Żeby nie było - nie mam żadnych kompleksów, to po prostu opinia o mnie krążąca wśród rodziny i niesamowicie szczerych "kolegów" z Dobrych Domów. Kurwa, kocham to!
"Marek znowu ma humory (humory to im dopiero pokażę...)? Słuchaj Halinka, znam jednego psychologa/psychiatrę... bla... bla... bla..."
   Kurwa, załama, nie liczy się co mówię, nie liczy się co mówią specjaliści którzy mieli okazję ze mną rozmawiać, to wszystko to pierdolona wymówka od nauki, taa. A pierdolone prochy, które mi przepisują to na humory niby, tak? Może na "trudny okres dojrzewania", co? Ach! To wszystko przez tą agresywną muzykę! No pewno, czemu nie? Zajebany ratm trzyma mnie przy życiu już trzeci rok, więc to wszystko przez muzykę. Ech, kurwa, widzę co ze mną źle, wiem, że jak się nie zmienię to będzie jeszcze gorzej, ale nic, dalej swobodnie opadam na dno. I to jest pojebane. Rodzinka widzi mnie jako mającego wszystko w dupie recydywistę, w czasie gdy ja tu, kurwa, walczę! Recydywistę bo już niejedokrotnie wpadałem, na kleju, amfie, pierdolonym-dożylnym-noname, winie, czy szlugach. Za każdym razem obiecywałem poprawę. I co? I gówno! Moja pierdolona, psychika, dusza czy co tam jeszcze chcecie za każdym razem pokazywała mi, gdzie jest miejsce dla mojej świadomości i tych innych pierdół. A jest w miejscu dość niepopularnym. Ale co tam, ja swoje wiem, jeśli zginę to z poczuciem wyższości. Bo nikt w rodzince nie wie, że jak uciekłem z chaty aż do Krakowa, to klęcząc w nocy na dworcu, ze łzami w oczach modliłem się do boga by cofnął czas, nikt nie wie, że jak pobiłem Kasię K. (była (niestety) dziewczyna - kurwa, naćpany byłem!!!) to zacząłem się okaleczać, nikt nie wie, że gdy nie szedłem do szkoły to siedziałem przed swoim biurkiem z nożem i rozważałem plusy i minusy mojego marnego życia (które, o dziwo, zawsze na plus wychodziło - narkotyki i q3). Ale chuj, w końcu wezmę się w garść, oto mam przed sobą kolejną dziewczynę, Kasię R. (pierdolona paranoja - wszystkie dziewczyny, które coś dla mnie znaczyły mają na imię Katarzyna, he). Teraz tego nie spieprzę, rzucam wszystkie nałogi, zrywam stare znajomości i zapierdalam z nauką. Tak, mam plan! Teraz na pewno osiągnę sukces! Kładę się spać. Rano budzę się, ziewam i znowu spływa na mnie uczucie beznadziei. O kurwa, przypomniałem sobie, że mam zagrożnie z fizy. Trzy jedynki i trzy zera. Dziś fizyka. Chuj z tym, otwieram nową ramkę Sobieskich czerwonych i zapalam szluga, rozmyślam. Miałem dwa świąteczno-pierdolone tygodnie żeby nauczyć się kilkunastu lekcji, dlaczego tego nie zrobiłem? Wszystko mi zwisa, wbrew mojej woli niestety. Jestem jakby, he, europą dwóch prędkości, kretynem dwóch świadomości. To nie jest lenistwo, to jest pewna choroba na literkę D. Tak przynajmniej powiedział psychiatra z Krakowa do którego po złapaniu zawiozły mnie tamtejsze suki. Kurwa, kolo gadał bardzo ciekawie, pierwszy lekarz, który mnie do siebie nie zraził. Ile do klasyfikacji? O ja pierdolę, półtora tygodnia! A jeszcze hista, biola, matma, chemia i gegra. Kurwa, znowu zaliczę wtopę. Gimnazjum przeszedłem niejako fartem: tak bardzo wkurwiałem