« poprzednia | spis treści | następna »  
Resident Evil [GCN]
Farmah John

Nie było. Nie było wielkiego wyczekiwania, obgryzania paznokci u nóg i wyrywania włosów z uszu. Jednakże na 3 tygodnie przed premierą, w mojej głowie nastąpiła mała demolka. Sprawcą całego zamieszania było ON, wielki, przerażający i dostojny zarazem RESIDENT EVIL 4. Zaczęło się niewinnie. Wpierw o grze napomknął coś otho, że niby fajna, ładna i przystojnego bohatera ma:) Z kolei inny ziomek zarzucił kilka filmików z gry i... dostałem obuchem w głowę, padłem na ziemię, nie wiedziałem, co mam myśleć. Tytuł, o którym wiedziałem jedynie to, że powstaje, wdarł się do mojego życiorysu niczym widły wbijane z impetem w kupę gnoju. Zaprezentowane sceny totalnie mną owładnęły, a ja miałem tylko jedno zadanie: "zdobyć grę wszelakimi dostępnymi metodami, wliczając w to nawet żebranie na stacji PKP". Teraz mogę śmiało rzec MISSION COMPLETE, paczka z "Zamieszkałym Złem"* zawitała do mych progów 23 marca, 5 dni po europejskiej premierze, no i obeszło się bez wycinania wewnętrznych organów.

Gówno widać...


Resident Evil wydany na PSX-a odniósł duży sukces. Gra świetnie wykorzystała patenty z Alone In The Dark, wprowadzając przy okazji masę zombie; tym samym okrzyknięto ją najlepszym horrorem na szaraka (do czasu Silent Hill ma się rozumieć). Dalej standardowo, bardzo dobra część druga, dobra trójka, i, jak to z grami od Capcom bywa, masą innych tytułów ze słowem "resident" w tytule (czy ktoś z Was policzy wszystkie części Street Fightera?). Na przestrzeni tych kilku dobrych lat widać było, że seria się starzeje, a jedną z głównych przyczyn tego stanu rzeczy są jej archaiczne korzenie (statycznie umiejscowione kamery). Musiał nadejść czas na zmiany, na zaczerpnięcie drugiego oddechu przez developerów, by przystosować najnowszy tytuł do obowiązujących standardów, a nawet wprowadzić nowinki, które wyłamią się z powszechnie panującego szablonu (TPP). Takim właśnie tytułem miała okazać się najnowsza część osławionego cyklu. Więc czym dokładnie jest RE4? Odrębną historią, która nie ma nic wspólnego z poprzednimi częściami? Raczej nie. Dziką afrykańską muchą żywiącą się woskiem z ludzkich uszu? Nie. Więc może typowym sequelem w nietypowym wykonaniu? No i trafiliśmy w sedno, hue hue.

