W dowód mojej miłości - nie do Ciebie,
Do życia, ofiaruję Ci ból i łzy.

W dowód mojej nienawiści - nie do Ciebie,
Do życia, ofiaruję sobie lęk i krzyk.

W dowód własnej bezsilności
Ofiaruję nam smutek i żal.

W dowód własnej siły
Ofiaruję śmierć naszemu uczuciu...

 


      

Stoję nad usypanym dziś własnymi rękami grobem. Patrzę na niego i widzę stertę czarnego, mokrego piachu, brzozowy krzyż i zapaloną świeczkę - znak pamięci, smutku, bólu i zadumy. Znak, że coś się skończyło niosąc za sobą tylko rozpacz, łzy i wiele nieprzespanych nocy. Brzozowy krzyż, zawiązany mocno sznurkiem, wbity pionowo w bezmiar czarnej ziemi, to znak, że pochowałam coś świętego, przed czym powinnam chylić czoło i dziękować Panu za dar, którego nie potrafiłam docenić. 

Zabiłam! Moja wina, moja bardzo wielka wina! 

Nie położę na tym grobie kwiatów. Nigdy. Kwiaty umrą na nim, kolejna śmierć z mojej winy. Po co umarłemu kwiaty? Nie poczuje ich zapachu, nie zobaczy jakie są piękne, delikatne, kruche. Poczuje jedynie ciężar, tym większy im więcej kwiatów położę na grób. Tak jakbym dokładała bukiet konających dusz. Może ta świeczka, jej płomień da umarłemu wiarę, ogrzeje go i ukoi ból. Może... 

Moje ręce sczerniały od ziemi, każdy ruch boli jakbym wbijała w nie tysiące małych gwoździ. Wbijałam je, codziennie po jednym w twe serce, codziennie zamykałam wieko trumny kolejnym. Dziś mamy pogrzeb. Ja odejdę - muszę, Ty zostaniesz chwilę pytając "Czemu?". Nie odpowiem, tak jak zwykle. Powiem tylko "Ty nie zawiniłeś". Byłeś trumną, którą każdego dnia wycierałam z kurzu, którą zabijałam gwoździami, by Twoja miłość nigdy nie wyszła. Bałam się zawartości trumny, bałam się, że jeśli ją otworzę zobaczę wijące się robaki rozkładające nasze uczucie. Nie zniosłabym widoku miliona małych owadów pożywiających się nami. Musiałam Cię zakopać , jak najdroższy skarb, pod ziemią zapomnienia. Uwierz mi, ta śmierć to życie dla Ciebie. Teraz jest źle, ale zrozumiesz mnie, kiedy do drzwi twego serca zapuka prawdziwa miłość. Nie złodziej, przebieraniec ani litościwy samarytanin, ale ktoś, kto sam znajdzie klucz do tych drzwi, kto nie prosząc o otwarcie zastanie je uchylone. 

Pozwól mi wracać na grób naszej wspólnej miłości, na pomnik moich błędów, myśli, słów. Pozwól wspominać każdy szept i odejdź zapominając. Wbijając ostatni gwóźdź myślę czy zasłużyłam na tak wielki dar od Ciebie. Czy zasłużyłam? 

Mój lęk, strach, on paraliżuje ruchy. Nie pozwala mi myśleć, mówić. Zawładnął mną. Jestem jego niewolnicą. Mam skrępowane ręce jego więzami, nie potrafię już sama patrzeć na świat. Widzę je przez palce mojej rozpaczy. Zamieniłam się w cień człowieka, którego rozdziera każdy szept -  jak najgłośniejszy wrzask, którego boli każdy ruch, jak po przejściu tysiąca mil, którego rani każda myśl, bo nie potrafię pokochać i cieszyć się szczęściem. 

Płaczę, to koi każdy ból. Ale nie mogłam z Tobą być. Nie. Za żadną cenę. Nawet, kiedy ustałby miażdżący umysł lęk,  doprowadzający do obłędu ból ciała. Nie potrafię kochać nieprawdziwie nawet za tak wielka cenę - za własne życie. 

 

Morphia

PS: Przed oczami mam scenę, kiedy stoję nad bladym, umierającym kwiatem (tekst Smutnego Wędrowca "Dlaczego kwiaty pachną?"), On trzyma mnie w ramionach, a po twarzy spływa  mi łza... spada na kwiat i pozostawia na jego płatku wypalona dziurę. Czy kiedyś ten kwiat zapachnie na nowo? Smutny Wędrowcu - dlaczego moje łzy palą?