« poprzednia | spis treści | następna »  
Arnold Schwarzenegger w grach na NES-a
Scooter Fox

Arnolda chyba nie trzeba nikomu przedstawiać - kulturysta z Austrii, który zrobił karierę jako aktor w niekoniecznie ambitnych filmach hollywódzkich, stał się idolem tłumów, a takie produkcje jak Terminator, Predator czy Conan doczekały się adaptacji na rynek gier wszelakich (planszowe pewnie też by się znalazły). Cały ten proces nie mógł ominąć konsoli tak niegdyś popularnej jak NES. Chciałbym przybliżyć wam nieco te tytuły, byście wiedzieli, czego można się po nich spodziewać. Conan

Platformówka, pod którą podpisało się Mindscape. Cóż, od czego by tu zacząć? O, już wiem. Na litość boską, ta gra to chyba jakaś tragiczna pomyłka! Najlepszym jej elementem jest całkiem znośna grafika (jeśli tylko nie patrzeć na to, że nasz bohater biega jak jakaś panienka), która miejscami zasługuje nawet na miano dobrej. Zaraz, napisałem "dobrej"? Przepraszam, coś mi na mózg padło. Co ciekawe, Conan nawet przypomina sam siebie, a sterowanie nim byłoby nawet przyjemne, gdyby nie jeden "drobiazg", który niszczy całą prostotę klawiszologii. Nigdy wcześniej nie widziałem gry, w której strzałka do dołu służyłaby do skakania do przodu. Pomyślicie zatem, że w Conanie nie można się schylać, ale gdzie tam, można, a nawet trzeba, bo tylko w ten sposób można wziąć leżące na ziemi przedmioty, bez których przejście nawet pierwszej planszy nie jest możliwe. Jak więc się schylić? Naciskając jednocześnie strzałkę w dół i przycisk A. Nie można nacisnąć najpierw jednego przycisku, przytrzymać go, a potem wcisnąć drugi, o nie! Gra wymaga od nas stuprocentowego zgrania palców obu rąk. Naprawdę człowiek dostaje białej gorączki, gdy pod koniec poziomu próbuje wziąć zieloną kulkę z życiem, stojąc nad przepaścią, i zamiast schylić się po tę niezbyt sugestywnie narysowaną rzecz, skacze do przodu w otchłań bezdennej ciemności. Za samo takie "udogodnienie" programistów powinno nabić się na pal, albo jeszcze okrutniej - kazać słuchać im piosenek Krzysztofa Krawczyka przez cały tydzień bez przerwy! (Więcej i tak by nie przeżyli...)


To jednak jeszcze nie wszystko. Doskonała muzyka i dźwięk sprawią, że już nigdy nie będziesz chciał słuchać niczego innego, ponieważ po choćby kilkuminutowej sesji przy Conanie chyba każdego gracza nachodzą nieodparte myśli samobójcze, a, jak wiadomo, będąc martwym ciężko jest słuchać czegokolwiek, nie tylko muzyki. Prym wiedzie tu melodia z pierwszej planszy (dalszych prawie nie słuchałem, na ogół wyłączając dźwięk w obawie o własne życie), która bez wątpienia jest w stanie zemdlić nawet głuchego. Jak? Nie mam pojęcia, ale jestem pewien, że jest to możliwe. Na tym jednak nie koniec.

Doskonałego wizerunku Conana dopełniają skomplikowane zagadki, które stawiają tę grę na równi z najlepszymi przygodówkami. Ba, wszelkie Broken Swordy i inne żałosne niedoróbki mogą się schować, w nich bowiem miałeś jakieś wskazówki prowadzące do rozwiązania, zupełnie jak dla małych dzieci, podczas gdy w pełni profesjonalnym Conanie nie ma absolutnie niczego takiego! Sam musisz domyślić się, że do zabicia pierwszego bossa wystarczy jedynie jeden cios trójzębem, który być może dostaniesz (jeśli zdołasz go podnieść, zamiast skakać do lawy) od różowego diabła, który z kolei pojawia się na mapie, gdy w zupełnie innym jego punkcie odetniesz jakiś szkielet od sufitu. Zero amatorszczyzny! Idealne ćwiczenie dla twych szarych komórek! (Aczkolwiek bardzo to wszystko szkodzi na nerwy...)

