Dywanik
Nie bał się, bo niby czego. Nieraz już coś przeskrobał. Zawsze kończyło się tak samo: opieprz w odpowiednim natężeniu, względnie telefon do domu, czy coś w tym stylu. Zawsze odpowiednio do sytuacji potrafił się wybronić. Mówił ojcu, że tak właśnie myśli, a kłamać nie potrafi. On tylko się uśmiechał i mówił, że wszystko w porządku, jest dumny i temu podobne kawałki.
Nie ponosił dosłownie żadnej odpowiedzialności za swoje gadanie. Nie chodziło oczywiście o sam fakt gadania, a konkretnie o to, co mówił. A mówił wiele. Rzeczywiście zawsze to, co w danej chwili myślał. Mówił nawet w miarę kulturalnie i grzecznie. Nie o chamstwo chodziło. Chodziło o poglądy. A te w dziewięciu przypadkach na dziesięć miał inne niż nauczyciel wykładający akurat lekcję. I wyraźnie to manifestował.
Inni uczniowie z reguły jednakowo reagowali na jego "wymiany zdań" ze znienawidzonym belfrem. Cieszyli się, że ktoś potrafił i nie bał się nauczyciela przegadać, cieszyli się widząc go zmieszanego i wybuchali radosną salwą śmiechu po każdej celnej ripoście Marcina, niejednokrotnie zresztą (choć nikt nigdy się oczywiście do tego nie przyznał) burzącej światopogląd dyskutującego z nim profesora. Czyli inni potęgowali i podgrzewali atmosferę. Tyle, że było ich zbyt wielu, aby ich też pociągnąć do odpowiedzialności. Od tego był tylko jeden. Ten, który zaczynał.
Tym razem było goręcej niż zwykle. Tym razem Marcin wykładał swoje zdanie starej pannie, katechetce, która miała zresztą, jak większość ludzi obecnie związanych zawodowo z Kościołem, poglądy trochę faszystowskie. Mówił swoje spokojnie, bez napięcia i nawet sensownie, ale to tylko jeszcze bardziej rozjuszyło i tak wściekłą już katechetkę. Skończyło się tak, jak się skończyło.
Zbierał myśli, bo wiedział, że do konfrontacji dojdzie już zaraz. Oczami duszy widział już co będzie działo się za drzwiami, do których już powoli dochodzi. Razem zresztą z wychowawcą, który zdecydowanie trzyma go za fraki i ani myśli puścić. W sumie się nie bał. Chyba nie było czego.
Miał już opanowaną strategię. Będzie potulny, grzeczny i w ogóle do rany przyłóż. Na dywaniku u pani dyrektor jeszcze właściwie nie był. Zdarzało się, że ona przychodziła do niego, ale odwrotnie chyba nigdy. Zawsze wyglądała mu na spokojną kobietę, trochę przybitą. Wiedział, że z łatwością zgasiłby ją i doprowadził choćby do płaczu, ale nie chciał tego robić, bo i po co? Skruszony przyzna się do winy, obieca, że już więcej nie będzie i może nawet popłacze się ze wstydu. Tak będzie najlepiej dla wszystkich.
Kiedy przeszedł przez drzwi z napisem "sekretariat", a zaraz potem przez następne, prowadzące już bezpośrednio tam, gdzie zmierzał, zdziwił się nielekko. Zamiast potulnej pani dyrektor jaką znał do tej pory, za biurkiem siedział prawie że wściekły nosorożec. Pocieszny był to widok, więc Marcin nie zdołał się powstrzymać od, natychmiast zresztą stłumionego, rechotu.
- I z czego się gówniarzu śmiejesz? - nadział się na komentarz. Milczał, nie wiedział co powiedzieć, a złośliwy i nieprzyjemny przecież nie chciał być.
- Tak ci do śmiechu panie Pawłowski? - zawtórowała, wiedząc, że nie doczeka się odpowiedzi. - Wiedz, że tym razem zostaniesz ukarany. Naprawdę ukarany, nie tak jak zwykle. Niech rodzice spodziewają się listownego zaproszenia do szkoły. Nie chce mi się już nawet z tobą gadać. Wyjdź i wracaj na lekcję.
Pierwsze o czym pomyślał po wyjściu, było to, że nie mogło być chyba lepiej. Że znowu się upiekło. Tyle, że ojciec zamiast telefonu, będzie się musiał pofatygować osobiście. Marcin i tak dobrze wiedział, że tata zawsze będzie po jego stronie. Nie było źle. Było normalnie.
***
- Tato, wiesz co? Znowu narozrabiałem. Będziesz musiał przyjść do szkoły, list z dokładną datą i godziną przyjdzie na dniach.
