Recenzje

 

W rankingach najbardziej kultowych filmów wszech czasów "Casablanca" zajmuje przeważnie miejsce w pierwszej piątce. A niekiedy ląduje na ich czele Tylko... nie mam pojęcia dlaczego.

Ja wiem, że to mogło zabrzmieć obrazoburczo, a przynajmniej odrobinę rewolucyjnie. Ale co poradzę na to, że mi się ten film w ogóle nie podobał? Oglądałam go dwa razy i tyleż razy udało mi się na nim zasnąć. A trwa tylko półtora godziny ;)

Nie pomógł zgrabny scenariusz. Bo pomysł w sumie był niezły - wysłać dawnych kochanków na przypadkowe spotkanie do stolicy Maroka. I do tego uwikłać ich w polityczno - wojenną aferę (rzecz rozgrywa się w roku1943).

Ona - teraz już towarzyszka aktywisty ruchu oporu, bohatera podziemia, dla którego Casablanca to przystanek w podróży (ucieczce?) za ocean.
On - rozgoryczony trochę właściciel popularnego lokalu, który nazwał własnym imieniem. Nie może jej wybaczyć, że wtedy, przed laty, w ostatniej chwili wystawiła go do wiatru. Próbuje oczywiście zapomnieć. Ale, naturalnie, nic z tego.

W tle przewija się jeszcze czarnoskóry pianista z knajpy ("Zagraj to jeszcze raz, Sam"), który, smęcąc niemiłosiernie na swym instrumencie, rozbudza wspomnienia. Sytuacja, ogólnie rzecz ujmując, zagmatwana, czyli - scenariusz, jak wspomniałam, niezły być musi. Ale co z tego?

Nie pomogli Bogart i Bergman. Choć świetni są, trzeba im przyznać. Tacy, jak by to ująć, magnetyczni. Stanowią najmocniejszy, moim zdaniem, punkt całości. Uzupełniają się znakomicie i pasują do siebie świetnie. a to im z kolei wiarygodności dodaje dużo. Tylko, kurczę, co z tego?

Na pewno nie pomogła też casablankowa legenda. Wręcz przeciwnie. No bo po tym wszystkim, co się usłyszy i przeczyta o tym filmie, widz nastawia się na dzieło wiekopomne. A co dostaje? Zgrabny, dobrze zagrany romansik z kilkoma kultowymi kwestiami, które już chyba w dniu premiery weszły w powszechny obieg. No dobra, może jeszcze ze trzy sceny, które każdy szanujący się kinoman znać powinien. Choćby dlatego, że były, są i będą dziesiątki razy powtarzane, odtwarzane i parodiowane w innych filmach. I na tym - przynajmniej dla mnie - kończy się wielkość (nie wiem, czy to dobre określenie) "Casablanki". Ale może ja tendencyjna jestem. :)

 

»Autor: Panna Nikt

 

PS. W założeniu Stare Kino ma chyba zachęcać do oglądania klasycznych filmów - mam nadzieję, że tak całkiem Czytelnika do "Casablanki" nie zniechęciłam.