TWÓJ ŚWIAT

TWÓJ ŚWIAT

"Najtrudniej jest ukryć ból.
 Nie pozwól Mi poddać się!"

 O.N.A. - "Najtrudniej"


   Myśląca Istoto!


   Co się dzieje z tym światem? Wszedzie to samo, jednakowi ludzie, miejsca, sytuacje. To samo każdego dnia, miesiąca, roku. Ludzie przechodzą obok Ciebie, płyną, Jesteś kolejną skałą do ominięcia na szarym morzu chodnika. Samotny w Tłumie Ci podobnych, taki sam a jednak inny, jakże bogaty intelektualnie, a jednak ubogi duchowo. Twoja wiedza nic nie warta, bo płytka, wyuczona, niczym nie poparta, nawet Ty sam nie wiesz czy jest prawdą li tylko ułudą. Wychodzisz z Siebie, przyglądasz się z boku własnej osobie i widzisz całą Swą marność, ziarno piasku w klepsydrze miasta. Jesteś "Nikim", tłum - morze bezimiennych klonów podobnych Tobie zaprzątniętych, swoimi problemami, zimni, wrodzy, kamienie na Twej drodze. Zawsze gotowi stanąć na ścieżce którą podążasz, z nieskrywaną niczym niechęcią gotowi powiedzieć: "Nie przejdziesz, nie tędy droga". I rzucają kłody pod nogi, zawsze rzucali. A Ty dążysz uparcie dalej, po co? Dla własnej satysfakcji? Dla kogoś?? Rozejrzyj się, to przecież Oni spowalniają Twój marsz. Jakże trudno zauważyć tych kryjących się w falach tłumu bijącego o Ciebie.

   Szukasz oparcia w innych. Skąd wiesz, że stoją po tej samej stronie barykady??? Może każdy z nich ma swoją własną, gotowy zadać cios w plecy i schować się we własnym okopie. Przetrwają najsilniejsi, a Ty do NICH nie należysz. Cały czas się odsłaniasz, pokazujesz na co Cię stać, ale tak naprawdę kto na to zwraca uwagę. Tylko Ci, w rękach których możesz stać się narzędziem. To ludzie gotowi Cię wykorzystać dla urzeczywistnienia swoich własnych pragnień. Bestie, którym zostałeś rzucony na pożarcie, miliony, miliardy potworów. Rodzina? Słowo przebrzmiałe, kiedy miałeś z nią jedyny, naprawdę niepowtarzalny kontakt? Dzieciństwo i to tylko bardzo wczesne. Później zostałeś zostawiony samemu sobie. Walczyłeś o uznanie w oczach Ci najbliższych, ale Oni nie zwracali uwagi na Twój wysiłek. Dopiero choroba zwracała Ich ku Tobie, widziałeś tę troskę o Twoje zdrowie, czasem zakręciła się łza, ale potem zdrowiałeś i wszystko wracało do punktu wyjścia. Jakże chciałeś być chory!

   Postanowiłeś postawić na Siebie. Nauka, książki stały się Twoim jedynym "rzeczywistym" światem. Spędzałeś całe lata zamknięty pośród papierowych ścian, pragnąłeś rywalizować na tym polu z każdym. Nie było konkursów, olimpiad w których byś nie brał udziału. Chciałeś akceptacji Innych, choćby najgorszych. Pomagałeś każdemu kto o to poprosił, przecież przepojony szlachetnymi ideami nie potrafiłeś powiedzieć "nie". Co Ci to dało?! Ludzie powiedzą: "Szacunek, uznanie", ale kto z Nich widział w Tobie umęczonego człowieka, któremu trzeba pomóc wyjść z tego przeklętego kręgu? Swoim rodzicom przynosiłeś dumę, w końcu byłeś jednostką wybitną, chwalony przez otoczenie, gotowy do stawania na polu bitew nauki z wiedzą, która nie była do pojęcia wśród Twoich rówieśników, a często i ludzi o wiele od Ciebie starszych. Ale nie znajdowałeś uznania w żadnym z tych światów. Dla jednych byłeś kujonem do którego należy się zwrócić w razie problemów z nauką, "bo On zawsze pomoże", dla drugich kolejnym chcącym się wbić do świata "dorosłych ludzi". Szedłeś sam tą ścieżką, którą sobie obrałeś. Czasem spotykałeś takiego samego jak Ty, ale to były jedyne krople radości pośród oceanu samotności i wyrzeczeń.