- Ha! Przyjść! Tego jeszcze nie było. Osobiście, sam na sam z twoim wychowawcą. Fascynujące. Ciekawe czy zaczął już myć zęby...
- Tato, musisz sobie ze mnie jaja robić? Tym razem chyba naprawdę ich wkurzyłem... A co do zębów, to nie zaczął. Cienko cię widzę.
- Nie, no. Ty musisz mi to robić? Wiesz, że jestem wrażliwy na zapachy. Ale tak serio - co tym razem?
- Katechetka i kościół katolicki.
- Rozumiem.
***
Zaniepokoił się dopiero wtedy gdy otworzyły się drzwi, a w progu stanął jego ojciec. Nie wyglądał dobrze. Oczy miał dziwnie, nienaturalnie podkrążone, włosy postrzępione, śmierdział czymś dziwnym i, co najważniejsze, miał przecięty policzek. Jakby żyletką. Ale to nie był skutek uboczny golenia. Jak na zacięcie, rana była za duża i za brzydka. I ropiała.
Na zwykłe pytanie "jak w szkole?" tata odpowiedział, że dobrze, a na trochę dziwniejsze "co ci się stało?", odparł "nic takiego". I poszedł. Zamknął się w łazience i nie wychodził stamtąd przez około godzinę. Marcin nie wiedział co robił, co się stało, ani czy stało się to w szkole. Zaczął się bać.
Po wyjściu z łazienki tata postanowił porozmawiać z Marcinem. Dość dziwnie, bo pedagogicznie (nigdy wcześniej się to nie zdarzyło) tłumaczył mu, że nie zawsze należy mówić to co się myśli, że ma być grzeczny, posłuszny i nie robić mu wstydu. Skończyło się na tym, że syn wygarnął ojcu co myśli o takiej niekonsekwencji, niezbyt przebierając w słowach, a ojciec nawet nie miał siły się bronić. Nie wyglądał na takiego, którego zbyt wiele obchodziłoby gadanie Marcina. Na dowód tego, po chwili zasnął w fotelu, niemal w połowie tyrady syna.
***
Była druga w nocy. Za oknem ciemno, w pokoju też, bo nie paliła się żadna lampka. Marcin przeważnie o tej porze już dawno spał. Lubił to, jak chyba każdy. We śnie zawsze dzieje się coś nieprawdopodobnego, nierzeczywistego i fascynującego. Każdy lubi stan, gdy we śnie robi coś, na co nigdy nie zdobyłby się naprawdę. Z różnych przyczyn. Czasem wynika to z mentalności, czasem zaś jest dużo prostsze, i nazywa się po prostu prawami fizyki. Sen jest oderwaniem od nudnej i szarej rzeczywistości. Marcin nie musiał tej nocy spać. Jego rzeczywistość stała się na moment dużo barwniejsza niż senne marzenia. I wcale mu się to nie podobało.
Myślał nad tym co się dzisiaj wydarzyło. Nad tym co widział i słyszał oraz nad tym, czego się tylko domyślał. Nie napawało go to, rzecz jasna, optymizmem. Wręcz przeciwnie. Zdarzenie obudziło w nim jeszcze większe i intensywniejsze pokłady negacji niż te, które drzemały w nim zwykle. Tym razem naprawdę był niepokorny. Bo jeśli było to to, o czym myślał, nie mógł się z tym pogodzić. A myślał o naruszeniu praw człowieka. Nie da się. Nie on.
Zrobi test.
***
Do szkoły szedł trochę przestraszony, ale za to wyjątkowo chętny. Musiał zbadać sprawę. Na miejscu zastał wszystko tak jak zwykle. Nic nie mogło budzić podejrzeń. Wszystko, jak zawsze, pozorowało, że szkoła jest (o, ironio!) idealnym miejscem do nauki.
Marcin wiedział co zrobi. Wiedział, że podpadnie już na pierwszej lekcji, bo niby na co ma czekać. Podpadnie, znów zbierze ustawowy opieprz i zobaczy, czy jego domysły się potwierdzą. Nie bał się. Musiał to zrobić.
Zaraz po wejściu do klasy i przepisowym "dzień dobry" zaczął swój występ. Nie było czasu na czekanie. Tym razem bez okazji. Nie bronił nawet ideologii. To był przecież tylko test. Zaczął po prostu ubliżać dość arogancko nauczycielowi, tylko po to, aby po chwili znaleźć się na dywaniku. Wszystko przebiegało zgodnie z planem, wręcz podręcznikowo. Mógłby nawet przysiąc, że we wstępnych planach zakładał, że osiągnie podobny czas. Pomylił się o siedemnaście sekund. Gdyby to było "Jeden z dziesięciu" zdobyłby dziesięć punktów. Na dodatek do tej pory zachowałby jeszcze dwie szanse.
