"Commercial Union."
by
... czyli Union o komercji :)
Ja wiem, to już w ActionMagu było i to nie raz jeden. Ja wiem, kotlety nie raz odgrzewane. Ja wiem, temat oklepany bardziej niż maska trabanta. Ale ma, drogi Czytelniku, temat ten coś w sobie. Popularny jest taki i poczytny. A ja lubię, jak temat jest popularny i poczytny. Bo wtedy wszystko, włączając autora, popularne jest, a poczytne. Ot, komercha. :)
Właśnie - komercja! Komercja to ostatnimi czasy, drogi Czytelniku, słowo tyleż popularne, co - zwłaszcza w niektórych kręgach - brzmiące co najmniej złowróżbnie. Stał się nasz skromny wyraz swoistym lingistycznym wytrychem: słyszysz, panie Czytelnik, "komercha" i wiesz, że zespół uwagi nie warty, że szarpidruty albo uliczny boysband, co gra pod publiczkę. Mówi Ci ktoś, że czasopismo komercyjne i już wiesz, że reklama na reklamie reklamą pogania, a recenzje taką mają wartość, co papier, na którym je wydrukowano. Słyszysz "komercyjne święto" i wiesz już, że trza Ci się od święta trzymać z daleka, a na znaczną odległość.
I poniekąd, co by nie powiedzieć, dobrze robisz.
Komercja bowiem, nie da się ukryć, do sił szczególnie budujących nie należy. W definicji komercji zawiera się wszak konieczność wykonywania zajęcia; zajęcia wykonywanego dla pieniędzy - a więc i z musu! Siłą rzeczy więc staje się autor - jeden czort muzyki, powieści czy sałatki tajskiej z Kluczborka - w oczach antykomercyjnej publiki mniej autentyczny: publika wyczuwa podstęp i staje okoniem. Wie dobrze, o co toczy się gra i nie daje się tak łatwo oskubać: rzeczy ładne, a puste w środku omija szerokim łukiem, koncentrując się na tych wartościowszych, choć mniej rozreklamowanych. Świadomego wyboru dokonuje, alleluja, alleluja, alleluja!
Ładna bajka, prawda? Szkoda, że bez happy-endu.
Jak się sprawy naprawdę przedstawiają, to wszyscy wiemy z codziennych obserwacji. Społeczeństwo nasze w wiekszości przypomina wszak modelinę: bez serc, bez ducha i łatwo kształtować się daje. Niczym potulne cielę pochłania serwowaną mu papkę; i jeszcze oblizuje się ze smakiem, i o dokładkę prosi. Nie tylko pozwala mediom kształtować swój, pożal się Boże, gust; ono owego kształtowania zdaje się, o zgrozo, w ogóle nie dostrzegać! Jest, pozostając w gospodarskich klimatach, jak ów przysłowiowy wół, który pierwszy raz malowane wrota obaczył: bezmyślne, bezkrytyczne, a więc pod wrażeniem. Obraz, kończąc sentencjonalnie, nędzy i rozpaczy.
Co "minister Pol"?! Ja przecież ani słowem...
Inaczej, choć równie ciekawie, ma się sprawa po drugiej stronie baryklady, wśród środowisk tradycyjnie antykomercyjnych. Mamy tu doczynienia ze swoistą, ogólnosubkulturową alergią; alergią na wszystko, co komercyjne lub co chociaż koło komercji na półce stało. Nie objawia się ta nasza alergia krostami czy nadmierną potliwością; powoduje za to zmiany w zachowaniu - i to zmiany znaczące! Alergik bowiem zaczyna panicznie reagowac na wszystko, co o komercyjność posądzone być może; a oskarżone może być wszystko i każdy. Owa antykomercyjnośc zaczyna bowiem niekiedy przypominac polowanie na czarownice, a każdy zespół, który z garażu wyszedł wydaje się alergikowi złapanym w Sidła. Sidła, jak słusznie się Czytelniku domyślasz, owego okropnego, a obleśnego show-biznessu.
I nie potrzebne MTV w roli dowodu. Wystarczy gazetka szkolna.
Skąd się bierze taka postawa? Ach, Czytelniku, miło, że pytasz! :) Pewnej odpowiedzi dać rzecz jasna nie sposób, ale i tu się znajdzie kilka przemyslnych domysłów. Pewne subkultury (punk, na ten przykład) mają wszak antykomercyjność wpisaną w swój umowny statut; ich członkowie zaś pragną być nieraz bardziej święci niż sam papież i owo przykazanie realizują z nadgorliwością godną, zaprawdę, lepszej sprawy. Realizują, bo - mając antykomercyjność za jedną ze swoich "złotych myśli" - programowo odrzucają wszystko to, co za komercyjne uchodzi. Nie bez znaczenia jest tu, rzecz jasna, fakt, że tego zdaje się wymagać od nich ich subkultura i jej ideologia; a i ogólna miałkość stylistyczna komeryjnych mediów nie jest tu bez znaczenia.
Słowem: są nasi alergicy przeciw, bo "be", bo "me" i bo "kukuryku".
Rzecz jasna, taka (jakże postawna) postawna prowadzi do zawężenia horyzontów, co bardzo myślowe: odrzucając ową quasikomercję i pozostając przy rzeczach czysto garażowych zanurza się człek w andergrandzie; andergrand ten ma jednak to do siebie, że - mimo całego szacunku do alternatywnej alternatywny - nie jest na tyle głęboki, by pełne spektrum kolorów zachować. Odrzucając coś nie z powodu treści, a z powodu nazbyt markowej marki siłą rzeczy zawężamy owe horyzonty jeszcze bardziej. I z pełnej gamy kolorów, z wszystkich kolorów tęczy ostaje się nam raptem, o zgrozu, jadynie fiolet. I to jedynie w zakresie od fioletu jasnego do tego z przedrostkiem "ultra".
Ja wiem, że ładny kolor. Ale to nie jest argument. ;)
Dlatego, drogi Czytelniku, zaprawdę, a zaprawdę powiadam Ci: nie pozwalaj się ograniczać niczemu i nikomu! Jeśli czujesz podskórnie, że to, co grane jest w MTV wielkiej jest wartości, jeśli chcesz na owo cudo wydać swe, tak ciężko wyłudzone, pieniądze, to, na bogów wszelkich, nie słuchaj swej subkultury, idź do sklepu, kup płytę i słuchaj w cholerę! Nie odrzucaj czegoś tylko dlatego, że zdobyło popularność; popularność nie jest miernikiem wartości dzieła - nie jest więc także miernikiem jej braku! Sięgaj tedy śmiało po rzeczy popularne i niepopularne: wolnymś człowiekiem, masz prawo mieć prawo. I korzystaj z niego świadomie, a z Bożym, kończąc tak proreligijnie, błogosławieństwem...
Po prostu myśl, co kupujesz.... Ten niekomercyjny, kto sam decyduje...