Ludzie, jeśli wytrzymacie przy tej grze zupełnie dobrowolnie (tzn. nie dlatego, że chcecie sobie lub komuś coś udowodnić, ale dla czystej przyjemności) choćby piętnaście minut, to nie zbliżajcie się do mnie, bo to będzie oznaczało, że jesteście jakimiś potworami z innego wymiaru. Normalni ludzie wymiękają po trzech, góra pięciu minutach. Jeśli rozważaliście granie w Conana, lepiej zmarnujcie swój czas w jakiś bardziej pożyteczny sposób.

Ocena: 1+/10


Last Action Hero (Bohater ostatniej akcji)

Cóż, gdyby ta kompilacja recenzji była pisana przeze mnie chronologicznie, mógłbym napisać, że w porównaniu z Conanem LAH jest grą wręcz boską. Co prawda to akurat żaden wyczyn, ale mniejsza z tym. Przede wszystkim Last Action Hero ma jedno z najgorzej zrobionych logo, jakie widziałem w swoim życiu. Nie jest to może najistotniejsza część produkcji, ale nienajlepiej zapowiada resztę całości.

LAH została zrobiona w 1993 roku i wygląda na starszą o jakieś cztery lata. W tamtych czasach programiści potrafili wydusić z NES-a o wiele więcej, najwyraźniej jednak autorzy opisywanej przeze mnie gry doszli do wnioski, że nie muszą się starać, wykorzystując znany film ze znanym aktorem. Efekt takiego myślenia nie jest tak tragiczny, jak mogłoby się wydawać, ale nie jest też dobry - mamy do czynienia z najzwyklejszą w świecie platformówką nie niosącą ze sobą żadnych gatunkowych urozmaiceń.

Gdybyś przypadkiem nie oglądał/oglądała "Bohatera ostatniej akcji", to nie zrozumiesz z lakoniczne przedstawionej na niezbyt dobrych jakościowo obrazkach fabuły absolutnie nic. Nie oszukujmy się jednak - jeśli już gracz z jakiegoś powodu sięgał po tę grę, to chyba tylko i wyłącznie dlatego, że podobał mu się film.

Muzyka ma swoje wzloty i upadki - raz przygrywa nam całkiem niezła melodia (np. w paskudnym ekranie tytułowym), raz konsola generuje dźwięki, których zapewne jedynym zadaniem jest zniszczenie narządu słuchu u każdego, kto ma nieszczęście je słyszeć. Na ogół jednak daje się to wszystko znieść; co więcej, jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że to jest właśnie najsilniejszy punkt tej gry. Dlaczego tak sądzę? Bo naprawdę nie ma tu niczego lepszego.

Grafika stoi na raczej słabym poziomie. Owszem, wszystko jest widoczne, raczej przejrzyste, ale na przykład jednolitość teł lub "pagórkowata" ulica w czwartej planszy wołają o pomstę do nieba. Postacie również nie porażają swoim wyglądem - są małe, dzięki czemu nie widać niedoróbek, które mogłyby mieć miejsce, biorąc pod uwagę całokształt. Zresztą na grafikę nie zwraca się w LAH tak dużo uwagi, ponieważ cały czas obgryza się paznokcie ze wściekłości. Otóż wyobraź sobie, że musisz uderzyć przeciwnika dokładnie w pewnym momencie, ponieważ w innym przypadku to on trafi ciebie. Albo coś innego - nie wiesz, czy nadchodzący gość w zielonym ubranku (chyba garnitur, ale nie mam pewności) zaliczy glebę po jednym uderzeniu, dwóch, czy po trzech, bo programiści najwyraźniej postawili na losowość rozgrywki, objawiającej się w ten sposób, że czyste trafienie dość często nie daje żadnego efektu. Kolejną zabawną rzeczą są bossowie - zamiast rosnącego poziomu trudności mamy wahadło - raz jest banalnie (kucaj i wal pięścią, a nic ci się nie stanie), raz wręcz przeciwnie (musisz przy nim stracić życie, inaczej się chyba nie da). Może komuś to przypadło do gustu, ale na pewno nie mnie.

