Wstęp jest najtrudniejszy, potem jakoś
to idzie, ale od czegoś zacząć trzeba. Na początek może
kilka informacji o filmie i jego twórcy – Quentinie Tarantino.
“Wściekłe psy” to debiut tego reżysera, który pozwolił
mu na wybicie się z szarej masy młodych talentów oraz na
wkroczenie wkrótce potem na najbardziej prestiżowe festiwale i
czołówki gazet. Moim zdaniem ten film to kwintesencja stylu
Tarantino – i choć “Pulp Fiction” jest o wiele lepsze, to
dopiero we “Wściekłych psach” można (wcale się przy tym
nie trudząc) znaleźć najbardziej charakterystyczne cechy filmów
tego twórcy.
Ten znakomity debiut to bardzo prosta
historia opowiedziana bardzo zawile. Kilku nie znających się
gangsterów napada na sklep jubilerski celem przejęcia dostawy
cennych kryształów. Już po pierwszym kwadransie wiadomo, że
któryś z nich jest policyjną wtyką, przez którą plan się
nie powiódł. Gangsterzy spotykają się w umówionym miejscu,
czyli starym, opuszczonym warsztacie. Są dwa problemy: pierwszy
to zraniony podczas napadu Pan Pomarańczowy, drugi to gliny, które
mogą się dostać do magazynu lub przetrząsnąć okolicę...
Nasi bohaterowie postanawiają jednak czekać w magazynie do
czasu, aż przyjedzie ich szef – Joe Cabot.
Osobny akapit należy poświęcić
muzyce, która odgrywa wielką rolę w budowaniu klimatu
filmu... Na ścieżce dźwiękowej filmu królują lata 70. I w
dodatku wspaniale komponują się z niektórymi scenami, jak na
przykład utwór Little Green Bag na początku.. Cały
soundtrack jest utrzymany w klimatach country – nie uświadczymy
żadnych przebojów z dyskotek. Czasem zdarza się, że
bohaterowie tylko wspominają o jakiejś piosence, która w
filmie nie występuje, a która też utrzymana jest w podobnych
klimatach, jak np. Love Grows Where My Rosemary Goes...
Mimo tego że “Wściekłe psy” są
debiutem, to reżyser zdołał zaangażować profesjonalnych
aktorów, takich jak Harvey Keitel (Pan Biały), którego tak
zainteresował scenariusz, że postanowił sfinansować projekt,
Steve Buscemi, który zazwyczaj gra psychopatów albo innych
pomyleńców, Tim Roth, którego fizjonomię łatwo zapamiętać,
lecz trudno wymienić filmy z jego udziałem, Quentin Tarantino,
który pojawia się właściwie tylko w dwóch scenach i przede
wszystkim ten, któremu należy się owacja na stojąco –
Michael Madsen. Rola Pana Blondasa to chyba najlepsza i najważniejsza
kreacja tego aktora. Bohater grany przez niego jest
“kompletnym szajbusem”, jakby to powiedział Pan Biały, a
Madsenowi naprawdę udało się zagrać takowego... Zobaczymy
także mniej znanych, do których zalicza się m.in. Chris Penn,
Lawrence Tierney czy Edward Bunker.
Poza tymi podstawowymi elementami
zachwyciły mnie też zdjęcia naszego rodzimego operatora
Andrzeja Sekuły. Kamera prawie cały czas stoi w miejscu, lecz
ujęcia zmieniają się często – raz przybliżenie, raz
oddalenie, a jeszcze innym razem obrót... Scenografia ogranicza
się właściwie do opuszczonego magazynu i kilku innych
pomieszczeń, lecz melina gangsterów jest naprawdę przytulna
– dużo miejsca, właściwie pusto, ale jeśliby się dokładniej
przyjrzeć szczegółom, to w warsztacie owym znajduje się dużo
użytecznych rzeczy...
Podsumowując, “Wściekłe psy” po
prostu trzeba obejrzeć. Jest to film nietypowy, reprezentujący
dopiero niedawno powstały gatunek o nazwie “kino-Tarantino”
To, co rzuca się w oczy i uszy, to m.in. świetne dialogi i
muzyka, a także bardzo dobra gra aktorska... Tarantino
zastosował masę nowych pomysłów, co powoduje, że widz nie
musi zbytnio angażować szarych komórek. “Wściekłe psy”
są filmem do oglądania i podziwiania, nie do rozważania...
Aha, i pamiętajcie – jest to ulubiony film Donalda Tuska i
wcale się temu nie dziwię, bo wam też może się spodobać.