Gdy płytka z grą wylądowała w paszczy mego srebrnego GaCława, po przebrnięciu przez menu oniemiałem z wrażenia. Koparka ostro poleciała w dół, a oczy wesoło poturlały się po podłodze. GRAFIKA MIAŻDŻY!! W swoim życiu widziałem wiele: Doom 3, Far Cry, Half-Life 2, atak zmutowanych grzechotników na Amerykę, ale to, co programiści wycisnęli z małej, kwadratowej skrzyneczki, przechodzi ludzkie pojęcie, i to ze dwa razy mocno przy tym przytupując. Owszem, oglądałem filmiki z samej gry, jednak jak mają się średniej jakości movy oglądane na 17" monitorze, do obrazu wyświetlanego na 21" nie-aż-tak-złym telewizorze? No jak? Nijak moi mili i obleśni. Zacznijmy może od samego początku. Akcja RE4 dzieje się sześć lat po wydarzeniach z Raccon City. Gdzieś w Europie (prawdopodobnie w Hiszpanii, choć dokładnie nic nie wiadomo) przetrzymywana jest córka amerykańskiego prezydenta, Ashley. W celu jej odnalezienia zostaje wysłany jednoosobowy oddział, Leon S. Kennedy (Ten sam zabijaka co w RE2. Yeah!). Ziomek od razu zyskał moją sympatię. Widać, że to twardziel, a nie jakiś maminsynek czy inna(y) Miriam. Na dodatek nosi się chłopak modnie. Nienaganna fryzura, modna skórzana kurteczka, spodnie plus wylewający się z niego sarkazm (nabija się np. z miejscowych policjantów, choć sarkazm czy też cynizm uchodzi z niego, gdy odnajdujemy Ashley, by mógł znów sypać jadowite gadki po jej ponownym uprowadzeniu. Dziwak?!) powodują, że nie sposób nie polubić blondwłosego ziomala. Czyli jest tak jak być powinno, twardy madafaka, tajna misja, piękne kobiety, wiele niedomówień, tajemnice, nocne imprezy sado-maso... ekhm. Właściwie to jest już "nieco" inaczej. Koniec z wielkimi aglomeracjami, wieżowcami i zniszczonymi budynkami miasta Raccon City. Zamiast tego mamy jesienną aurę, tu spadnie kilka żółto-brązowych liści z drzew, tam wiatr mocniej zawieje, a słońce skryje się za szarymi chmurami. Warunki pogodowe niezbyt miłe, a panowie policjanci, którzy podrzucili nas na miejsce, jakoś specjalnie nie palą się do współpracy. Jest nieprzyjemnie i nieciekawie, do tego trafiliśmy na jakieś zadupie, wokół żywej duszy prócz czarnych jak smoła kruków i dziwnych odgłosów dobiegających z lasu. Po krótkiej przebieżce natrafiamy w końcu na jakąś chałupę. W środku koło kominka, najwyraźniej niewzruszony naszą obecnością, krząta się starszy facet. Takie słowa jak kultura są zapewne mu obce, bowiem na dzień dobry częstuje Leona siekierką. Oczywiście chłopak wytrenowany jest wzorowo, robi szybki unik, w międzyczasie częstując gościa kilkoma ołowianymi kulkami (co by jego koledzy mogli sobie w kulki pograć). I zaczyna się PIEKŁO! Mundurowi siedzący w swoim radiowozie lądują kilka metrów niżej w pobliskiej rzece, a domek otacza grupka wieśniaków z widłami. Pierwszy, drugi, trzeci zlikwidowany. Udaję się na górę i wyskakuję efektownie przez okno, błyskawicznie wstaję i sprzedaję kolejną kulkę nieznajomemu z sierpem w czoło. Tak! Nowy Resident to gra niezwykle dynamiczna. Zapomnijcie o tych smętnych, przypominających kopulację żółwi błotnych pojedynkach z poprzednich części. Dzięki zaimplementowaniu nowinek w postaci m.in. nowej kamery i TE (time event) zwykły pojedynek ze zwykłym wieśniakiem będzie niezwykły! :) Brzmi jak pusty slogan reklamowy? Kolego, nie wpieniaj mnie i uwierz dziadkowi Farmahowi na słowo. Choć wsiury to zabieg raczej czysto kosmetyczny, to jednak minimalnie od rozkładających się bezmózgowców są inteligentniejsi. Dodatkowo szumowiny atakują często z doskoku, inny typek miota w Scotta siekierkami z dystansu, a - co warto zaznaczyć - odosobniony osobnik nie napiera na nas niczym kamikaze ze słowami 'banzai' na ustach, lecz woła do pomocy swych niewesołych kumpli. Oczywiście zdarzają się wtopy, kiedy to facet rzuca sobie pod nogi dynamit, by za chwilę z hukiem przejść do "lepszego świata", ale pamiętajmy: IQ typowego wiochmena stoi na poziomie równym doniczce wypełnionej torfem. W sumie można powiedzieć, że AI jest odwzorowane perfekcyjnie :). (Dla tych, którzy nie zgadzają się z tą tezą, wspomnę o facecie z mojej wiochy, który stojący u mnie na podłodze w pokoju głośnik nazwał kaloryferem, lub babka twierdząca, że serial W11 jest kręcony na żywo, na dodatek oparty na faktach autentycznych, albo gościu, który w słowie mózg potrafi zrobić 3 błędy ortograficzne. Lista takich ewenementów jest niebywale długa, ale nie będę Was zanudzał zbędnymi popierdółkami.)

Kolejny raz gówno widać. :)!