Last Action Hero nie przyciąga potencjalnych graczy niczym poza tytułem, lecz mimo to nie ląduje tak nisko jak choćby Conan. Granie w nią może i nie przynosi żadnej większej przyjemności, ale radziłbym pamiętać o tym, że mogłoby być znacznie gorzej ;).

Ocena: 3+/10


Predator

Predator to doskonały przykład gry, której trzeba dać trochę czasu, ponieważ pierwsze wrażenie dosłownie zabija całą chęć obcowania z tym tytułem. Na pierwszy rzut oka słaba grafika, słaba muzyka, beznadziejny gameplay i niezbyt zachwycające intro skutecznie odpychają od Predatora, ale, co szczerze zdziwiło mnie samego, gra po jakimś czasie potrafi wciągnąć, jeśli tylko przebrnie się przez pierwsze piętnaście, dwadzieścia minut.

W intrze, przy akompaniamencie dość dziwnej melodii, widzimy mały statek lecący na Ziemię - wiadomo, Predator przybywa na polowanie. Kto oglądał film, pewnie myśli teraz, że gra koncentruje się najpierw na atakowaniu bazy "wrednych żółtków" (ach, kochana Ameryka :>), potem zaś na śmierci kolejnych towarzyszy głównego bohatera. Nic bardziej mylnego - akcja rozpoczyna się w momencie, gdy Schaefer zostaje sam. Major ma do przebycia kilometry dżungli, w której na jego życie czyhają nie tylko Predatorzy (bo wygląda to tak, jakby było ich więcej niż jeden), ale też podstępne skorpiony, jakieś ptaki i wielkie kule brązowoglutowego kamienia... zaraz, zaraz, że co? No właśnie.

Przeżyłbym może to, że w grze głównymi przeciwnikami są przedstawiciele miejscowej fauny (w końcu to platformówka - jacyś przeciwnicy być muszą), ale jestem stanowczo przeciw ubieraniu Schwarzeneggera w różowy kostium (sic!). Grafika, połączona z początkowym brakiem możliwości jednoczesnego kucania i atakowania, sprawia, że większość graczy po pierwszej minucie grania najchętniej wyrzuciłoby Predatora do kosza na śmieci. Jak to ujął mój kolega - najlepszym elementem całej tej produkcji jest wizerunek Schwarzeneggera z karabinem, ukazujący się przed każdą planszą.

Nie jest jednak aż tak źle - choć wystrój plansz nie zmienia się właściwie wcale (dżungla, dżungla, dżungla, miasto, dżungla... he he, z tym miastem tylko żartowałem :)), po jakimś czasie przestaje to przeszkadzać. Również muzyka jest wręcz zaskakująco dobra, szczególnie że w tak pozornie słabej produkcji nie spodziewałem się znaleźć melodii na całkiem wysokim poziomie (niestety, jest ich w sumie niewiele). Najwyraźniej jednak autorzy stwierdzili, że gra jest zbyt monotonna, więc postanowili dodać Big Mode jako przerywnik obecny raz na kilka poziomów. Jak sama nazwa wskazuje, w tym trybie postać majora Schaefera jest wielka na pół ekranu; nie ma żadnych przepaści, teren jest równy, za to każdą odsłonę tego trybu kończy boss pod postacią Predatora. Powiedzmy to tak - Big Mode to najsłabszy element całego tytułu (jeśli nie liczyć różowego wdzianka głównego bohatera :P).