Robił to wszystko beznamiętnie, spokojnie i wręcz mechanicznie. Do tego stopnia, że nawet nie zauważył kiedy znów został dość obcesowo przytargany do dyrektorki. Deja vu?
- Sam tego chciałeś, debilu! - zaczęła od drzwi. - Chciałam ci tylko dać nauczkę. Nie przyjąłeś jej, nie wykorzystałeś. Obróciłeś ją przeciwko sobie...
- Ale ja chciałem... - słowa ugrzęzły mu w gardle.
- Milcz! Jak w ogóle, po tym co zrobiłeś, masz czelność się do mnie odzywać! Tym razem naprawdę spotka cię kara. Prawdziwa. Zejdź mi z oczu!
- Ale ja mam pytanie...
- Wyjdź, albo każę cię wyprowadzić!
***
Był zmieszany i zaniepokojony. Nie wiedział co ma myśleć. Nie wiedział co ma mówić. Nie musiał. Wezwanie przyszło samo. Dlaczego ta poczta zwykle działa tak niezawodnie?
***
Kiedy ojciec Marcina dowiedział się, że znowu będzie musiał odwiedzić szkołę, wcale się nie ucieszył. Jakoś dziwnie nie chciało mu się żartować wraz z synem na temat kondycji zdrowotnej trzewioczaszki jego wychowawcy. Wręcz przeciwnie. Chciało mu się wyć. To właśnie było pierwszą rzeczą, którą zrobił po rozpakowaniu koperty. Myślał, że Marcin tego nie widział. Mylił się.
Marcin domyślał się, co stanie się tacie. Wiedział, że znowu wróci do domu tak samo okaleczony i apatyczny jak ostatnio. Może nawet mocniej, proporcjonalnie do jego wybryku. Bał się o niego.
Dopiero teraz zauważył, że w jego planie jest dziura. Ogromna luka, nie przewidująca tego, co w całej sprawie było najważniejsze. Przecież to, co zrobił, było niezgodne z jego kodeksem etycznym. Z jego słynną, znaną już w całej szkole, ideologią. To przecież prawie eksperyment na człowieku. Na jego ojcu, na domiar złego. Marcin tym razem naprawdę się bał. Nie o siebie, czy swój kodeks. O tatę. I o to co mu się stanie.
Też płakał. Płakali razem. Ojciec i syn. Każdy w swoim pokoju.
***
Tym razem Marcin niepokoił się jeszcze przed wyjściem taty. Cały się trząsł. Wiedział, że gdy wróci i tak nie będzie chciał z nim rozmawiać. Postanowił nawet się zmienić. Nie będzie już mówił zbyt wiele. Będzie grzeczny. Tylko niech tata szybko wraca...
Nie wracał...
***
Po pięciu godzinach Marcin zdecydował się zadzwonić na policję. Po tym jak wyłożył im, cierpliwie, choć, broń Boże, nie spokojnie, całą sprawę, skwitowali go krótkim "Przepraszamy, ale nie możemy pomóc. Przykro nam."
Nie spał całą noc.
Płakał.
***
Nazajutrz oczywiście nie poszedł do szkoły. Już nigdy nie miał zamiaru tam wracać. Nic już nie miał do stracenia.
Zamiast tego około godziny jedenastej otworzył drzwi listonoszowi, który przyniósł mu, jakże kulturalnie z jego strony, zaproszenie na jutrzejszy pogrzeb. Jego ojca oczywiście. Ponieważ płakać już nie miał siły, podziękował grzecznie listonoszowi, położył list na ławie, na honorowym miejscu i poszedł się przygotowywać.
W oczach miał obłęd.
Najpierw Marcin starannie się wykąpał, uczesał, umył zęby i, krótko mówiąc, doprowadził do należytego porządku, potem ubrał się, najładniej jak tylko umiał, zjadł jajecznicę, bo to jedyne, oprócz kanapek, co umiał przyrządzić. Zadzwonił do babci, pożegnał się ładnie i zrobił to, co planował od wczoraj.
Nie bał się, bo niby czego.
Wiedział, że nie będzie bolało zbyt mocno.
Powiesił się.
***
- Dzień dobry, panie premierze - powiedział jak zawsze nienagannie ubrany, pachnący i uśmiechnięty minister oświaty - niestety mam dla pana przykrą wiadomość. Chyba będziemy musieli zrezygnować z tego nowego programu, miesiąc temu wprowadzonego do szkół...
- Zrezygnować? A co, nie jest wystarczająco skuteczny? Może wystarczy tylko jakaś delikatna modyfikacja.
- Niestety, panie premierze. Nie wystarczy... Musimy to przerwać.
- Dlaczego, niby?
- Za duża śmiertelność. Przykro mi...
Taywan
tajwan2@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||