Recenzje

 

Czy miałeś kiedyś okazję, Czytelniku, oglądać od wewnątrz szpital psychiatryczny? Nie obraź się – nie poddaję bynajmniej w wątpliwość twojej psychicznej kondycji. Wręcz przeciwnie, chciałabym Ci udowodnić, że bywalcy takich miejsc to ludzie niezwykli: 
z jednej strony nieszczęśliwi i godni współczucia, z drugiej zaś intrygujący, budzący ciekawość, a nawet fascynację. 

Bo taka właśnie myśl nasuwa się po obejrzeniu „Lotu nad kukułczym gniazdem” Milosza Formana, będącego mistrzowską w mojej ocenie adaptacją książki Kena Keseya. Książki, której okładka opatrzona jest napisem „Klasyka współczesności”.

Rzecz dzieje się na zamkniętym oddziale amerykańskiego „psychiatryka”. Opowieść rozpoczyna się z chwilą, gdy pojawia się na nim nowy pacjent. Randle Patrick McMurphy, bo tak przedstawia się przybysz (w tej roli znakomity jak zwykle Jack Nickolson), od razu wzbudza sporą sensację. Przede wszystkim, jest całkiem zdrowy, choć (niezbyt skutecznie) próbuje ten niewygodny fakt ukryć. Dlaczego niewygodny? Otóż McMurphy, jak sam 
w końcu przyzna, postarał się o skierowanie do szpitala w celu uniknięcia kary, jak się wydaje, o wiele dotkliwszej - odsiadki w więzieniu i ciężkiej pracy w ramach resocjalizacji. Ponadto, nowy pacjent przejawia cechy dotychczas w tym miejscu niespotykane. Należą do nich: entuzjazm, wesołkowatość, a nawet – o zgrozo – radość życia! 

Trudno się więc dziwić, że nasz bohater zostanie natychmiast zaakceptowany i polubiony przez nękanych (jeśli takim słowem można określić poniżanie i odzieranie z resztek godności osobistej) pacjentów, znienawidzony natomiast przez diaboliczną Wielką Oddziałową – bezwzględną siostrę Ratched, główną, choć, trzeba przyznać, bardzo subtelną i na pozór życzliwą inicjatorkę owego pozbawiania godności osobistej.
Sam McMurphy chyba jednak czego innego się spodziewał. Liczył na sympatyczne wakacje, a tu nawet ligi baseballowej nie pozwalają oglądać w telewizji. Trzeba więc, stwierdził, trochę to skostniałe towarzystwo rozruszać. I postarał się o małą rewolucję.
A jej efekty? Hm, mocno przekroczyły jego oczekiwania. I to niekoniecznie w pozytywnym sensie. Zaś zakończenie całej historii… Cóż, wystarczy powiedzieć, że wcale nie jest takie jednoznaczne, jak to się na pierwszy rzut oka wydaje

Mogłoby się wydawać, Czytelniku, że to film o szaleństwie. Jestem jednak przekonana, że nie tylko o nim. Bo oprócz tego z brutalnym realizmem ukazuje on proces dławienia indywidualności, a niektórzy doszukują się w nim nawet metaforycznych, antytotalitarnych treści. O tych dwóch aspektach „Lotu nad kukułczym gniazdem” nie wolno nam zapomnieć. 

Jeśli zaś chodzi o stronę techniczną filmu… cóż, nawet w Hollywood przyznają, że samo nazwisko jego reżysera jest gwarantem jakości. Według mnie – absolutne mistrzostwo wykonania. Niezwykle sprawny montaż, rewelacyjne zdjęcia, utrzymane w nieco ascetycznej i jakby wyblakłej kolorystyce, dyskretna, znakomicie podkreślająca charakter filmu muzyka…
Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie sugestywność aktorskich kreacji. Zarówno wspomniany już Jack Nickolson, jak i cały drugi plan są tak naturalni, że skłonni jesteśmy uwierzyć, iż casting przeprowadzono na prawdziwym oddziale szpitalnym. Dodatkowo, ten pierwszy dzięki swej roli zapisał się w historii kina. Podobnie jak sam „Lot nad kukułczym gniazdem”.

Moim zdaniem żadna, absolutnie żadna filmowa adaptacja nie może być lepsza od literackiego pierwowzoru. Może najwyżej temu pierwowzorowi dorównać A powieść Keseya zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że dorówna jej jakakolwiek adaptacja. A jednak – film Formana dorównał.
Głównie dzięki temu, że jest tak niewiarygodnie realistyczny. Męczysz się, Czytelniku, podczas lektury powieści Keseya, męczysz się też, oglądając jej adaptację. Ale to coś w rodzaju intelektualnego masochizmu – chciałbyś się częściej tak męczyć!

 

»Autor: Panna Nikt