Recenzje

 

Musicale mają to do siebie, że są lekkie w odbiorze. Czasem wręcz irytująco lekkie. Coś zatańczą, cos zaśpiewają i film gotowy. Takimi drobiazgami jak zajmująca fabuła rzadko który musicalowy scenarzysta się przejmuje. Dlatego właśnie żywię do tego gatunku uczucia dość mieszane. Choć oczywiście są chlubne wyjątki.
Do nich należy właśnie "Deszczowa piosenka'. Nie jest to co prawda kino moralnego niepokoju czy inny suspensowy kryminał, ale historia (choć lekka) potrafi zainteresować.

Mamy więc sławnego, a przy tym całkiem sympatycznego aktora (jeszcze wtedy niemego) kina oraz jego piękną na ekranie, a prywatnie wredną, filmową partnerkę. W tle zaś przewija się ekipa producentów, reżyserów, statystów i innych ludzi biznesu. Czyli film o filmie. :)
Wszystko układa się znakomicie, para ekranowych kochanków jest uwielbiana przez publikę, a pieniądze płyną strumieniami, ale do czasu. Jakiś rewolucjonista wpada bowiem na dziwaczny pomysł stworzenia filmu dźwiękowego. Zostaje oczywiście jednogłośnie skrytykowany i wydrwiony przez "środowisko", ale jeden z producentów postanawia zaryzykować, wykorzystując wynalazek w swojej najnowszej produkcji. I odnosi, jak się można było spodziewać, olbrzymi sukces Widzowie są zachwyceni. Chcą więcej.

A że klient nasz pan, wszyscy, chcąc nie chcąc, mikrofony w studiach montują i biorą się do roboty. I nie byłoby większego problemu, gdyby nie fakt, że nasza piękna a wredna aktoreczka ma głos równie wredny co charakter. No nijak się do dźwiękowego filmu nie nadaje. A za odsunięcie jej od roli grozi sądowym pozwem i innymi nieprzyjemnościami. Sytuacja jest więc dość napięta. 

Dalszej fabuły opowiadać nie będę, bo, prawdę powiedziawszy, niewiele już zostało do opowiedzenia. ;) W końcu to musical. Skupmy się więc może na stronie czysto muzycznej, bo ta jest według mnie znakomita. Sekwencje wokalno-taneczne przede wszystkim nie irytują; wręcz przeciwnie - przyciągają oko i odprężają. Nie jest ich też za dużo, a to zjawisko rzadko spotykane w filmach tego typu. No i jest jeszcze tytułowe "Singin' in the rain", scena, o której powiedzieć "Nie znam" to zwyczajny obciach. Facet z parasolką tańczący w deszczy - choć brzmi to dziwnie, wygląda całkiem sympatycznie.
To pewnie dzięki Gene'owi Kelly'emu, który sprawia wrażenie, jakby urodził się po to, by grać w musicalach. Reszta śpiewającej ekipy wypada przy nim dość blado.

Inne elementy techniczne pozostają na średnim (ale przyzwoitym) poziomie, więc nie zasługują na osobny akapit. ;) Przejdźmy zatem do konkluzji. Jeśli nie miałeś dotąd, Czytelniku, do czynienia z tym gatunkiem filmowym, radzę zacząć właśnie od "Deszczowej piosenki". Jest ona filmem tak reprezentatywnym w swej kategorii, że po jej obejrzeniu albo musicale polubisz, albo tez spokojnie możesz stwierdzić, że to filmy nie dla Ciebie i nie oglądać żadnego więcej. Obojętny raczej nie pozostaniesz. :)

»Autor: Panna Nikt