Jak już wyżej wspomniałem, RE4 wprowadził kilka nowych elementów w stosunku do swych poprzednich odsłon. Ot, kamerka nie jest statycznie umiejscowiona tylko zawisła nad prawym ramieniem Leona. Dodatkowo znajduje się naprawdę blisko postaci, co powoduje, że czuje się bliskość/więź z cyfrowym madafaką. Gdy uciekamy przed jakimś plugawym delikwentem, niemalże czuć na plecach jego nieświeży oddech. Dopowiem jeszcze, że kamerka sprawuje się pierwszorzędnie i naprawdę rzadko kiedy, być może w ogóle, trafiają się sytuacje, kiedy kamera umiejscawia się w miejscu wybitnie dla nas nieprzyjaznym. Druga sprawa to TIME EVENT. Ciekawy patencik znany z Shenmue rolę odegrał tu niemałą. Musicie bowiem wiedzieć, że pan Kennedy jest nieco ograniczony ruchowo. Pochodzić, pobiegać i odwracać się o 180 stopni (tył+B) owszem, potrafi, jednak w dzisiejszych czasach to mało. I tu przychodzi nam z pomocą TE. Poczynając od otwierania drzwi (możemy otworzyć je także kopniakiem - 2x A), wywracania drabin, ucieczki przed wielkim głazem, mocowaniu się z wiochmenami, na karkołomnych unikach podczas walki z bossami kończąc. A to jeszcze nie wszystko. Co powiecie na to, że możemy wykorzystywać TE podczas przerywników? Jak dla mnie bomba. Nie liczcie na to, że podczas filmików wesoło puścicie sobie bąka i podrapiecie się po jajkach. Tu nie ma to tamto! Łapska zawsze muszą spoczywać na padzie, inaczej możemy skończyć jako pokarm dla robaków. A propos przerywników, są znakomite! Jeżeli podobały się Wam FMV z RE2 bądź Nemesisa, tu po prostu będziecie musieli wyprać porządnie gatki po oglądnięciu kilku z nich. Scenki ze spotkania z "Big Cheesem", jednym z bossów (o nich za chwilę), zryły mi dosłownie baniak. Są świetnie zrealizowane i można oglądać je w nieskończoność. Facet rzuca Leonem niczym szmacianą lalką. Do tego doskonale widać, że S. Kennedy, mimo iż wytrenowany jest wyśmienicie, to "tylko" zwykły śmiertelnik. Żadnych niemożliwych akrobatycznych sztuczek (eee... no może poza dwiema i mówimy tu tylko o Leonie), chorych akcji i efekciarstwa. Efektownie oraz przerażająco wykonani są za to bossowie. Wspomniany "Wielgachny Seruch", to dwumetrowa góra miecha, znoszony stary płaszcz, długa czarna broda, raczej mało efektowna łysina i zimne spojrzenie. Zaiste po spotkaniu takiego tubylca przybędzie Wam więcej siwych włosów na klacie.

Kolo prawie wcale się nie odzywa, co potęguje tylko uczucie strachu oraz respektu przed tym klocem. Z kolei Sallazar to całkowite przeciwieństwo "Goudy". Mały, wątły, wręcz groteskowy i rozgadany jak cholera. Głównym przeciwnikiem w grze jest natomiast Lord Saddler, którego niecny plan musimy pokrzyżować, a w całą sprawę zamieszana jest naturalnie Ashley (już nie będę wspominał co to za plan, bo nie chcę za bardzo spoilować tekstu, wystarczy powiedzieć, że jego starania spełzną na niczym, a plan jest po prostu "gupi", zresztą jak i sam pomysłodawca :)). Innym, ważnym aspektem jest to, iż gierka jest świetnie wyważona. Tyczy się to zarówno poziomu trudności, jak i samej rozgrywki. Raz będziemy odpierać atak całej gromady pomyleńców (totalna rzeź "niewiniątek"), a innym uciekać przed tajemniczym wrogiem słysząc jedynie jego kroki, bądź chronić córeczkę prezydenta. Tych pierwszych akcji będzie zdecydowanie więcej, wszak Resident nigdy nie aspirował do miana najlepszego, czy też w ogóle survival horroru, to raczej czysta akcja podlana horrorowym sosem. Prócz wspomnianych atrakcji, grę urozmaicają pojedynki z przeciwnikami większego kalibru.

