:: Felietony

   Piłka nożna
   Skoki
   Kosz
   Reszta ;)

 

:: Ambitne

   Ciekawostki
   Gry
   Sylwetki

 

:: Na luzie

   Ekstra!
   Wywiady
   Humor
   Linki
   Download

 

:: Kąciki

   Bike Zone
   Fight Corner

 

:: Inne

   Poczta
   Ankieta
   Redakcja
   Wstępniak
   Powrót do AM

 

 

-=-= WYWIAD =-=-

O słabej formie Adama Małysza w obecnym sezonie

- Skąd to się bierze? Wydawało się, że będzie tak dobrze, a tu znowu pojawiły się znaki zapytania.
-
Skąd? Nie mam pojęcia. Kiedy zawodnik nie jest w formie, to skoki się różnią. Sam nie wiem, jak to wytłumaczyć.
- Czyli nie oszukujmy się, nie jest pan w formie?
-
Od dawna przecież nie jestem w formie (śmiech). Cały czas jej gdzieś szukam, a z drugiej strony chciałbym zakończyć ten sezon jak najlepiej. Wiem, że nie jestem w stanie zdziałać nic wielkiego. Chcę go po prostu zakończyć optymistycznie, tak, by być dobrze nastawionym do nowego.
- Szczerze - jakie stawialiście sobie cele przed tym sezonem? Nie miał to być po prostu okres odpoczynku przed olimpiadą...
-
To nie był żaden odpoczynek. Przygotowywałem się do tego, by normalnie startować, walczyć o zwycięstwa, skakać jak najlepiej i na pewno po cichu marzyłem o tym, aby po raz czwarty wygrać Puchar Świata. Zwłaszcza, że wszyscy to tak nakręcali. Te oczekiwania na pewno nie ułatwiły mi sprawy. To jest duże obciążenie. Jednak byłem przygotowany na to, że może w tym roku nie wyjdzie. Poprzednie trzy lata były bardzo męczące - wcześniej czy później musiała przyjść obniżka formy. Zdawałem sobie z tego sprawę. Cieszę się, że nie jest to taki kryzys, jak na przykład u Martina Schmitta, który niemal na stałe wypadł poza najlepszą dwudziestkę.
- Był pan absolutnie najlepszy, więc nie ma się co dziwić, że siódme miejsce w Pucharze Świata nikogo teraz nie zadowala.
-
Dokładnie. Jak by nie było, jest to nadal dobry wynik, ale nie da się go porównać z osiągnięciami z ostatnich trzech lat. To jest podstawowa kwestia.
- Nie da się uniknąć pytania o psychologa i fizjologa. Czy gdyby się dało cofnąć czas, chciałby pan mieć Jana Blecharza i Jerzego Żołądzia dalej przy sobie?
-
Na pewno ich brakuje. Od początku mówiłem, że tak będzie, ale to nie ode mnie zależy. Jestem tylko zawodnikiem. Decyzję o dalszej współpracy mogli podjąć tylko oni, no i oczywiście władze naszego związku. Nawiązanie współpracy z fizjologiem, profesorem Aleksandrem Tyką to był dobry krok, ale niewystarczający. Zwłaszcza, że widzieliśmy go raptem dwa razy w tym sezonie.
- Ale niech pan powie szczerze, czy to prawda, że sam pan chciał zakończyć współpracę z Blecharzem i Żołądziem? Podobno narzekał pan na ich nadopiekuńczość.
-
Nie. Nigdy tak nie mówiłem. Oni mi nigdy nie przeszkadzali. Oczywiście, codziennie kontakty zawsze mogą spowodować zmęczenie sobą, ale dlatego próbowaliśmy urozmaicać te seanse. Chciałem, byśmy dalej współpracowali.
- I chciałby pan mieć psychologa na stałe?
-
Tak, ale tylko takiego formatu jak Jan Blecharz. I tyle.