nauczycieli, że jak najszybciej chcieli się mnie pozbyć, dzięki czemu skończyłem gimnazjum w normalnym wieku. Teraz będzie ciężej. Nawet jeśli miałbym być nieklasyfikowany z pojebanej fizyki to i co? A chuj, szlug się skończył wyciągam kolejnego. Tak, teraz już jasno widzę, że jednak spieprzę. Co dawało mi ten chwilowy optymizm? Wędruję myślami do Kasi (tej najnowszej). Ach, tak i ona akurat będzie sie rozglądała za ćpunem, taaak. Słyszę domofon. Oho, kumpel po mnie przyszedł. Zakładam plecak i schodzę na dół. Trzaskam drzwiami od klatki, żeby wkurwić sąsiada na parterze. Przypominam sobie moją ucieczkę z domu, moment w którym wylegitymowali mnie policjanci. Dostałem wpierdol, bo nie chciałem odpowiadać na pytania. Później założyli mi kajdanki i prowadzili do suki. Czułem wtedy siłę, siłę strachu. Ludzie rozstępowali się przede mną, gdy szedłem z zakrwawioną twarzą i kajdankami na rękach. Omijali mnie, i patrzyli z przestrachem w oczach. Rozśmieszyło mnie to, więc zaczałem się śmiać. Śmiałem się tak długo i tak głośno, że najpierw postanowili jechać ze mną do psychiatry, później dopiero na komendę. Ludzie są tacy żałośni. A wtedy wystarczyła by grzeczna prośba zamiast krzyku, byłem już tak załamany, że powiedział bym wszystko i bez tego, lecz stróże prawa wpadli w rutynę. Najperw krzyczeć, potem bić. Na końcu zadawać konkretne pytania.
   Ale nie o to mi chodzi, nie winię ich. Miałem w życiu rozdział pod nazwą "Ognisko wychowawcze w Budziwoju" (Donald, rzeszowski studencie prawa mówi ci to coś?). Mojej drugiej mamusi i drugiemu tatusiowi :-/, nie wystarczyło, że kompletnie zjebali mi psychikę, chcieli się tym jeszcze pochwalić. Tak więc chodziłem do tej "szkoły" calutki rok, aż nie wpadli na pomysł by przenieść mnie do szkoły do Oświęcimia. No kurwa, pogratulować: z najgorszej "Placówki Edukacyjnej" w kraju chcieli mnie przenieść do elitarnego gimnazjum Salezjanów (teraz dopiero będzie - dostałem się!!!). W każdym razie, zainterweniowała ciotka: wystąpiła do sądu o prawa rodzicielskie i takie tam (i dzięki bogu chodziłem do normalnego gimnazjum). Teraz tego pewnie żałuje :-(. Jak i rodzina. Myślą, że wszystko co robię wynika z przekory i młodzieńczego buntu, nieuzsadnionego wkurwienia na cały świat. Nie widzą, że ja najnormalniej w świecie jestem chory. Ten mój wewnętrzny glos nawołujący by dać sobie spokój. O ile było by łatwiej? Już bez sił. Kiedyś po prostu, podetnę sobie pierdolone żyły, a rodzinka powie, że to przez muzykę. Wtedy mogą już mówić co chcą, przynajmniej przestanę sprawiać paru osobom ból. Kurwa, był sylwester, wspaniała zabawa. Opuściłem ekipę w połowie imprezy. I płakałem. Ja, twardziel co leje się zawsze, nawet jak jasne jest że nie mam szans. Tak oni to widzą. Bardzo płytko, lecz zbyt inteligentni to nie są. W każdym razie nie na tyle by dostrzec w człowieku konflikt dwóch światów, ulicy i willi na wzgórzu. Czegoś mi brakuje. KASIU!!! Kurwa, gdybym wiedział co ona myśli, nie miałbym wątpliwości, albo bym się zabił, albo padł bym jej do stóp i dziękował za miłość, za nowe życie, za łaskę na którą nie zasłużyłem.