Frajer. :P


Bossów, właściwie sub-bossów jest tu cała masa i nieraz zdarzy Wam się, że gdy uporacie się z jednym, nie minie pół godziny jak wyskoczy znienacka drugi! A walka z nimi to niezapomniane przeżycie - że wspomnę tu tylko o genialnej potyczce z całkiem dużą "rybką" na jeziorze, czy też o pięciometrowym kolosie wyciskającym z Leona wszystkie soki (dosłownie :)). Zaprawdę powiadam, że gdyby tylko odbył się casting do następnego Dooma, pokraki z RE4 miałyby murowany występ w Zagładzie. Mowa tu oczywiście także o zwykłych przeszkadzajkach, bo i one wyglądają niezgorzej (latające, obleśne mrówki rulez :)). Choć jakie robactwo by nie było, z panującą tu zasadą "Dobry robal to martwy robal" musi pójść do piachu. Do tego celu oddano nam pokaźny arsenał. Mamy tu kilka rodzajów pistolecików, shotgunów, granatów, trafi się także snajperka (dwa rodzaje), miotacz min oraz milutka bazooka. Co ważne, nasz sprzęcik możemy upgrade'ować u szwędającego się po mapie "pustelnika" (kupca/handlowca). Oczywiście ziomek nie upgrade'uje nam spluwy za darmo, trzeba płacić zielone, które zdobywamy np. po martwych przeciwnikach. Jednakowoż takie zbieranie "goldów" jest niebywale żmudne, więc najlepiej wpierw zaopatrzyć się u gościa w mapę skarbów, inaczej możemy jedynie pomarzyć o nowych pukawkach, rozbudowaniu naszej podręcznej walizeczki (inventory) do rozmiaru XL, czy też o kamizelce z kevlaru. Podrasowana broń nie raz uchroni nas od śmierci, bo o ile na początku wystarczy kilka strzałów, by pokrak przyglądał się z bliska ziarenkom piasku, o tyle w dalszej części nawet head-shoty nie pomagają. Z szyi wyrasta im wtenczas pająko-podobny stwór i zabawa zaczyna się od nowa. Cóż, taktykę musicie obrać sami. Najlepszym rozwiązaniem (na zużycie jak najmniejszej ilości amunicji, co na poziomie Pro jest sprawą priorytetową), gdy walczymy z góra trzema przeciwnikami, to strzał w nogi tak by poczwara klękła (Tak! Istnieją tzw. Hit Box, żadna nowość, ale...) i wykonanie efektownego kopniaka bądź założenia suplexa. Możemy także przeciwników oślepić granatem i wykończyć jeden po drugim. Co kto lubi.


