ANIOŁ STRÓŻ

Wstałem rano. Zaspałem. Zszedłem z lóżka i poczułem ból głowy. Nigdy jeszcze takiego nie miałem. Moje oczy były za mgłą. Nawet chyba jeszcze nie wiedziałem, ze to TEN dzien. Bo skąd mogłem wiedzieć...? To się we mnie kumulowało. Jakby się wlewało wodę do naczynia. Ale kiedyś kielich się przepełni.

***

Wszedłem do kuchni. Popatrzyłem na innych. Boże, ale oni są już zmęczeni życiem. Ojciec krząta się po kuchni; nawet nie zauważył mojego wejścia. Przechodząc, uderzył mnie barkiem. Opieprzył mnie. Matka biega po kuchni. Zero emocji. Cholera, dzień w dzień to samo. Ten sam rytuał. Dlaczego nie próbują czegoś zmienić...? Dlaczego mnie nie widzą...? Moje oczy są szare, za mgłą. Rezygnacja.

***

Autobus - droga do szkoły. Te same twarze, ten sam czas, to samo miejsce. "Dzień dobry" to rytuał. Krotka rozmowa o pogodzie...? Po co? Ktoś mnie pchnął, wywróciłem się. On nawet tego nie zauważył. Pobiegł dalej, bo czeka go wiele ważnych spraw. Ważniejszych od wyciągnięcia pomocnej dłoni.

***

"I co się k*** gapisz?! W ryj byś nie chciał?!" Nie, nie chciałbym. Ale i tak wiem, ze pewnie dostane. Próbuję uciec. To nic nie daje. Po pięciu, a może sześciu uderzeniach straciłem rachubę. Przytomność tez. Wyszedłem z toalety z podbitym okiem i zakrwawionym nosem. Jedna osoba się mną zainteresowała. Chciała, żebym jej pożyczył 2 zł.

***

W klasie. Siedzę pod oknem. Patrzę na zbierające się chmury. Ciężkie, pełne deszczu. Pewnie będzie padało po południu... Ale i tak do końca tej burzy nie przetrzymam. Bo we mnie właśnie pękła moja własna burzowa chmura. Cale strugi deszczu leja się po mnie. Wściekły i mokry. Ale agresja już przechodzi. Przeradza się w bezsilność. A bezsilność w spokój. Chmury nadal wiszą na niebie.

***

"I nie zapomnij wyrzucić śmieci!!!". Matka. W zasadzie kochałem jej zimne emocje, chłodną kalkulacje. Jej rytm dnia. Zawsze taki sam - wszelkie odstępstwa były eliminowane. Matka była mi nawet bliska. Ojca tez kochałem. Chyba. Bo skąd wiesz, ze kogoś kochasz...? Nie wiesz tego nigdy. "Nie wiesz nigdy, czy pierwsza miłość jest ostatnią, czy ostatnia pierwsza". Odchodząc, chce wiedzieć, ze kochałem.

***

Wziąłem prysznic. Pomodliłem się. Wziąłem worek ze śmieciami. Zostawiłem przed drzwiami. Poszedłem schodami na gore. Czułem, ze z każdym krokiem jakaś część mojego życia uchodzi ze mnie. W tak kroków odchodziłem ja. Drzwi. Zacisnąłem dłoń na klamce. Zimna. Głęboki wdech, przymknięte oczy. Pchnąłem drzwi. Owiał mnie wiatr. Wyszedłem na dziedziniec. Piękna panorama miasta. A nad nią chmury. Zaczęły pękać. Kilka kroków w przód. Stanąłem na skraju. Chmury pękły. Najpierw zaczęły mnie lekko obmywać, potem lunęły cale strugi. Orzeźwienie. Jedna łza spłynęła mi po policzku i spadla na dol. Zmieszała się z tłumem kropel. Wdech. Wydech. Ostatni. Zamknąłem oczy. I krok wprzód. Zacząłem lecieć. A przed oczami... Nie widziałem nic. To bajki. Wcale nie przelatuje przed oczami cale życie. Spadłem na dol.

***

Zauważyli mnie. Szkoda, ze dopiero teraz. Nie mogli tego zrobić wcześniej...? Zanim było za późno...? Mój anioł stróż podszedł do mnie. Trącił noga moje ciało. I poszedł dalej. Szukać następnego podopiecznego. Ze mną mu nie wyszło. Szkoda.

Khalis
khalis69@interia.pl

P.S.
To mój pierwszy tekst. Liczę na różne opinie:-)
P.S.S.
Podczas pisania tego tekstu słuchałem ciszy. I burzy. Ale czy to ma jakieś znaczenie...?