Ostatnią godną wspomnienia rzeczą jest możliwość wyboru ścieżki, którą będziemy podążać. Kilka razy daną planszę wieńczą dwa wyjścia, co daje efekt w postaci ominięcia kilku plansz w zależności od naszego wyboru. Zawsze to ciekawa odmiana po setkach platformówek, które ustawiają nam od początku do końca kolejność przechodzenia poziomów.

Pomimo niezbyt dobrego sterowania (niby standardowe, ale nieraz ma się wrażenie, że zamiast po trawie nasz bohater chodzi po lodzie), Predator ma całkiem sporą dawkę grywalności, która bierze się z... nie mam pojęcia skąd. Naprawdę, teoretycznie ta gra jest po prostu słaba, ale z jakiegoś nieznanego mi powodu potrafi nieźle wciągnąć, dlatego też należy jej się ocena wyższa od dwóch wcześniej opisywanych przeze mnie tytułów.

Ocena: 5+/10


Terminator

Wydaje mi się, że przy tworzeniu Terminatora programiści mieli jakąś wizję. Wydaje mi się nawet, że chcieli zrobić coś naprawdę dobrego. Jedno jest jednak pewne - na pewno im się to nie udało.

Początek gry, gdzie oczywiście pokazana jest facjata Schwarzeneggera (a właściwie dlaczego nie głównego bohatera?), jest okraszony autentycznie raniącą uszy melodią - na szczęście to tylko krótka chwila, więc można uniknąć całkowitej utraty słuchu. Potem zostajemy przeniesieni do jakichś kanałów, by tam zacząć grę. Cóż, muszę przyznać, że na początku Terminator sprawia całkiem pozytywne wrażenie - nieźle narysowana postać, nie taka znowu tragiczna jej animacja (tylko ten pełny przysiad wykonywany przed skokiem trochę razi), akceptowalny wygląd planszy - nic jak dotąd nie zapowiada porażki, jaką jest ta gra. Pierwszy problem pojawi się zapewne wtedy, gdy niedokładnie wycelujecie skok i zamiast wylądować na krawędzi po drugiej stronie "przepaści", przelecicie przez lity kamień prosto w ciemność, by stracić życie. Ale zaraz, jak to? Przecież powinienem trafić! O nie, nie ma tak łatwo, moi drodzy - w Terminatorze każdy skok trzeba wykonywać perfekcyjnie, jeśli nie chce się skończyć gry zbyt szybko.

Taką niedoróbkę da się przecież jednak przeżyć, nieprawdaż? Niestety, na tym się nie kończy - gdy tylko wyjdziemy z kanałów, klnąc trochę po drodze za każdym razem, gdy spadamy w przepaść (co zapewne na początku będzie się zdarzało często), gra staje się znacznie trudniejsza. Mało życia i dużo coraz cięższych przeciwników (pewnie dlatego, że w pewnym momencie tracimy pistolet oraz granaty i wszystko musimy załatwiać za pomocą pięści i kopniaków) zaczynają naprawdę dawać się we znaki. Dobrze chociaż, że energii nie traci się za samo dotknięcie przeciwnika, ale tylko wtedy, gdy on sam uderza. Wreszcie tracimy nasze trzy życia i co się okazuje? Musimy zaczynać od początku! Tak, tak, programiści dopilnowali, byśmy nie przeszli Terminatora zbyt szybko. Niestety, to sprawia, że cały ten tytuł staje się miejscami wręcz niedorzecznie trudny, a ukończenie go bez emulatora i save state'ów zakrawa na zadanie niewykonalne, głównie dlatego, że wymaga od gracza niesamowitych pokładów cierpliwości.

