AUTOBUS
Przystanek. Nadjeżdża mój autobus. Wsiadam i zajmuję miejsce z tyłu, żeby
moc na wszystko patrzeć. Obserwować.
***
Wsiada mężczyzna z zabłoconymi butami. Dziurawe, wielokrotnie łatane
spodnie. Kolorowa kurtka. Harcerska czapka. Kilkudniowy zarost na twarzy, brud
za paznokciami i reklamówka w dłoni. Idzie na początek autobusu i zaczyna
zawzięcie rozmawiać z kierowca. Po chwili, nie widząc żadnej reakcji
tamtego, siada na wolnym miejscu. Współczuję mu. Nie chciałbym taki być. A
własciwie, to jaki on jest...? Czy ktokolwiek, widząc takiego człowieka,
zastanawiał się, co on czuje...? Bo to, że inteligencją nie grzeszy, nie
oznacza wcale, że nic nie czuje. Czuje. I można go zranić. A autobus jedzie
dalej.
***
Kobieta która jechała zanim jeszcze wsiadłem, patrzy to za okno, to z pogardą
na mężczyznę. On tego nie widzi. Albo udaje, że nie widzi. Kobieta ma na
sobie futro (sztuczne, bo jest uboga, ale próbuje to ukryć) i szpilki, które
do niej nie pasują. Ogromny kok trzyma się na głowie przy pomocy lakieru. Współczuję
tej kobiecie. Właściwie bardziej niż temu meżczyźnie. Bo on nic nie ukrywa.
Jest szczery. I jest zawsze sobą. A ta kobieta... Dla osób uboższych, jest
katem. Dla osób, które są 'nad' nią, jest robakiem. A autobus jedzie dalej.
***
Na kolejnym przystanku wysiada mężczyzna w czapce harcerskiej. Kobieta z
maniera udaje odruch ulgi. Boże, przebacz jej. Wiesz dobrze, że ona jest na
dnie. Do autobusu wsiada ksiądz. Rozgląda się wokoło i siada naprzeciwko
kobiety. Ona zmienia się natychmiast: maskę zimnego kata zamienia na maskę
wspaniałomyślnej katoliczki. Rozpoczynają rozmowę. Ksiądz już nie może
znieść jej pieprzenia. Na następnym przystanku wysiada. Kobieta myśli, ze
odniosła sukces. Myli się. Ale tymczasem przybiera maskę zimna. I kata. A
autobus jedzie dalej.
***
Wsiada dwóch uczniów. Siadają na siedzeniach. Wyjmują marker i piszą na
siedzeniach. Kobieta patrzy w okno. Udaje, że nie widzi. Po chwili uczniowie
otwierają plecaki i wyjmują jogurty. Piją je, a kartoniki chowają z powrotem
do plecaków. Kobieta brzydzi się. I myśli, że co z tego, że to jogurty,
skoro w plecaku na pewno mają piwo. Albo wódke. Albo narkotyki. Uważa, że to
wszystko wytwór szatana. A autobus jedzie dalej.
***
Kolejny przystanek. Wsiada młode małżeństwo. Maja mały wózeczek, w środku
leży dziecko. Śpi. Mężczyzna obejmuje kobietę. Patrzy z duma na dziecko.
Kobieta wylicza w myślach, co jeszcze ma do zrobienia. Musi kupić jeszcze duźo
rzeczy, posprzątać, ugotować obiad. A potem pani Krysia przychodzi. Nawet nie
wie, jak bardzo krzywdzi męża. Nie zna jego zapachu. Nie zna jego ulubionego
zespołu. Nie wie, gdzie lubi chodzić na spacer. Nie wie, kim on jest. A
przecie to jej mąż... Jest z nim, fakt. Ale wlaściwie to jej nie ma. Jak to
się skończy...? Pewnego dnia mąż wyjdzie na spacer z dzieckiem i już nigdy
nie wróci. A żona... Jak zda sobie sprawe, co straciła, to się powiesi. A
kobieta, która już długo jedzie autobusem się uśmiecha i myśli, ze tacy
ludzie jak oni są dumą Polski. Myli się. Nawet nie wie, ile wokół niej
nieszczęścia. I nawet nie wie, że ten, którego obdarzyła pogardą, był
szczęśliwy. A autobus jedzie dalej.
***
Już mój przystanek. Czas wysiadać. Kobieta patrzy się na mnie. Nie. Nie chcę
wiedzieć. Nie obchodzi mnie, co o mnie sądzi. Bo ja się odbiję od dna, a ona
już nie. Karmi się papka, którą jej podaje codzienność. Współczuję jej.
Ciekawe, ile masek ma jeszcze w zanadrzu...? Drzwi się otwierają, wysiadam. A
Bóg razem ze mną. Ja idę dalej. On usiadł na przystanku, usmiechnął się i
zapalił fajkę. Czeka na następny autobus.
Khalis