.

<<< Słowem wstępu : Wasze wiersze : Wiersze wieszczów : Śpiewnik : Inne : Linki : Na do widzenia : AM >>>

.


<<< wariat: "Karmazynowe strofy." >>>
 


W pokoju oświetlonym szklanicą z herbatą
spisuję palcem opowieść o bandzie piratów.

Pierwszy z nich był Ślepy Joe,
co oczu nie miał wielu,
bo jedno ostało się
i gdy w ichnym burdelu
wszczął bitkę, burdę, może dwie,
zakrzyknął strasznie z bólu "ooou" -
to drab sztachetą zdzielił.

Był herszt bandy, blondas Kuba,
z masztu zwisał głową w dół.
Niejeden wrogiem zniszczył stół -
buntownik z niego hardy był,
lecz płacze Kuby luba.
Piach zwłoki jego zimne skrył;
umarł chłop choć zył co sił.
Czerwony sweter, oczu brąz,
w pamięci widok ten ma wciaż
urocza dama Kuby.
Bo zranień nie zaciera czas,
nieboszczyk żyje we wszech nas
mimo spotkania zguby.

Na rufie siedział Kulas Jim,
co dawał sobie nieźle w gaz -
kwas-siarę pił łykiem na "raz".
Kat, diabeł, żmija, bies i czort,
ogólnie nie najlepiej z nim,
dla niego fraszka - zimny mord.
Wbił kozik w plecy matki swej;
bandyta, że ho-ho i hej.

Kolejny jest trubadur m.
co piosnki sprośne klecił,
lecz kontent mimo famy nie był,
choć drogę fest dla lubej przebył
ta rzekła mu okrutnie wtem:
"nie będziesz miał z mną dzieci".
Toż poszedł się haniebnie spić
i zniszczył sobie piękny głos,
choć panna woła "nie, o nie"
rozczochrał ciemne kudły swe.
Nie chciał chwili dłużej żyć,
snobował się na Przerwy los
i polazł w szynk do śmierci chlać,
mrucząc z żalem "osz, k. mać".

Na pokładzie jeszcze wielu
jak noc brzydkich, dzikich, brudnych,
w wychowaniu niegdyś trudnych,
jak z kina szwarc-charakterów.
Mają swoją brygantynę,
mordy drą w okrzyku strasznem,
kręcą scimitarem młynek,
patrzą jak mordercy skrycie -
jak zobaczysz, to nie zaśniesz.
Płyną przez mórz gniewne wody
pod banderą "wieczność-życie",
śmierci się nie boją młodej,
palą, niszczą, gwałcą, grabią,
dziewuszki za cycki łapią
i okiełznać ich nie sposób.
Tak jak zawsze powtarzali,
są panami swego losu,
taki pogląd jest kanalii.

Lecz śmierć przyszła do jednego,
tego, co był zbójów bossem,
co miał szmaragd-swetr i portki
i rzekła kamiennym głosem:
"ty ze mną wnet pójdź, kolego";
biegły orzekł - rigor mortis.
Nasz druh dziś w wypadku zginął,
nastała czarna godzina;
nikt przypuszczać nie mógł wtedy
komu jego zgon tragiczny
zepsuł życie idylliczne,
rzucił cień na "po wsze czasy",
wyrządził krzywdy i biedy,
wytrącił z cnej życia trasy.
Kogoś skradł w toń śmierci Kuba,
odeszła wraz z Kubą luba;
duszę zacną utraciła,
wyła, łkała, o nim śniła,
ducha diabłu wnet sprzedała
by kochanka móc tknąć jeszcze.
Choć to wszystko jest na faktach,
smutna ta historia cała.
O niej winni mówić wieszcze.
O niej winny pisać akta.

Dziś już cicho okręt płynie,
odpadł z masztu jolly roger,
nie słychać już plusku w wodzie,
nie ma życia w brygantynie.
Ci co mieli odejść - poszli,
raczej nigdy już nie wrócą,
bo gdy się już nigdy, nigdy
Kuba z lubą nie pokłócą,
nie wyłonią się z zarośli,
nie wyrządzą sobie krzywdy -
to oznacza tylko jedno:
że się nigdy nie pogodzą
i to jest tej sprawy sedno.
Morał prosty jest miłości -
ludzie szybko tak odchodzą;
bez smutku nie ma radości.
Warto więc żyć niczym korsarz,
to rola wcale niezgorsza.
Kuba z lubą byli wesół,
zaznali radości chwili.
Joe i Jim też smutni nie są.
Tylko pan m., moi mili,
nigdy z losu nie był rad.
Choć opłynął siedem mórz,
choć był zwiedził wielki świat,
nie zaznał bliskości głosu,
nie wie, co to znaczy "chcenie",
lecz wymówkę tworzy już
aby dalej jakoś żyć,
istnieć, śmiać się, jeść i pić.
Nazwał swój los "poświęceniem"
i pływając wśród złud, marzeń,
sam sobie sterem, żeglarzem.

[Poświęcam ten utwór pannie M. i pamięci Jego]


.

 <<< poprzednia strona  

następna strona >>>   

.

<<< Periodyk Poetycki, numer 6, kwiecień 2004 : periodyk-poetycki@pf.pl : on-line >>>