Czajnik

Czajnik

Każdy się czegoś boi. Jeden pająków, bo są obrzydliwe, jeden wysokości, bo myśli, że spadnie, jeden śmierci, bo nie wie jak będzie TAM i czy to TAM w ogóle istnieje, a jeszcze inny na przykład dresiarzy i co za tym idzie, krótkotrwałego bólu fizycznego i nieco dłuższego, bardziej psychicznego, czyli straty (np. komórki). Ktoś może bać się samotności - tego co nastąpi jak już swój telefon straci. Jak się będzie kontaktował ze znajomymi, których i tak ma niewielu i co ważniejsze, jak będzie się spotykał z "wężem", swoim najwierniejszym przyjacielem?

Mój lęk jest dużo bardziej prozaiczny. Owszem, odczuwam też obecność wymienionych zagrożeń i pewnie zmartwiłbym się bardzo gdyby któreś z powyższych nagle na mnie spadło. Tyle, że jakoś przed ewentualnym faktem wcale o tym nie myślę. Jakoś się nie przejmuję, ani nie zaprzątam sobie głowy takimi problemami jak pająk łażący mi po łóżku, lub dres łażący po osiedlu. Nieźle sobie z tym radzę.

Jednego jednak nie mogę wytrzymać. Każdorazowo masę nerwów kosztuje mnie przejście obok gwiżdżącego czajnika. Wiem, że "dzisiejsze" czajniki są raczej elektryczne, i te tradycyjne, do postawienia na kuchence, dawno odeszły do lamusa, a znaleźć je można chyba tylko w sklepie bezcłowym, ale jakimś dziwnym trafem w moim domu preferuje się raczej wersję podstawową. Masochizm? Może, ale wiem jedno - jeśli przedwcześnie osiwieję, to właśnie przez czajnik.

Ilekroć zbliżam się do czajnika, który donośnym piskiem oznajmia domownikom, że herbata lub kawa już w pobliżu, serce podchodzi mi do gardła. Lęk jest na tyle silny, że niejednokrotnie do kuchenki doczołguję się w pozycji dość niekonwencjonalnej. Żeby się nie nadziać na linię strzału i ewentualny lecący w moją stronę gwizdek. Na domiar złego "lufa" czajnika praktycznie zawsze odwrócona jest w moją stronę. Przypadek?

Pomyśleć można, że mój lęk jest irracjonalny i po prostu, głupi. Sam tak czasem uważam. Z drugiej jednak strony, czym różni się on od lęku przed gryzoniem? Czy jest mniej sensowny. Przecież myszka nic nie ma prawa ci zrobić. Co najwyżej zeżre jakieś pozostawione jedzenie, lub przestraszy czasem domowników gwałtownym przebiegnięciem im drogi. A czajnik może uderzyć i nabić guza. Czym różni się chowanie głowy przed czajnikiem od inteligenckich i modnych w pewnych kręgach lęków egzystencjonalnych? Czajnik jest tu i teraz, a zaprzątanie sobie głowy filozofią to sprawa odległa i hipotetyczna. A czajnik może walnąć w łeb!

Myśleć można, że mój lęk spowodowany jest urazem wyniesionym gdzieś z dzieciństwa. Albo może to jakiś mój ukryty kompleks daje znać o sobie? Bełkot. To rzecz najbardziej przyziemna na świecie, żadnych ukrytych podtekstów, do wykrycia dla ambitnych psychologów. Nic. Po prostu boję się bólu. Instynkt samozachowawczy. Odruch. On mnie walnie, a mnie zaboli. Jak dziecko, lub wręcz jak zwierzę. Trochę wstyd, ale nic co ludzkie nie jest nam obce, prawda?

Żeby nie było - nigdy w życiu nie miałem jeszcze bliskiego spotkania z czajnikiem. No może raz się trochę oparzyłem, ale to przecież nie to. Wniosek? Boimy się nie poznanego. Nie tego, co nam się kiedyś przytrafiło i nie chcemy powtórki. Chociaż tego też, ale w mniejszym stopniu. Po prostu o tym częściej myślimy, a od myślenia się zaczyna i to jest decydujące. Pomyślcie jednak o czymś strasznym, czego jeszcze nie doświadczyliście, ale nie abstrakcyjnie, tylko tak jakby się właśnie nieuchronnie zbliżało. I co?

Było chyba o myśleniu. Tak, to psychika w głównym stopniu zarządza naszymi lękami i obawami. Zwykle nie boimy się tego co jest, ale tego, co o tym myślimy. Tego, jak sobie dane zdarzenie, osobę lub rzecz wyobrażamy. I to jest klucz. Wystarczy wyobrazić sobie, że nie ma się czego bać i już? Guzik! Dopiero zacznie się schiza. Bo to nie my sterujemy wyobraźnią, a ona nami i taka jest prawda. Ale to w sumie dobrze, jak dla mnie.

Istnieje teoria, że ludzie lubią się bać. Dowodem na to mój czajnik - chociaż mam w szafie także wersję elektryczną, cały czas jednak korzystam z pierwotnego, niebezpiecznego, gazowego sprzętu. Czemu? Może lubię ten dreszcz emocji? Może adrenalina mnie napędza? Może to mnie inspiruje (czego dowodem ten tekst)? Nie wiem i nie odpowiem. Bo odpowiedź na to pytanie równa się uzyskaniu odpowiedzi na wiele innych, może ważniejszych, może nie, jak na przykład: czy lubimy w sobie swoje słabości i czy fascynują nas one pomimo tego, że pozornie ich nienawidzimy i skrzętnie chowamy przed światem? A może dlatego lubimy je w sobie, bo na co dzień schowane na potrzeby życia, są dla nas właściwie nie poznane? Może wszystko przez ducha odkrywcy zamieszkującego każdego z nas? Nie, to za dużo jak na jeden tekst.

A zresztą skąd niby mam wiedzieć?



Taywan (tajwan2@wp.pl)



Celem tekstu było to aby go ktoś przeczytał. A jakby pomyślał po uczynieniu tej zacnej czynności to już zupełnie byłbym w niebie. A gdyby jeszcze napisał do mnie i podzielił się swoimi ewentualnymi refleksjami...

A tak w ogóle, to chciałem coś przekazać. Jeśli wyszło to fajnie.