- Sezon się kończy, ale wiosna i lato będą dla polskich skoków ważne. Są różne głosy i przymiarki. Proszę powiedzieć, po trudnych doświadczeniach z tego sezonu, z kim chciałby pan w przyszłości trenować. Z Apoloniuszem Tajnerem, Janem Szturcem, Heinzem Kuttinem, a może kimś innym?
-
Trudne pytanie. Nie chciałbym się jeszcze wypowiadać na ten temat. Sezon się nie skończył. Ale cieszy mnie to, że w tym roku pojawili się nowi trenerzy, którzy wnieśli świeże spojrzenie. Nie ma się co oszukiwać, z Apoloniuszem Tajnerem i Piotrem Fijasem współpracuję już od bardzo dawna. Z Tajnerem od 1999 roku, a z Fijasem od kiedy pamiętam. To jest bardzo długi okres i w pewnym momencie trener, który jest stale z zawodnikiem, przestaje zauważać niektóre błędy. Dlatego dobrze, że zostali włączeni Szturc i Kuttin.
- Austriak zastąpił praktycznie Fijasa przy podnoszeniach i wszelkich ćwiczeniach. Czy to nie jest już jakiś sygnał?
- Kuttin był z nami już w Willingen i przekazywał nam różne uwagi. Starał się pomóc z każdej strony. Po to został przecież wciągnięty do kadry. Nic w tym dziwnego. Na pewno wiele się można od niego nauczyć.
- Co wprowadził do reprezentacji Kuttin?
-
Przede wszystkim inny rodzaj motywacji. Jest to trener, który trenował kadry B, na przykład Austriaków. Zupełnie inną metodą. Ma swoje pojęcie o skakaniu. Na czym to polega? Zawodnik potrzebuje wiedzieć nie tylko jaki błąd popełnił, ale jak ma zrobić od początku do końca, by było dobrze, by się poprawić. On potrafi to wytłumaczyć.
- Jest też młodszy, z innego pokolenia...
-
To prawda, jest młody i stara się niesamowicie. To widać po Mateuszu Rutkowskim, czy Wojtku Skupniu. Na przykład jak Mateusz się wkurzy. Choć Kuttin nie umie się za bardzo z nim dogadać, bo nie mówi po polsku, to jednak potrafi go uspokoić.
- Jak w obecnie obowiązującym układzie Tajner - Kuttin widzi pan jeszcze Szturca?
-
Myślę, że dobrze by było, gdyby Szturc pracował jako jeden z trenerów w reprezentacji. Ale nie jestem sam w tej kadrze. Są jeszcze inni zawodnicy. Poza tym to dla mnie trochę niezręczna sytuacja, bo to mój wujek.
- A może właśnie dlatego tak dobrze się panu z nim współpracuje?
-
Po trochu na pewno tak. Przede wszystkim, zanim on coś powie, długo się zastanawia. Nie mówi za dużo. Jego obecność bardzo mnie uspokaja. Nie krzyczy bez powodu, nie ma zbędnych nerwów i stresu. Chociaż takie podejście nie musi być do końca dobre. Czasami trzeba opierdzielić, a czasem uspokoić.
- Poszukajmy przyczyn spadku pana formy. Kuttin mówi, że brakuje mocy, Tyka zaprzecza zaznaczając, że ma pan jej tyle samo, co niegdyś. Jak to jest?
-
Na pewno nie mam mocy takiej, jak miałem. Wiem to sam, bo prowadzę dziennik i zapisuję tam wszystkie wertykalne skoki, czy takie moje próby. Ale jest jeszcze jeden aspekt. Moc trzeba umieć wykorzystać. Jeśli się nie ma techniki, to nie da rady. Nawet jak się nie ma wielkiej siły, a jest dobra technika, to można więcej wykrzesać.
- Skąd się bierze ten spadek mocy? Przecież zawsze był pan znany z najsilniejszych nóg wśród skoczków.
-
Skąd się bierze? Mówiłem już, że z profesorem Tyką widzieliśmy się dwa razy...
<- Czyli wracamy do punktu wyjścia?
-