Czego by nie mówić o poprawnej grafice i niskiej grywalności, przydałoby się też wspomnieć o muzyce. Przydałoby się, gdyby tylko było o czym wspominać, muzyki bowiem w Terminatorze nie ma. Niektórzy z was zauważą pewnie, że owszem, coś tam w tle przygrywa, ale ja przepraszam, takie dzieła to i ja potrafię skomponować, ba, ja potrafię nawet coś takiego zagrać (a przynajmniej "melodię" z pierwszego poziomu), dajcie mi tylko byle jaką gitarę basową. I co z tego, że nigdy nie umiałem grać na gitarze? Powiadam wam, w tym przypadku to naprawdę nie ma znaczenia.

Mimo wszystko Terminator ma jedną poważną zaletę. Wiecie jaką? Jest zdecydowanie lepszy od Conana :P. Nie mam pojęcia, czy taka zaleta was satysfakcjonuje, choć podejrzewam, że raczej nie, ale na wiele więcej nie macie co liczyć. Terminator byłby całkiem dobrą grą, gdyby tylko nie był tak horrendalnie trudny, głównie dzięki potrzebie idealnego odmierzania kolejnych skoków, a także dzięki rzucaniu się z gołymi pięściami na policjanta z karabinem, strzelbą, czy co to tam właściwie jest. W ten sposób zamiast przyzwoitego produktu otrzymujemy nie warty większej uwagi badziew. Cóż, mówi się trudno.

Ocena: 3+/10


Terminator II - Judgement Day

Tak jak filmowa druga część Terminatora była w powszechnym mniemaniu lepsza od pierwszej, tak podobnie sprawa się ma z grami. Terminator II - Judgement Day pozwoli wreszcie nam na wcielenie się (zgodnie zresztą z filmem) w tytułową maszynę, która tym razem ma nie zabijać, ale ratować życie. Cóż, w grze sprowadza się to do tego, że i tak możemy strzelać do przeciwników, tyle że w nogi. Uściślając - gdy strzelamy delikwentom w nogi, nie tracimy punktów, ale strzał w klatkę piersiową niczego złego w sumie nam nie czyni (no bo komu zależy na punktach?). W dodatku na początku, gdy nie mamy jeszcze broni palnej, będziemy okładać przeróżnych gości pięściami.

W przeciwieństwie do prequela, w Terminatorze II postacie są małe, wielkości podobnej do tych z LAH. Statystyka pokazuje, że, jeśli chodzi o NES, takie zabiegi wychodzą grafice raczej na lepsze, a to ze względu na niską rozdzielczość i małą ilość detali. Postacie w T2 sprawiają dzięki temu wrażenie płynnie animowanych. Lokacje też są niczego sobie - solidna, nie rewelacyjna, ale też niczym nie odpychająca robota.

Fabuła gry, a jakże by inaczej, pokrywa się z filmową; brak tu jakichś dziwnych odskoczni, chyba że ktoś koniecznie chce się uczepić pierwszej planszy, gdzie atakują nas cały hordy wściekłych, białowłosych metalowców i napakowanych futbolistów. Walka z tamtejszym bossem jest trochę denerwująca - cios, odskok, cios, odskok itd., ale to już kwestia indywidualnych upodobań. Niemniej sposób przedstawienia fabuły w grze jest, o dziwo, czytelny, więc nawet jeśli ktoś nie oglądał Terminatora II (są tacy?), to i tak powinien zrozumieć, dlaczego bohater w czarnej, skórzanej kurtce próbuje zniszczyć jakiegoś rozpuszczalnego robota. Boli trochę co prawda wygląd Johna Connora we wstawkach pomiędzy kolejnymi planszami (chłopak wygląda tak, jakby ktoś właśnie robił mu lewatywę), ale poza tym wszystko sprawia jak najbardziej pozytywne wrażenie (w zupełnym przeciwieństwie do LAH).

