Fenomen "Kina rozrywkowego PRL-u"
- "Przygoda na Mariensztacie" przykładem komedii socrealistycznej.

"Kino rozrywkowe PRL-u" to ogólna nazwa cyklu zajęć poświęconych, jak sama nazwa wskazuje, kinu PRL-u. Kolejne wykłady połączone z prezentacją filmową odbywają się w Instytucie Historii na poznańskim uniwersytecie pod kierunkiem pani dr Doroty Skotarczak. Wbrew pozorom mimo, wydawałoby się niezbyt interesujących prezentacji filmowych towarzyszących zajęciom, cieszą się niezwykłą popularnością wśród studentów. Czemu? Najpierw może jednak wyjaśnię, jakimi filmami zajmujemy się podczas owych "wykładów". Nie znajdziemy tu "Misia", "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz" czy innych dobrze znanych szerokiemu gronu odbiorców filmów Barei, trylogii Chęcińskiego o Kargulach i Pawlakach. Oglądane przez nas filmy to zazwyczaj polskie produkcje filmowe z lat 50 i to głównie prawdzie perełki, zapomniane już chyba prawie całkowicie przez współczesne pokolenie.

Gdzie jednak wspomniany wcześniej fenomen? Tutaj musiałbym was wtajemniczyć w politykę przydziału sal na mojej kochanej uczelni. Otóż dziekanat nie spodziewając się większej popularności tych zajęć (uzupełniających w dodatku, więc to już całkowite zaskoczenie) przydzielił nam salę mogącą pomieścić w porywach 30 osób. Musicie więc sobie wyobrazić, jak wielkie było zdumienie prowadzącej owe spotkania, gdy na pierwsze zajęcia organizacyjne zjawiło się ponad 200 osób!!! Sama dr Skotarczak nie mogła chyba w to uwierzyć, pytając się zgromadzonym kilkukrotnie: "Czy wy wszyscy chcecie oglądać stare filmy?" i zawsze słysząc tą samą odpowiedź - chóralne "TAK". Zamieniono nam więc malutką salę 316 na tzw. małą aulę (331):) i zaczęły się pierwsze zajęcia, a wraz z nimi pierwszy film.

Zanim jednak do tego doszło, zastanawiałem się, czy owa wysoka frekwencja to tylko efekt tego, że wspominane zajęcia tak bardzo różnią się od tradycyjnych wykładów, podczas których siedzi się półtorej godzinki i notuje. Wiadomo przecież, że dużo przyjemniej spędzać czas choćby w kinie niż słuchając czyichś wywodów:) Jeszcze więcej do myślenia dało mi to, że w zajęciach w większej liczbie uczestniczą studenci lat początkowych (którzy nie mają obowiązku wybierać zajęć fakultatywnych) niż Ci którzy taki obowiązek mają. Dodać do tego należy niezbyt szczęśliwą godzinę, jaką jest 11.30 dnia środowego. Wracając jednak do pytania postawionego w temacie - niech odpowiedzią dla was będą zawarte w tekście poniższym uwagi, przemyślenia (jak również krótkie wprowadzenie do treści) tyczące się pierwszego z filmów.

Jak już wspomniałem wcześniej, po paru słowach wstępu nadeszła pora pierwszej prezentacji, a na ekranie telewizorka średnicy dwudziestukilku cali zaczął się film. Jako że nie każdy może wiedzieć, czym jest socrealizm w sztuce, powiem, tylko najogólniej, że jest to podporządkowanie sztuki sprawom propagandy, któtr miało miejsce w pierwszej połowie lat 50. Przykładem takiego filmu jest właśnie "Przygoda na Mariensztacie". Jest to komedia romatyczna, której akcja dzieje się w realiach odbudowywanej po wojnie stolicy, głównie zaś odbudowywanych w osiemnastowiecznym stylu kamieniczek we wspomnianym już Mariensztacie. Byłem ciekaw, czy coś, co miało za zadanie śmieszyć ludzi ponad pół wieku temu, będzie w stanie rozśmieszyć i nas?? Jak się okazało, moje obawy okazały się bezpodstawne. Sam film, którego reżyserem był pan Leonard Buczkowski, powstał w roku 1952. Wiemy zatem, że w ZSRR dogorywa "batiużka Stalin co ma usta słodsze od malin", u nas zaś to okres prezydentury Bieruta. Mając w pamieci tło polityczne możemy się domyślać, czym zaskoczy nas świat filmu. Nasze wyobrażenia spełniają się w 100% - osią akcji jest wyprawa wiejskiego zespołu na występy do Warszawy, gdzie jedna z bohaterek - Hanka Ruczajówna zakochuje się w przodowniku pracu - Szyszce.

Film w swoim założeniu był i jest komedią. Jest to o tyle wdzięczne, że wybuchy śmeichu na sali były spowodowane dwoma rzeczami.

Primo, czyli wiadomo - komedia to rzeczy śmieszne, które nie straciły na swej aktualności przez ponad pół wieku.

Secundo - jak już wspomniałem, jest to socrealistyczny nurt sztuki. Sztuki, która kiedyś spełniała swoje zadania propagandowe ale dzisiaj, z całą sympatią dla czasów minionych (albo i nienawiścią, jak kto woli), takie rzeczy śmieszą. Ja wymienię tylko kilka... Początek filmu to widok odbudowywanej stolicy, do którego idealnie pasują słowa piosenki Kazika Staszewskiego: "rosną w Polsce domy z czerwoniutkiej cegły". Był to okres nieco dziwacznych pomysłów typu "Kobiety na traktory", więc jedną z głównych nagród na festiwalu ludowym zdobywa zespół śpiewający piosenkę "Jadą maszyny, na nich dziewczyny, a praca jak u chłopa". Rzecz kolejna - i to jest również jednym z wątków głównych filmu - w budowie biorą udział kobiety i to całe brygady. Jedną z nich jest właśnie wspomniana Hanka, która z miłości do przodownika Szyszki (wyrabiającego 312% normy) sama zaciągnęła się na budowę i wyrobiła na niej 325% normy przewyższając obiekt swych westchnień. Owe % normy ścigają nas na każdym kroku, prawie jak w kolejnej produkcji sygnowanej nazwiskiem Kazika - "Malcziki". Podczas gdy brygada robotników zadeklarowała, że odda swą budowę wcześniej o bodajże 3 miesiące, brygada kobieca zapronowała, że z zaoszczędzonych materiałów zbuduje jeszcze "Dom murarza". Czy im się to udało, nie zdradzę.

Powiem tylko na zakończenie, że kino czasów minionych może i nieco trąci myszką, ale jest doskonałym źródłem wiedzy o owych czasach. Można się całkiem wiele nauczyć nieświadomie, łącząc przyjemne z pożytecznym. Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję, polecam Wam obejrzeć "Przygodę na Mariensztacie".

Grzesiek "Zlotto" Kubacki
zlotto@interia.pl