Radio AM:
TRZY MINUTY STRACONEGO ŻYCIA


Nie wiem, jak najlepiej spożytkować trzy minuty czasu antenowego. Przekazać coś wartościowego, wpływającego na sposób postrzegania świata przez odbiorcę, rozwijającego i pożytecznego - to byłoby najlepszym rozwiązaniem. Wymaga jednak dogłębnej wiedzy na określony temat, wnikliwej analizy, roztrząsania sporów etycznych i całej masy czynności intelektualnych, które w obecnym stanie ducha mnie całkowicie przerastają. Postanowiłem więc, kolokwialnie rzecz ujmując, olać całą sprawę i spowodować, że trzy minuty, które przeznaczyłeś - tak, Ty, Słuchaczu! - na odbiór tej bezwartościowej audycji, będziesz mógł śmiało wypisać z życiorysu i ubolewać nad tym, że mogłeś we wspomnianym czasie robić masę różnych innych, pożytecznych i pasjonujących rzeczy. Z dłubaniem w zębach na czele.

Choć, muszę tu przyznać, że czas spędzony nad słuchaniem moich marnych wypocin może nie być do końca stracony - o ile tylko traktujesz radio jako medium towarzyszące, nie zaś jako cel życia, odbiornik, którego nie tylko się słucha, ale w który się wpatruje niczym w kominek. Aby jednak nie posunąć się za daleko w dygresjach i dywagacjach na tematy medialno - społeczne, wywód przerywam. Kto wie, czy po kilku jeszcze zdaniach nie zaczął nieść za sobą jakichś treści. Co gorsza - mógłby stać się marnym moralitetem, a na to pozwolić w żadnej mierze bym nie mógł. Wracam więc do przekazywania pustosłowia, delektowania się wręcz nim... Chcąc użyć bardziej zaawansowanych słów, mógłbym jeszcze dodać kilka, takich jak afirmacja - znów jednak niosłoby to za sobą ryzyko dodania do audycji wartości leksykalnych. Porzucę więc te marne zapędy humanistyczne i przejdę do meritum.

Czy słuchaliście kiedyś audycji o niczym? Tak zupełnie bezmyślnej, pozbawionej przewodniej refleksji, wyzbytej jakiegokolwiek przesłania? Sens istnienia czegoś, co z definicji sensu mieć nie może, jest wątpliwy. Ktoś mógłby całkiem słusznie zauważyć, że mój wywód jest li tylko bzdurą tworzoną przez grafomana. Sztuką dla sztuki, próbą działania na nerwy odbiorcom poprzez mówienie czegokolwiek, co tylko jest w stanie zapełnić czas antenowy. Czas, w którym można było przecież puścić jakąś rozrywającą muzykę. No dobrze, może "rozrywającą" nie jest tu najbardziej adekwatnym słowem - ewentualnie rozdzierającą uszy i poczucie estetyki. Tak, to zdecydowanie brzmi lepiej.

Wracając jednak do myśli przewodniej, czy absolutnego braku sensu, czas zająć się przemyśleniami - co mogę zrobić, by audycja ta trwała jak najdłużej, a słuchacz pozostał po niej równie mądry, jak przed? Nieosiągalnym absolutem byłaby oczywiście audycja, która by szanowne audytorium ogłupiła. Moje marne możliwości na to raczej nie pozwolą, ale przy przyjęciu definicji, że co się nie porusza do przodu, to się cofa, wszystko da się udowodnić. Kwestia umiejętnego dobrania aksjomatów.

Oto i jest - zbliżamy się do końca. Końca, który powinien być poprzedzony jedną minutą mruczenia pod nosem "lalala la lala lala la", et cetera, et consortes. Mógłbym to zrobić, obawiałbym się jednak o podejrzenia o jakiekolwiek próby wprowadzenia do mojego wywodu wartości muzycznych, nie wspominając już o fakcie, że byłoby to jawnie okazane lekceważenie dla słuchacza, który przecież nie po to przełączył swój odbiornik, żeby mu jakiś nie do końca sprawny umysłowo, pożal się Boże, dziennikarz, "lalał" do głośnika. Co to, to nie - każdy ma swoją godność. A przynajmniej powinien, tę kwestię jednak również porzucę w zalążku, żeby nie kusić licha, dygresją zwanego. Tym bardziej, że zbliżam się do końca i ukojenia - w postaci jakiegoś najnowszego przeboju, który zapewne zaraz po tym puszczą, żeby zatrzeć złe wrażenie.

I co - wysłuchałeś (aś) całej audycji - po co Ci to było? Mógłbym teraz zakończyć banalnie, cytując Gombrowicza. Daruję sobie.

N. M.
niesubordynacja@o2.pl