| |
|
|
|
1
|
 |
| |
|
Janusz Głowacki – "Z głowy"
Na tak zwanym wstępie zaznaczam, że niniejsza recenzja powstaje w dużej mierze
dzięki nieocenionemu panu Sapkowskiemu Andrzejowi, w niektórych kręgach AS-em
zwanemu. A to dlatego, że niżej podpisana, po spędzeniu pierwszych czterech dni
i nocy zimowych ferii na lekturze dzieła, co wiekopomne, sagi o pewnym
wiedźminie czyli, doszła do wniosku, że pora na coś lżejszego. Coś mniej
emocjonalnie angażującego. Coś, co można w dowolnej chwili odłożyć, nie czując
przy tym gwałtownej potrzeby natychmiastowego porostu do przerwanej lektury,
przypominającej momentami hipnotyczny trans. No i padło na Głowackiego.
Trzeba przyznać, na ziemię sprowadził skutecznie, choć w sposób całkiem
przyjemny.
Ta mocno reklamowana (ale nie przereklamowana) książka z cyklu „Nowa proza
polska” to zbiór krótkich opowiadań, zawierających wspomnienia autora, który
okres stanu wojennego i późniejszych przemian ustrojowych spędził na emigracji w
USA. Wspomnień barwnych i oryginalnych. Czasem zaskakująco zabawnych, czasem
zabarwionych lekką goryczą, niepozbawionych pewnej dozy sentymentalizmu, w tym
wypadku absolutnie bezpretensjonalnego i jak najbardziej na miejscu.
Pierwszą myślą, jaka przychodzi do głowy po przeczytaniu ostatniej strony jest
spostrzeżenie, że życiem autora rządził (rządzi?) przypadek. Większość
najistotniejszych wydarzeń – od pierwszego wyjazdu za granicę po zadziwiającą
karierę w Nowym Jorku – dochodzi bowiem do skutku dzięki szczęśliwym splotom
okoliczności i pomocy osób, od których nikt, z głównym zainteresowanym włącznie,
|
|
| |
|
2
|
|
|
 |
| |
|
tej pomocy by się nie spodziewał. Druga
myśl: miał facet niesamowitego farta. Że mu się udało wybić, że spotkał
właściwych ludzi o właściwym czasie. Cóż bowiem znaczy najzdolniejszy choćby
prozaik i dramaturg, z kilkoma niewielkimi sukcesami na koncie, w mieście
(myślę tu o NYC), gdzie takich jak on są dziesiątki? Gdzie jedna nieprzychylna
recenzja w „New York Timesie” oznacza definitywny koniec dobrze zapowiadającej
się kariery literackiej („Siła „NYT” jest taka, że lepiej mieć bardzo dobrą
[recenzję] w „NYT”, a złą we wszystkich innych pismach, niż odwrotnie”)?
Znacznie tam łatwiej o depresję i myśli samobójcze niż o najmniejszy choćby
sukces niestety. A jemu się udało.
No i wreszcie po trzecie – „Z głowy” to pozycja obowiązkowa dla wszystkich
tych, co do AM piszą i literackie ambicje na przyszłość mają. Przekonają się
(albo utwierdzą w przekonaniu), że napisać dobrą książkę jest znacznie łatwiej,
niż ją później opublikować i sprzedać. I że męki twórcze to pikuś w porównaniu
z rozczarowaniem, a czasem wręcz upokorzeniem po otrzymaniu odmowy z
piętnastego z kolei wydawnictwa/teatru/firmy producenckiej. Mogę mieć tylko
nadzieję, że się żaden Czytelnik do pisarstwa nie zniechęci. Bo póki co to nas
jeszcze taki jeden mag publikuje. ;)
Polecam.
Panna Nikt
strawberry.fields@poczta.fm
|
|