Terminator II jest grą... szarą. Jest solidnie zrobiony, przyjemnie spędza się przy nim czas, ale nie wybija się niczym szczególnym. Ma porządną grafikę, niestandardową (co nie znaczy że złą) muzykę, brakuje znaczących zgrzytów w samej rozgrywce, ale mimo to nie jest produktem, który zapada w pamięci na długi czas. Tytuł ten jest najlepszy ze wszystkich opisywanych tutaj przeze mnie, ale i tak nie błyszczy w porównaniu do takich NES-owych perełek jak choćby seria Ninja Gaiden; niemniej nie musisz przynajmniej się obawiać, że od Terminatora II rozboli cię głowa.

Ocena: 6/10


Total Recall (Pamięć absolutna)

Total Recall absolutnie nie zasługuje na to, by o niej pamiętać. Jest to gra słabiutka; nie tragiczna, nie powalająca brzydotą lub bezguściem - jest po prostu słaba. Grafika, chyba najlepsza strona całego tytułu, jest średnia, ma swoje wzloty i upadki, choć tych drugich jest oczywiście więcej. Główny bohater wygląda co najmniej dziwnie w swoim zielonym wdzianku, a jego klata jest wypięta tak mocno, że sam Arnold by się jej nie powstydził. Pozostałe sprite'y przedstawiają podobny poziom - niby są całkiem ładne, ale zawierają w sobie jakąś skazy, które, choć niekoniecznie łatwe do wskazania, nie pozwalają na wystawienie dobrej oceny całej grafice. Dla tych, którzy grają na PeCetach, mam złe wieści - na wielu emulatorach ROM z grą Total Recall nie działa poprawnie, przez co grafika porządnie się kaszani. To jednak nie jest największa bolączka graczy - tą jest zdecydowanie muzyka, która już w pierwszej planszy sprawia, że zgrzytając zębami wyłącza się dźwięk. Słuchanie tych melodii nie jest może aż tak koszmarnym przeżyciem jak w przypadku Conana, ale naprawdę niewiele dzieli obie te katastrofy. Jakby tego wszystkiego było mało, Total Recall jest miejscami denerwująco trudna, a czasem całkowicie brakuje jej intuicyjności. Przykład? Proszę bardzo - jesteś w pokoju, masz pistolet; do tegoż samego pokoju wchodzi jakiś gość z karabinem maszynowym i zaczyna strzelać. Ty się schylasz, a facet wali nad twoją głową i nie przyjdzie mu do głowy zniżyć się do twojego poziomu. Logicznym rozwiązaniem byłoby sprzątnięcie delikwenta kilkoma kulkami, ale programiści mieli lepszy pomysł - musisz, skacząc nad nabojami (!), dotrzeć do drzwi, w których stoi twój przeciwnik i przeskoczyć nad nim (!!). Dobra, ja rozumiem, że Pamięć absolutna nie była jakimś wybitnym dziełem filmowym, ale to nie jest powód, by grę opartą na jej podstawie robić jeszcze gorszą...

To zadziwiające, ale właśnie przy tej grze spędziłem najmniej czasu, pisząc tę zbiorową recenzję. Nawet w Conana grałem dłużej, ponieważ tam bodźcem pchającym mnie do przodu była jakaś zakrawająca na masochizm chęć zobaczenia, jak tragicznie rozwija się rozgrywka. W Total Recall nie czułem nawet tego. Nic, kompletnie nic, po prostu niemal od razu po włączeniu tej gry genialnym wręcz pomysłem wydało mi się natychmiastowe jej wyłączenie. Absolutnie nie polecam TR komukolwiek; zamiast grać w to dobrowolnie, lepiej już walnąć się młotkiem w łeb i przespać się dzięki temu kilka godzin.

Ocena: 3-/10

No, to już wszystko. Mam nadzieję, że dzięki temu tekstowi oszczędzicie sobie kilku załamań nerwowych, pod warunkiem oczywiście, że wciąż jeszcze sięgacie po takie starocie. :)


« poprzednia | spis treści | następna »