Recenzje

 

Już od dawna przymierzam się do tej recenzji i zawsze, gdy usiądę już i jestem gotów, nie wiem, od czego zacząć. W tym krótkim filmie mieści się tak wiele, że nie sposób od razu wziąć się za pisanie recenzji i stworzyć coś, co będzie treściwe i niechaotyczne Istnieje też prawdopodobieństwo, że opisanie tego filmu i jeszcze jego ocena to zadanie przerastające zwykłego śmiertelnika... Czego jednak nie robi się dla Biuletynu...

Wstęp jest najtrudniejszy, potem jakoś to idzie, ale od czegoś zacząć trzeba. Na początek może kilka informacji o filmie i jego twórcy – Quentinie Tarantino. “Wściekłe psy” to debiut tego reżysera, który pozwolił mu na wybicie się z szarej masy młodych talentów oraz na wkroczenie wkrótce potem na najbardziej prestiżowe festiwale i czołówki gazet. Moim zdaniem ten film to kwintesencja stylu Tarantino – i choć “Pulp Fiction” jest o wiele lepsze, to dopiero we “Wściekłych psach” można (wcale się przy tym nie trudząc) znaleźć najbardziej charakterystyczne cechy filmów tego twórcy.

Ten znakomity debiut to bardzo prosta historia opowiedziana bardzo zawile. Kilku nie znających się gangsterów napada na sklep jubilerski celem przejęcia dostawy cennych kryształów. Już po pierwszym kwadransie wiadomo, że któryś z nich jest policyjną wtyką, przez którą plan się nie powiódł. Gangsterzy spotykają się w umówionym miejscu, czyli starym, opuszczonym warsztacie. Są dwa problemy: pierwszy to zraniony podczas napadu Pan Pomarańczowy, drugi to gliny, które mogą się dostać do magazynu lub przetrząsnąć okolicę... Nasi bohaterowie postanawiają jednak czekać w magazynie do czasu, aż przyjedzie ich szef – Joe Cabot.

Jak mówiłem – prosta historia, a jednak opowiedziana tak, aby nawet po rozwiązaniu zagadki film był ciekawy i interesujący. Z łatwością da się wyodrębnić kilka elementów, które sprawiają, że nie chce się odchodzić od ekranu. Pierwszym są świetne dialogi, które obracają się wokół spraw prostych i przyziemnych, np. sens piosenki Madonny “Like a virgin” czy wiara w napiwki. Rozmowy ogólnie są bardzo interesujące – przedstawiają inny punkt widzenia na niektóre sprawy... Film najlepiej ogląda się bez lektora – można wtedy usłyszeć naprawdę znakomite odzywki, które nigdy nie będą tak brzmiały po polsku, jak po angielsku. Drugim elementem będzie sposób przedstawienia owej historii, który jest nietuzinkowy. Chodzi mi tu przede wszystkim o to, że we “Wściekłych psach” nie uświadczymy czegoś takiego jak “chronologiczność zdarzeń”; czekają nas też nagłe zwroty akcji... I to rzeczywiście NAGŁE. Trzecim – elementy pastiszu gatunku, co jest typowe dla Tarantino. Do tej listy można dorzucić jeszcze smaczki takie, jak na przykład scena z odciętym uchem Marvina czy kryptonimy bohaterów – Pan (i tu jakiś kolor).

Osobny akapit należy poświęcić muzyce, która odgrywa wielką rolę w budowaniu klimatu filmu... Na ścieżce dźwiękowej filmu królują lata 70. I w dodatku wspaniale komponują się z niektórymi scenami, jak na przykład utwór Little Green Bag na początku.. Cały soundtrack jest utrzymany w klimatach country – nie uświadczymy żadnych przebojów z dyskotek. Czasem zdarza się, że bohaterowie tylko wspominają o jakiejś piosence, która w filmie nie występuje, a która też utrzymana jest w podobnych klimatach, jak np. Love Grows Where My Rosemary Goes...

Mimo tego że “Wściekłe psy” są debiutem, to reżyser zdołał zaangażować profesjonalnych aktorów, takich jak Harvey Keitel (Pan Biały), którego tak zainteresował scenariusz, że postanowił sfinansować projekt, Steve Buscemi, który zazwyczaj gra psychopatów albo innych pomyleńców, Tim Roth, którego fizjonomię łatwo zapamiętać, lecz trudno wymienić filmy z jego udziałem, Quentin Tarantino, który pojawia się właściwie tylko w dwóch scenach i przede wszystkim ten, któremu należy się owacja na stojąco – Michael Madsen. Rola Pana Blondasa to chyba najlepsza i najważniejsza kreacja tego aktora. Bohater grany przez niego jest “kompletnym szajbusem”, jakby to powiedział Pan Biały, a Madsenowi naprawdę udało się zagrać takowego... Zobaczymy także mniej znanych, do których zalicza się m.in. Chris Penn, Lawrence Tierney czy Edward Bunker.

Poza tymi podstawowymi elementami zachwyciły mnie też zdjęcia naszego rodzimego operatora Andrzeja Sekuły. Kamera prawie cały czas stoi w miejscu, lecz ujęcia zmieniają się często – raz przybliżenie, raz oddalenie, a jeszcze innym razem obrót... Scenografia ogranicza się właściwie do opuszczonego magazynu i kilku innych pomieszczeń, lecz melina gangsterów jest naprawdę przytulna – dużo miejsca, właściwie pusto, ale jeśliby się dokładniej przyjrzeć szczegółom, to w warsztacie owym znajduje się dużo użytecznych rzeczy...

Podsumowując, “Wściekłe psy” po prostu trzeba obejrzeć. Jest to film nietypowy, reprezentujący dopiero niedawno powstały gatunek o nazwie “kino-Tarantino” To, co rzuca się w oczy i uszy, to m.in. świetne dialogi i muzyka, a także bardzo dobra gra aktorska... Tarantino zastosował masę nowych pomysłów, co powoduje, że widz nie musi zbytnio angażować szarych komórek. “Wściekłe psy” są filmem do oglądania i podziwiania, nie do rozważania... Aha, i pamiętajcie – jest to ulubiony film Donalda Tuska i wcale się temu nie dziwię, bo wam też może się spodobać.

 

»Autor: Wicked Sick