Ponura oraz mroczna atmosfera towarzyszy grze przez cały czas. Jeżeli ktoś się teraz śmieje, że plotę bzdury, znaczy, iż jest wiejskim głupkiem, a o grze ma tyle pojęcia, co ja o hodowaniu glonojadów. Wypada wspomnieć, że składa się na to kapitalny design map. Niby wiocha straszyć może jedynie starymi budynkami z odpadającym tynkiem za ścian i azbestem zamiast dachu, jednak tęgie łby z Capcom przedstawiły nam jej całkiem nową wizję. Biegając w okolicy kościoła po cmentarzu, gdy panujący mrok na kilka sekund rozświetlał błysk wyładowań elektrycznych, przy siąpiącym deszczu poczułem się naprawdę nieswojo (no i ten Hochland... tzn. Seruch). A jak mnie jakiś czubek w papierowej torbie założonej na głowie zaczął ganiać z piłą mechaniczną, krzycząc coś obłąkańczo, nieomal nie udławiłem się kajzerką, uciekając przy okazji Leonem gdzie pieprz rośnie (no mówię Wam, Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną jak w mordę strzelił). Pozostałe lokacyjki to także popis grafików. Ogromny zamek, lochy, kanalizacje, gdzie z sufitu cały czas coś kapie, jaskinie, wojskowe bazy, po prostu jazda bez trzymanki. Swoją cegiełkę do ponurego klimatu dorzuca kolorystyka. Nie uświadczysz tu pastelowych kolorków, RE to nie Czarodziejki z Księżyca, a Leon to nie wesoły, dobrotliwy chłopaczek z ZHP, który sprzedaje miętowe ciasteczka. Sprzedać to on może... ale solidnego kopa w dupę. Wszystkie lokacje podziwiamy przy piękniutkich teksturkach, wysokiej rozdziałce, aliasingu i stałych "iluś tam" fps-ach, ważne że gra nie rzęzi. Swoją drogą ogień, wybuchy i lawa(?) w tej grze wyglądają po prostu przepięknie, chyba najlepiej ze wszystkich gier jakie widziałem. W wodzie wszystko ładnie się odbija, a postacie są naszpikowane poligonami, pełen orgazm gwarantowany! Dodajmy do tego perfekcyjną animację postaci, przy której Sam Rybak mógłby popaść w kompleksy, a otrzymamy pełny obraz graficznej uczty zaserwowanej nam przez Capcomowskich zdolniachów. Jedynym zgrzytem (początkowo, bo po 10 minutach w ogóle się tego nie odczuwa) są "pasy" (wide screen, 16:9), których wyłączyć się nie da. Dźwiękowcy także nie próżnowali. Świetnie dobrano głosy, szczególnie Leona. Nie mam zamiaru snuć tu smutów o tembrze jego głosu, ilości strun głosowych i innych nieistotnych duperelach. Powiedzieć jedynie można, że jak się widzi Scotta rozmawiającego ze swoimi adwersarzami, bądź Ashley, mówisz sobie w myślach "Hej, tak powinno być... jest idealnie", podobnie zresztą jak z innymi postaciami. Pukawki wydają charakterystyczne dla siebie odgłosy. Uzi (w grze TMP) wesoło "pierdzi", łuska ze snajperki padając na ziemię wydaje słodki, metaliczny dźwięk, a huk z shotguna mało co nie rozpierdzielił mi mojego małego głośniczka w telewizorze, czuć MOC. Muza, pomimo braku Harrego Gregsona-Williamsa (można tu dyskutować czy sprawdziłby się on w tego typu grze), faceta odpowiedzialnego m.in. za ścieżkę dźwiękową do serii Metal Gear Solid, trzyma w napięciu i buduje odpowiedni nastrój. Osoby posiadające kino domowe będą wniebowzięte (Dolby Pro Logic II). Sam charakter gry jest... residentowy. Mniej horroru, więcej akcji, co nie znaczy, że ani razu nie podskoczycie z wrażenia na krześle, wspominałem zresztą już wyżej o momentach przyprawiających mnie o gęsią skórkę. Zagadki to również pod tym względem stary dobry Resident. Znajdź nietypowy klucz, który jest rozsiany po mapie, rozpraw się z bossem by przejść dalej, ułóż układankę i tym podobne sprawy. Ze starych rzeczy ostała się maszyna do pisania, za pomocą której dokonujemy save'ów (zniknął tusz) oraz inventory, gdzie możemy pobawić się w mieszanie ziółek, grzybków halucynków, kompotu z maku. Jako bonus, po przejściu gry otrzymujemy nowe łachy, poziom trudności Pro i 2 nowe tryby gry (jakie? Tego już nie zdradzę), co w połączeniu z grą właściwą daje ponad 20 godzin nieustannego szarpania. Dla mnie RE 4 to absolutny "must have" na NGC, Capcom natomiast wyrasta nam powoli na jednego z czołowych developerów (DMC 3, VJ2, Shadow of the Rome, na dniach Killer7).

* Gwoli ścisłości przyznam się bez bicia, że nie mam bladego pojęcia, jak przetłumaczyć tytuł Resident Evil, bo na angielskim to ja się nie znam wcale. Więc wybór padł na pierwsze, lepsze słowo wyświetlone w translatorze, hue hue. [A nie lepiej było w ogóle tego nie tłumaczyć? ]:> - Scooter Fox]


oprawa AV!!!
klimat
ogólna rzeźnia kapitalne mapy świetni bossowie
stary "dobry" resident, czyli...
"rambo" kontra reszta świata...
...ale to już naprawdę się czepiałem
Gatunek: akcja/horror
Platforma: GCN
Producent: Capcom
Język: angielski
Ilość płytek: 2 miniDVD
Rok produkcji: 2004 NTSC / 2005 PAL
Cena:180 - 219zł [istnieje duże prawdopodobieństwo, że za cenę w granicach 180-199 dostaniecie wersję niemiecką. Na szczęście dialogi jak i napisy są w języku angielskim. Pudełko i instrukcja już nie:( ]

« poprzednia | spis treści | następna »