   W obecnej klasie (1 LO) jakoś nie potrafię się odnaleźć. Dziwi mnie to, ponieważ w gimnazjum nie miałem z tym problemów. W czym teraz tkwi problem? Poprzednią ekipę poznałem zanim zaczałem ćpać, teraz jadę na "reputacji", czyli prosto mówiąc jest źle. Nie potrafię już beztrosko żartować czy po prostu kogoś do siebie dopuścić. I gdzieś podziała się moja "towarzyskość" i tolerancja dla innych. Kolo z klasy żeby być śmiesznym i lubianym udaje głupiego, a mnie nerwa bierze, bo może innych to śmieszy, ale mnie tylko wkurwia. Kiedyś nie wytrzymam i połamię te cioty. Założę się, że przynajmniej połowa z nich gardzi mną jako narkomanem, ale przyznaje się do tego tylko jeden. I chwała mu za to, bo ta obłuda już mnie męczy. Ale chuj z tym, w sumie to ich lubię. Zawsze szkoła jest odskocznią od życia, nawet nie muszę brać bo teksty w stylu "ale mi rudy panienkę załatwił" (sorry, ale nie zrozumiecie) czy "pozdrowienia" (tego to już na pewno nie zrozumiecie :) ) sprawiają, że zwijam się ze śmiechu, zapominając o rzeczywistości. Tę część arta piszę jakiś tydzień po rozpoczęciu - pała z fizyki jest faktem, najprawdopodobniej dojdą jeszcze z matmy, gegry i wiedzy o kulturze. Przejebane. W najgorszym wypadku będę miał cztery pały w najlepszym dwie (chyba, że zdarzy się cud). Stara mnie pewno wyjebie z chaty, he, pożyjemy zobaczymy. No ale wracjąc do klasy - poprzedniej i obecnej. Różnice są kolosalne - mój team z gimnazjum był najbardziej zgraną klasą, teraz mam w klasie cztery obozy. Inteligencja. W gimnazjum cała klasa, absolutnie wszyscy (nawet najwięksi żule - pozdrawiam!) mieli iloraz powyżej przeciętnego, teraz jest tak żałośnie, że szkoda gadać. Na 32 osobową klasę próbną maturę z polaka dobrze napisały tylko cztery osoby (w tym ja). Liceum o profilu humanistycznym, taa. Ale o co się czepiam, ja który skończyłem gimnazjum ze średnią 2.9? Powoli zaczynałem normalnieć gdy do ogólnego dołu dorzuciła się nieszczęśliwa miłość, pod tym ciężarem padłem na kolana. He, jestem żałosny.
   Hm, mam wszystko co potrzebne do szczęścia: narkotyki, alkohol i panienki (nie traktujcie tego zdania poważnie). Czemu więc jestem nieszczęśliwy? Czego mi brakuje? Czemu ciągle czuję... co czuję? Nie potrafię tego opisać, mieszanka rozgoryczenia, bólu i zrezygnowania? Odpowiedź naturalnie znam, ale co mi ona da? Po co mi ona, gdy ani o krok nie przybliży mnie do szczęścia, które mieszka około 700 metrów ode mnie?
   Mam zamiar zostać adwoktem. Długa to dla mnie droga, lecz spróbuję. I nie myślcie przypadkiem, że mam zamiar jebać jakieś przekręty, nic z tych rzeczy. Jedyne czego pragnę to wieźć dostatnie życie z K.R. (co jest niemożliwe - ja jestem ćpunem, a ona wspaniałą dziewczyną, nie mam u niej nawet promila szans). Tylko tyle, he, aż tyle. Czuję, że moja dalsza przyszłość rozstrzygnie się w ciągu najbliższych dwóch lat. Wszystko zależy właśnie od Kasi, która - choć zupełnie tego nieświadoma - ma nade mną władzę absolutną.
Dezerter - Underground Out Of Poland
producent