   Koleje życia pchały Cię po szkołach, gdzie jedynym wyznacznikiem osoby była średnia ocen. Nauczyciele niczym lekarze "wstrzykiwali jedynie słuszną interpretację" otaczającego Cię świata obecnego i "mądre myśli mądrych ludzi przeszłości", które dla Ciebie miały inny wydźwięk. Jednak próba samodzielnego rozwiązania spraw przeszłości i teraźniejszości była zawsze walką ze skostniałym systemem. Po raz kolejny ugnę się. Ale nie złamię! Nikt nie wmówił Ci, że zna myśli drugiej osoby. Nie wierzyłeś w upiory dziejów panoszące się na katedrach nawet najwybitniejszych i renomowanych szkół. Mam własne zdanie, którego NIKT Mi nie odbierze! Trafiłeś w końcu na grono podobnych Ci ludzi, Oni tak samo nie chcieli się pogodzić się z otaczającą rzeczywistością, systemem. Ludzi gotowych do walki, sprzeciwiających się wszelkim barierom ograniczajacym umysł. "Pedagodzy" bagatelizowali Waszą walkę, do momentu, w którym ostro Wystąpiliście przeciwko Nim. Czuliście się uosobieniem wolności. Każde Wasze przedsięwzięcie próbowano torpedować. Z różnym skutkiem. Próbowano Was zignorować, zaprzeczać Waszym działaniom, przedstawiano w negatywnym świetle, byliście demonizowani. Ale te lata choć w Was rozbudziły poczucie potęgi i siły w moc zjednoczonego umysłu, "ich" tylko utwierdzały, że "tego typu rzeczy" nie mogą się powtórzyć. Obracano przeciwko Wam uczniów, którzy odczuli represje postawionych przez Was pod ścianę "męczenników oświaty", że niby to Wasza wina. Tak trwaliście z gronem pedagogicznym w obłędnym tańcu ofiary i myśliwego. Ale to była walka, która nie mogła trwać wiecznie, koniec szkoły, rozluźnienie więzów. Każdy poszedł w swoją stronę. Ścieżki rozeszły się, grupa rozpadła a system był jeszcze trwalszym monolitem, gdyż uwidoczniliście, które spękania należy jak najszybciej scalić, aby ów twór nie ewoluował.

   Gdy tak patrzysz na swoją przeszłość, co widzisz? Ja nie widzę nic prócz rekinów, ciągle krążących wokół Ciebie, atakujących jedyne wolne miejsca na tym świecie. Ludzką świadomość, nieugiętą wolę, wolny wybór. Czas bohaterów minął, utopiono ich topieni w morzu beznadziejności. Bez możliwości wypłynięcia. Świat im na to nie pozwolił. Byłeś tylko ziarnem. Ale czy aby na pewno? Możesz przecież byłeś też być bohaterem swego własnego życia. Stałeś z podniesionym czołem i parłeś naprzód, rozbijając te fale, które się przed Tobą spiętrzyły. Nie przejmowałeś się ich wielkością, ich huk był głosem bezsilności wobec Ciebie. Nie były w stanie powstrzymać NIKOGO świadomego swej odmienności, a zwłaszcza Istot myślących. I choć nieraz Ci się wydawało, że te fale chłoną wszystko na swej drodze, to tak naprawdę pochłaniała tylko szarą masę, zaś przed Tobą musiała się rozstąpić. Walczyłeś z tą papką otaczającą Cię codziennie zewsząd, lecz przyglądałeś się jej, jak mutujowała, zmieniała się, czasem zanurzałeś się w niej, aby wydobyć perłę, która błysnęła wydobyta jakimś niesamowitym prądem z wnętrza tego przedziwnego bytu. Chroiłeś te klejnoty bardziej niż cokolwiek innego na świecie, gdyż to był jedyny balsam na Twą rozdzieraną duszę.

   Nie przejmowałeś się, że musisz dokonywać wyborów, nie bałeś się rozdarcia, gdyż tylko ludzie pozbawieni rozumu nie mieli wątpliwości. Czasem poddawałeś się małej fali, aby prowadziła Cię ona tam skąd miałeś większe szanse na odparcie tej sztormowej. Byłeś zawsze gotowy do walki, czasem także z samym sobą. Nie podążałeś łatwą drogą, szukałeś alternatyw. Wybierałeś mało uczęszczane ścieżki, ale pamiętałeś, że Twoja wolność kończy się tam, gdzie zaczynała innej osoby, więc czasami przyszło Ci zgiąć kark dla dobra ogółu i wychylić ten gorzki puchar goryczy oraz poniżenia. Ale wiedziałeś, że każda taka sytuacja uodparniała Cię. Przestałeś czuć ten smak i zaczynałeś czerpać z niego siłę. Im częściej padałeś, tym szybciej się podnosiłeś. Nieraz zdarzyła się chwila zwątpienia, spacer na krawędzi. Czerpałeś wtedy siłę z owych pereł i odchodziłeś od granicy lub rzucałeś się w przepaść, lecz wiedziałeś, że powrót może być ciężki, czasem niemożliwy, powiedziałbyś wręcz śmiertelnie.

