|
Zawsze lubiłem filmy Johna Carpentera. Potrafią one być straszne, ciekawe, ale co najważniejsze mają swój własny, niepowtarzalny klimat, który kocham ponad wszystko. I to z pewnością ich największa zaleta. Twórca z niego nie byle jaki bo z budżetu 300.000 dolarów potrafi tworzyć dzieła kultowe, które na trwale zapisują się w historii kina. Nic więc dziwnego, że w 2001 roku dostał 28 mln na swój nowy film. Może w realiach filmowych ta kwota nie jest najwyższa, ale jak dla niego nie jest to mała suma, a w porównaniu z budżetami wcześniejszych filmów można nazwać ją wysoką...
Nie mam pojęcia, co filmowcy widzą w Marsie. Co w nim jest takiego nade wszystko wyjątkowego? Na to pytanie trudno odpowiedzieć. Przecież jest jeszcze kilka planet, na których można umieścić akcję. Jowisz, Saturn, Uran, Neptun, Pluton, one się nie nadają? A mimo to cała masa filmów fantastyczno-naukowych rozgrywa się właśnie na Czerwonej Planecie. Po prostu paranoja, prawda? Ja już nabrałem uprzedzenia, do takich obrazów. Wystarczy wspomnieć beznadziejną i arcynudną „Misję na Marsa” (dwa razy ją oglądałem i przy obu usnąłem, a trzeci nawet nie próbowałem dotrwać do końca, zabrakło mi odwagi) i już zaczyna się mieć obawy, co do nowej produkcji Carpentera. Czy słuszne? O tym za chwilę przeczytacie (jeśli rzecz jasna nie wciśniecie teraz ikonki wstecz ;))
Rok 2176 (czyli, za dobrych kilka lat :)). Mars, który nieraz kipiący życiem dzięki licznym kolonią jest opustoszały. W zasadzie nie cała planeta, lecz jej niewielka część, zwana Shining Canyon. Dziwna sprawa. Nie ma tam śladu po jakiejkolwiek ludności. Dlaczego? Nie każdy odważy się powiedzieć. Chodzi o to, że tytułowe Duchy Marsa nawiedziły miejscową kopalnię. Jakby tego było mało opętały również tubylców. W jaki sposób? Bardzo niemiły i, co tu dużo mówić, okrutny. Owe widma są po prostu swego rodzaju pasożytami. Istota ludzka jest, dla nich tylko ciałem bez którego się nie liczą. Co gorsza upiory wykorzystują je do tego aby podtrzymało różne urządzenia w stylu piły łańcuchowej. Do czego one służą w realiach horroru chyba nie muszę mówić. Dla ludzi na Marsie oznaczać to może tylko jedno. Koniec.
Policja, a raczej policjantka :), Melanie Ballard, dostaje pewną niewdzięczną misję do wykonania. Jej celem jest eskortowanie Jamesa Williamsa, najgroźniejszego przestępcy w całym wszechświecie. Pomaga jej w tym załoga złożona z sierżanta Jericho Butlera, porucznik Helene Braddock, oraz dwóch mocnych (w gębie :)) facetów, Bashiry Kincaida i Michaela Descansoa. Williams, płatający się w celi jest jednym z niewielu obecnych wokół ludzi. Dlatego też z powodu sytuacji zaistniałej na Czerwonej Planecie eskortowanie więźnia zamienia się w nieustającą walkę o życie. Przez co, przestają się liczyć osobiste porachunki. Liczy się przeżycie i to aby zachować swoje ciało w jednej części.
Tak pokrótce przedstawia się fabuła. Trzeba przyznać, że nie wygląda aż tak źle, jak daje się to odczuć na ekranie. Właściwie kosztem wprowadzenia kilku zmian w scenariuszu można by zrobić dość przyzwoity film. Ale sztuka ta nie udała się najlepiej.
