeczytaniu tychże testów każdy z Was powinien wyciągnąć z tego jakiś konkretny i konstruktywny wniosek. Ja wyciągnąłem taki: Nie zostawiajcie rowerów koło sklepów z używaną odzieżą, bo zacznie wam wanna przeciekać, dysk twardy nabawi się badsectorów (czy jakoś tak), kot dostanie kataru siennego [Apsik! ;) - PP], rybka rozwolnienia (wymiana wody co pięć minut... wraz z tym, co w niej pływa, i wcale nie mówię tu o rybce), a ty przekonasz się, że zostawianie jakiejkolwiek rzeczy bez opieki medycznej i ochroniarskiej świadczy o twojej naiwnej wierze w dobrych ludzi :) Uff. Pan Makaronik
[eric_wu@wp.pl]
| ||
| © COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED. | ||