   Ty! Tak doświadczony przez życie. gdzie teraz jesteś!? Uciekłeś przed życiem. Nie potrafiłeś istnieć w tym świecie wiecznej walki, siły się wyczerpały, perły straciły blask, pustka ogarnęła przestrzeń umysłu i zawładnęła nim całkowicie. Zacząłeś zbliżać się do krawędzi, pociągała Cię, szedłeś długo jej skrajem. Za długo. Przyglądałeś się temu co na dole zauroczony, zafascynowany. Nie zauważyłeś tego niepewnego gruntu pod stopami. Nagle osunąłeś się, nie zdążyłeś uchwycić stałego gruntu, wszystko wokół zawirowało i runęło razem z Tobą. Potłuczone marzenia zwróciły Twe oczy ku górze, ku tej krawędzi z której spadłeś. Już wiedziałeś, że nie masz możliwości powrotu, straciłeś wszystko co do tej pory utrzymywało w Tobie siłę zdolną przeciwstawić się beznadziei. Ciało wytrzymywało trudy walki i gotowe było dalej do walki, ale psychicznie byłeś wrakiem.

   Postanowiłeś zrobić jedyną rzecz jaka przychodziła Ci do głowy, a która miała dowieść niezłomności Twego ducha. Zacząłeś się wspinać na niebotyczny klif. Krok po kroku, konsekwentnie wspinałeś się ku wymarzonej linii widniejącej nad Tobą. Spojrzałeś w dół, potem w górę, przebyłeś drogę dłuższą niż ta, która była jeszcze przed Tobą. Byłeś coraz bliżej celu, jednak tym razem ciało odmówiło współpracy, członki do tej pory sprawne nie wytrzymały trudów powrotu do dawnego życia. Odczuwałeś zmęczenie, wiedziałeś że odpadniesz od zbocza. Nie miałeś sił już walczyć, postanowiłeś zakończyć tę walkę raz na zawsze, odbiłeś się resztkiem sił od zbocza. Przez moment czułeś tę wolność, wiedziałeś już, że to już jej ostatni powiew. Zrozumiałeś co czuł Ikar niesiony na skrzydłach i co, gdy nagle je stracił. Wyniesiony pod niebo, utrącony. Upadły, który nigdy nie ma już powstać, niedobyty miecz, złamany w pochwie. Chłonąłeś te ostatnie chwile świadomości, świadomy zbliżającej się twardej rzeczywistości. Uderzenie wydobyło tylko niesłyszalny grzmot trzaskanych marzeń, miażdżonych szarością mnogiego bytu, przed którym dotychczas skutecznie się broniłeś.

   Pochłonięty, połączony, od czasu do czasu czułeś, że byłeś kimś Innym, ale nie wiedziałeś, nie pamiętałeś tego, powracało "to" do Ciebie rytmicznie, raz mocniej raz słabiej. W końcu ułożyłeś te klocki i zapłakałeś nad sobą. Życie przestało mieć sens, zdecydowałeś się zakończyć ten koszmar już ostatecznie. Wyszedłeś tego popołudnia po raz ostatni przyjrzeć się światu, ludziom. I ujrzałeś chaos, cierpienie, dogadzanie najniższym instyktom, a ich tłem stało się miasto z majaczącą sylwetką wieży, zanurzonej we mgle niczym białym szalu, do której ciągnęło Cię niczym magnes. Ohyda biła zewsząd, z każdego zakamarka, od każdego człowieka. Odwróciłeś się i odszedłeś, ale gdziekolwiek spojrzałeś widziałeś ten drgający w oparach kształt. Przyciągał Cię, więc podszedłeś do jego podstaw i spojrzałeś w górę. Już wiedziałeś jak to zrobisz. Z każdym schodem odkrywałeś prawdę o sobie, ale czułeś, że największa tajemnica wciąż przed Tobą. Stanąłeś na krawędzi i rozejrzałeś się. Dzień dobiegał ku końcowi, na dole ludzie, krzątali się niczym mrówki. Słońce kryło się za horyzontem, niebo zaczerwieniło się, a Twoje myśli zbiegały się w jednym punkcie, idei tego ostatniego kroku. I zrobiłeś go. Wtedy uderzył Cię obraz klifu i tamtego upadku. Zrozumiałeś wszystko.

   Nie poczułeś uderzenia, a przynajmniej Twoja dusza go nie odczuła. Wzleciała tak samo szybko jak upadło ciało. Na pogrzebie było tylko kilku ludzi. Jeden z nich rzekł: "Przecież on miał wszystko, był tak szczęśliwy".

Jakże bardzo sie mylił!



thek         

PS: Sorry, że trochę ciężkie, ale to mój pierwszy tekst, a poza tym do lekko piszących nie należę :)
PS2: Zgodnie z zauważoną praktyką podam zespoły, których słuchałem:

  • Nightwish ( fiński gotyk to jest to, polecam ),
  • Linkin Park,
  • Evanescence,
  • O.N.A.,
  • i troche różnego rocka ( Guano Apes, Cypress Hill, Papa Roach, Without Temptation ).

  • PS3: Przepraszam za wygląd, HTML-a zacząłem się uczyć pisząc tego arta :P

    Pisałem 22/23.02.2004 noc zawsze sprzyja mym rozmyślaniom ;)

    thek1@o2.pl