|
Mam chwilę czasu. Nareszcie, bo ostatnio pisałem testy próbne związane z ukończeniem gimnazjum i miałem jakieś problemy z pocztą na Onecie, przez co nie mogłem wysłać recenzji dla Dishmana (wybaczysz?
[muszę się z tym problemem jeszcze przespać, ale masz duże szanse ;) -
Dishman]). Teraz stukam w klawiszę i staram się zrecenzować film, który oglądałem kawałek czasu temu, nadrabiając przemijający deadline. Ale wróćmy do tematu - zatem o co chodzi w "Gniewie oceanu"?
W roku 1991 (miałem dwa latka!) trzy silne fronty atmosferyczne tworzą jeden wielki - sztorm stulecia. Ale na krótko przed tym wydarzeniem w Gloucester kapitan kutra "Andrea Gail" Billy Tyne postanawia wypłynąć, lekceważąc swojego szefa i komunikaty o zbliżających się sztormach. Wierzy, że teraz los uśmiechnie się do niego i złowi całe ładownie ryb.
Jeśli mam być szczery, to widok zdjęć satelitarnych i wzburzonego morza przypomniał mi inny film - poniekąd podobny - "Pojutrze". Zresztą, woda jest tutaj równie cudowna. Czasami nie wiele widać, ale zacznijmy od początku. Nasi dzielni rybacy od początku kursu mają pecha - ryby nie biorą jak trzeba, a jak już, to pojawia się rekin i kradnie but jednemu z nich. Zaczynają się kłócić, a gdy trafiają na miejsce w sam raz
[czyli tam gdzie jest dużo ryb - Dishman], psuje się chłodziarka. Cóż, generalnie mogę się uczepić jedynie tego, że coś za dużo ich spotkało nieszczęść. Bo czyż nie starczyłoby na kilku filmów takich wydarzeń, jak (chronologicznie) kiepski połów, pojawienie się rekina (i kradzież bucika), wypadnięcie za burtę, zepsucie się maszyny produkującej lód... Odniosłem wrażenie, że albo tak było naprawdę (bo film jest na autentycznych zdarzeniach), albo reżyser przesadził, chcąc pokazać nam ogromny pech grupki rybaków i ich walkę z żywiołem.
Ale film ogląda się przyjemnie. Rażą w oczy te pechowe sytuacje, ale już walka ze sztormem jest zrealizowana bardzo dobrze. Olbrzymie fale rzucają kutrem na wszystkie strony, kotwice pomagające zachować równowagę nie pomagają (jedna nawet atakuje kapitana!)... no i kolejny BARDZO rażący w oczy błąd. Owa kotwica lata sobie w te i we wte uderzając o pokład. A nasz dzielny Clooney wspina się na ten wysięgnik (podczas sztormu! Na litość boską... przecież wystarczyłby jeden potężniejszy podmuch wiatru w kuter i po nim!) i usuwa szalejącą kotwicę zażywając kąpieli. Podobnie jest z masztem radiowym - ale on jest ważniejszy, więc tu ewentualnie mogę zrozumieć zachowanie gościa - koleś wspina się i próbuje naprawić go... Ale co z tego. Owi aktorzy dobrze odegrali swoje role, więc można im wybaczyć zachowanie. Świetnie grali podczas kłótni, a gdy towarzysz wypadł za burtę, od razu się rzucili na ratunek. No i jeszcze jedno - jak oglądałem reklamówkę filmu to myślałem, że autorzy "Pojutrze" korzystali z efektów wody! Co prawda woda jest tam bardziej czysta, a tutaj taka mroczna, groźna, sztormowa... no i jeszcze pada deszcz. Wspaniale jest patrzeć na tych mokrych, walczących o przeżycie facetów, którzy wybrali się na połów ryb, a... tego nie napiszę. Wspomnę tylko, że jest tutaj brak happy endu, a występuje on gdy rybacy walczą z jedną, wielką, potworną falą (widział ktoś plakat filmu? To właśnie ta scena.). Ach, to jest cudowne!
Film nie ustrzegł się kilku niedorzeczności, które rażą w oczy widza takiego jak ja. Wam, drodzy czytelnicy, może to nie będzie zbyt przeszkadzało, ale dla mnie owszem. A że ja mam ostatnie słowo w tej recenzji (oprócz Dishmana), postaram się ocenić film tak, aby nie odstraszał widzów i nie przyciągał na darmo do ekranu TV. Zatem... ocena filmu "Gniew oceanu" wynosi 6+/10. Dla miłośników rybactwa lub Clooneya - podnieście o oczko w górę.
»Ocena:
6+/10
»Zalety:
+
widok oceanu
+ Clooney
+ brak happy endu!
»Wady:
- zbyt duży pech rybaków
- trochę niedorzeczności
»Autor:
|