Nie da się ukryć, że z Żołądziem kontakty były częstsze. Trenerzy Tajner i Fijas konsultowali się, ustalali plan przygotowań. Nie mówię też, że było to dobre dla wszystkich, bo tak naprawdę skorzystałem tylko ja. Inni chłopcy się nie poprawiali. I najbardziej się denerwowałem, gdy wszyscy się pytali: Adam, jak to jest, że ty skaczesz, a inni nie. Mnie jest ciężko odpowiedzieć. Trzeba pytać trenerów, z nimi rozmawiać.
- A czy to nie jest tak, że po tych trzech latach wielkich sukcesów płyta się zdarła, stracił pan motywację?
-
Tak. Bardzo chciałem wygrywać, ale podświadomie nie miałem motywacji. Przyszło pewnego rodzaju zmęczenie. To siedziało gdzieś głęboko we mnie. Sam nie byłem przekonany do tego sezonu. Potrzebowałem tu naprawdę supermotywacji, by coś osiągnąć. Dużo większej niż w poprzednich latach.
- Zawsze mówił pan, że skoki sprawiają wielką radość. Czy w tym sezonie nie jest inaczej?
-
Radość... Tu jest właśnie ten problem. Trudno powiedzieć, czy mi to jeszcze sprawia radość. Na pewno jest zmęczenie i niedosyt. No i brakuje tej motywacji. Nie czuję tego, że potrafię, mogę i będę skakał najdalej.
- Skoro nie ma pan motywacji, oznacza to, że nikt nie potrafi jej przekazać. To jest bolesne, ale chyba prawdziwe...
-
Ja nie chciałem kończyć współpracy z pewnymi ludźmi, na przykład Blecharzem. Ale nie jestem sam w kadrze.
- Co trzeba zrobić, by Adam Małysz odzyskał radość.
-
Muszę się cieszyć nie tylko ze startów i wygrywania, ale też ze zwykłych treningów, a tego nie ma. Chciałbym iść na trening optymistycznie nastawiony, że wykonam ciężką robotę, a to zaprocentuje wynikami podczas zawodów.
- Czy jest chociaż cień szansy, że jeszcze w tym roku stanie pan na podium Pucharu Świata?
-
Cały czas w to wierzę. Zwłaszcza, jak oddaję takie skoki jak w piątek. One dają mi takiego kopa, motywację do walki...
- A słabsze skoki pana dołują? Może to jest problem?
-
To jest tak, że jednego dnia idzie dobrze, a drugiego popełni się mały błąd, przestawi rękę o centymetr i skoki są słabsze. I człowiek zaczyna myśleć: jak to robić, by było dobrze, jak jechać, jak się odbić. Jak, jak, jak... To powoduje rozregulowanie. Taki właśnie teraz jestem. Rozregulowany.
- I dlatego czołówka odskakuje Małyszowi, tak jak pan jej kiedyś?
-
Tak. Dokładnie. Zawsze przeglądam skoki na wideo i widzę, że mało mi do nich tak naprawdę brakuje. To są detale. Zwłaszcza, że wcale nie skaczą tak rewelacyjnie. Skaczą dobrze, ale sam się zastanawiam jak to jest, że aż tyle mi dokładają.
- Choć wierzy pan, że uda się wrócić na szczyt, wielu mówi już otwarcie, że narodził się pana następca. Proszę powiedzieć kilka słów o Mateuszu Rutkowskim.
-
A co chcecie wiedzieć? (śmiech)
- To co pan myśli.
-
Jak na początek, to jest bardzo dobry. Brakuje mu jeszcze obskakania, ale zapowiada się rewelacyjnie. Skacze bardzo dobrze, odbicie ma mocne. I wrócę do Kuttina. Mateusz i wszyscy chłopcy podkreślają, że on ich niesamowicie umotywował. I dobrze, że w tym momencie Rutkowski nie wygrywa wszystkiego, że w mistrzostwach jest pod koniec trzeciej dziesiątki. Powoli, stabilnie. Stać go na wiele.

Rozmawiali w Kranjskiej Gorze
JERZY NAKONIECZNY ("Sport")
i SEBASTIAN PARFJANOWICZ