|
Jonathan Carroll - "Białe jabłka".
Zacznijmy może od autora - Carroll to nie jest pisarz typowy, jego książki -
cóż, one po prostu nie poddają się jakiejkolwiek klasyfikacji i stanowią swoiste
połączenie powieści obyczajowej, dramatu, komedii i czegoś jeszcze - niezwykłego
świata. Świata, który u Carrolla zawsze jest pełen ciepła i magii (to nie jest
przenośnia - magia jest obecna w książkach tego autora i w żadnym wypadku nie
należy tego zapisywać in minus!). Może trochę niepotrzebne zaczynam od reklamy
autora, ale nie mogłem się powstrzymać. Jeśli czujecie się znudzeni, szukacie
nowych wrażeń czy nawet inspiracji, sięgnijcie po jakąś pozycję J.C. Ja tak
właśnie zrobiłem i teraz sensem mego istnienia (no, prawie :)) stało się
polowanie na kolejne jego pozycje wydane w Polsce.
A co w "Białych jabłkach"? Mamy tutaj głównego bohatera - Vincenta Ettricha,
którego określić można jednym słowem - kobieciarz. Tylko że on nie żyje. Nie
żyje od początku do końca tej, hm, powieści i wokół tego kręci się cała akcja.
Bo skoro nie żyje, to co robi wśród żywych? Niedługo rzecz się wyjaśnia - został
sprowadzony z powrotem przez swoją wielką miłość - Isabelle. A dokonała tego po
to, aby Vincent mógł przekazać swoją wiedzę jej jeszcze nienarodzonemu dziecku,
które ma uratować świat przed Chaosem. I wszystko pięknie, tylko że pan Ettrich
nic a nic nie pamięta ze swojej pośmiertnej podróży...
Tylko tyle czy aż tyle - więcej nie chciałem zdradzać, ale mam nadzieję, że
zachęciłem do przeczytania. Może to nie jest książka, od której należy zaczynać
przygodę z twórczością Carrolla, ale tak jak wszystkie ma kapitalne zakończenie.
Te ostatnie kilka zdań, które często decydują o ostatecznej ocenie książki.
|