Co mogę powiedzieć o aktorstwie? W sumie bez żadnych rewelacji. Trochę sztucznie i drętwo. W rolę Jamesa wcielił się Ice Cube. Nie wiedzieć czemu nie przepadam, za tym aktorem. W swoich rolach nie błyska talentem, ani niczym podobnym. Typowy mięśniak. Mimo to nie rozumiem czemu jakoś pasuje mi do roli więźnia. Może dlatego, że z chęcią bym go umieścił w areszcie. Nie uraczył by już żadnego filmu swą marną osobą. Twardzielem jednak być potrafi i chyba tylko o to chodziło. Poza nim można dostrzec Natashę Hanstridge, która jakoś nieprzekonująco zagrała. Można by z całą pewnością stwierdzić, że tak trochę niepewnie i nieśmiało. Ice Cube wykreował swoją postać znacznie lepiej. Ale aktorstwo nie jest w stanie całkowicie rozłożyć filmu. Przysłużyły się do tego jeszcze inne czynniki.
Co najbardziej zawiodło mnie w filmie? Ano fakt, że nie ma w nim klimatu o którym wspominałem na początku tej recenzji. Przecież nikt nie oglądnie tej produkcji, po to aby być świadkiem strzelanin, czy też walk duchów z niedobitkami. Gdzie jakakolwiek fabuła? Gdzie podział się sens? Czyżby jeden z najlepszych mistrzów grozy całkowicie się już wypalił? No, niestety zaczynam snuć takie przypuszczenia, bowiem wyniki kasowe tego obrazu nie są zaskakujące. Zaledwie 8,5 mln dolarów. To chyba trochę mało. Po prostu film się nie zwrócił. Czyżby nie trafił w zainteresowania publiczności? Nic bardziej podobnego. Po prostu nie potrafił zainteresować, nie był straszny. Skoro przynależy do horrorów to chyba powinien niepokojąco oddziaływać, na widza. Teraz po takiej porażce Carpenterowi bardzo trudno będzie podnieść się i stworzyć nową produkcję. Kto za nią zapłaci? Ale przecież gorsi reżyserzy też jakoś żyją i wcale nie aż tak źle. Tak, tylko Johna widziałem raczej w tym lepszym gronie. "Duchy Marsa" niestety chyba to zmieniły. Teraz, jak można przeczytać w Internecie przez jakiś czas poprzestanie jedynie na funkcji producenta. Szkoda...
Czy najnowszy (czyt. najgorszy) film twórcy "Helloween" ma jakieś zalety? Mimo wszystko tak. W czasie seansu przygrywa całkiem miła dla ucha muzyka. Nie zawiodą się też miłośnicy szybkiej akcji. Tradycyjnie również główny bohater to typowy twardziel. Odpowiada mi poza tym charakteryzacja duchów. Wyglądają trochę dziwnie, ale stylowo. Niecodzienny jest sposób filmowania. Wydarzenia dzieją się nie po kolei, a film jest prowadzony w konwencji przesłuchiwania głównej bohaterki, przez co musimy sami sobie poskładać historię. Wiele osób strasznie narzekało na ten fakt. Mi osobiście takie rozwiązanie jednak odpowiadało. Wpłynęło choć trochę na element zaskoczenia. A czy Wam taki pomysł przypadnie do gustu? Trudno powiedzieć.
Osobiście uważam, że "Duchy marsa" nie są niczym ciekawym. Są po prostu jedną wielką porażką. Jednak znajdą się tacy, którzy powiedzą, że film ten jest dobry, są też entuzjaści uważający go za arcydzieło. Ale przeciętny widz po napisach końcowych będzie po prostu załamany. Dlatego też z całego serca odradzam Wam zapoznawanie się, z tą produkcją. Jeśli już to na własną odpowiedzialność, żeby później nie było pretensji do
mnie
»
Ocena: 3+/10
»
Zalety:
+ Akcja
+ Muzyka
+ Charakteryzacja
» Wady:
- Nie będę się rozpisywać. Po prostu cała reszta :(
»Autor:
|