Onireja
Powiewał delikatny wiatr. Idealnie płaska tafla błękitnych traw ciągnęła się aż po horyzont, zlewając się z nieco jaśniejszym od niej niebem i tworząc iluzję bezwymiarowej pustki. Podróżujący przez te tereny łatwo mógłby stracić równowagę i runąć na ziemię z zawrotami głowy, gdyby nieliczne obłoki nie podpowiadały zdezorientowanym zmysłom w jakiej pozycji człowiek aktualnie się znajduje.
Werter de Saint-Paul, wędrowiec, nieokreślonego wieku mężczyzna, w równym stopniu wiekowy staruszek co niedoświadczony nastolatek, ufał jednak wyłącznie zmysłowi dotyku, idąc z zamkniętymi oczami. Był w stanie połowicznego letargu - nieraz jego powieki podnosiły się, ale niekontrolowana chęć snu sprawiała, iż ciążyły one jak ołowiane płyty. Ruchy wykonywał mechanicznie, nie do końca panując nad swym ciałem - szedł jednak ku niewidocznemu, granatowemu horyzontowi, ponieważ ten kolor wydawał się bardziej zachęcający niż czerń, spowijająca ukrytą za plecami wędrowca dal.
- Stój, drogowniku! - rozkazał Werterowi młody, kobiecy głos, wybudzając go z otępienia.
Właścicielką lekko nosowego, łagodnego tembru była niespełna siedemnasto-, czy też dziewiętnasto-, czy też osiemnasto- (choć to bez znaczenia) letnia dziewczyna. Mieniące się w blasku słońca - który dochodził z nieustalonego kierunku, gdyż samej gwiazdy w żadnej z płaszczyzn nie dało się dostrzec - ciemnozłote włosy opadały na delikatne ramiona skryte pod białą, powłóczystą suknią. Pióra jej rozprostowanych, łabędzich skrzydeł powiewały wraz z szumem wiatru.
- Kim jesteś? - zapytał Werter, mierząc kobietę wzrokiem wciąż powracającym do jej hipnotyzujących, brązowych oczu. - I czego chcesz?
- Imię moje - odparła podniosłym tonem - brzmi Atena Iustia Tristis, Pierwsza Święta Strażniczka Wolą Najwyższą! - wysunęła z przypasanej, zdobionej pochwy krótki miecz i skierowała jego szpic ku podróżnikowi. - Nie możesz przejść, Werterze de Saint-Paul.
Wędrowiec rozejrzał się po bezkreśnie pustej polanie. Nie zastanowiło go ani przez chwilę, że skrzydlata piękność na zupełnym pustkowiu wśród niebieskich traw zna jego imię.
- Czego strzeżesz na tym pustkowiu? - spytał i nie zwracając uwagi na ostrzeżenie postąpił krok w przód.
Strażniczka przyjęła bojową pozycję, gotowa do wykonania błyskawicznego uniku i zadania równie błyskawicznego ciosu.
- Licz się z moimi słowami, drogowniku! - rzuciła. - Równie dobrze jak dnia, potrafię strzec siebie.
- Ochraniasz... dzień? - zainteresował się Werter, wykonując jednocześnie pojednawczy gest rękoma. Następnie wskazał na czarną łunę ciągnącą się w oddali. - Chcesz o niego walczyć? Noc już pożarła moje miasto, nie dało się go obronić. - zaśmiał się nerwowo. - Od wielu dni nie dociera tam słońce, a ludzie nie są już ludźmi. Nie dało się przed tym uciec, nadejście Nocy jest nieuniknione. A ty chcesz z nią walczyć... za pomocą tego?
Mężczyzna lekceważąco pchnął ostrze krótkiego miecza Strażniczki. Ta nie zwróciła uwagi na obrazę, poruszając bezgłośnie ustami.
- Przychodzisz z terenów opanowanych przez Noc...? - wyszeptała. - Nie możesz być człowiekiem... Niesiesz zarazę...
Zawachlowała skrzydłami, chcąc wzbić się w powietrze. Werter wyraźnie widział przerażenie malujące się na jej twarzy.
- Zaczekaj, zaczekaj - uspokoił ją pospiesznie. - Jestem człowiekiem. Noc nic mi nie zrobiła, oszczędziła mnie jednego...
Dziewczyna popatrzyła na niego z niedowierzaniem, lecz wciąż stała na bezkresnej, błękitnej łące. Wiedziała, jak każdy inny zresztą, że Noc jest końcem wszystkiego. Noc oznacza zmianę - taką, której nie da się odwrócić. Jest ona wszystkim tym, czego żywe istoty się obawiają. Ma początek, lecz nie ma końca, a kiedy już raz się narodziła, będzie parła naprzód, zagarniając świat tylko dla siebie. Nikt, kto napotkał na swej drodze ciemność, nie pozostał istotą.
- Pokaż mi swoją krainę... - rzekł nieoczekiwanie podróżnik. Atena uniosła brew, zaskoczona. - Proszę, zabierz mnie do niej. Nie mam już domu; tam, za mną, jest tylko ciemność. Nie widziałem człowieka od wielu dni. Proszę, zabierz mnie ze sobą, gdziekolwiek żyjesz!
Strażniczka zawahała się. Logika w obecności Nocy deformowała się niczym dmuchane szkło w rękach szklarza-artysty, lecz dziewczyna starała się mimo wszystko podjąć właściwą decyzję. Jej tok myślenia opierał się na założeniu, że skoro Wertera zna i widzi, i ma on formę człowieka, to noc jeszcze nie nadeszła, więc mają jeszcze czas i szansę na zdobyć więcej światła się obronić. Obrona nie jest jednak rzeczą łatwą, zatem każdy wydatek przeznaczony na nią jest na wagę złota. Saint-Paul został niegdyś wydany na świat, co prowadzi do jedynego słusznego wniosku - który mówi, iż powinien on zobaczyć jej krainę. Owe myśli wydawały się dziwne samej Atenie, lecz podświadomie czuła, iż postępuje słusznie.
Chwyciła go za rękę i wzbiła się w powietrze, tak jakby Werter nie stanowił dla niej żadnego ciężaru. On z kolei czuł się niczym w stanie nieważkości, a sam lot stanowił przeżycie nieco mniej emocjonalne, niż przypuszczał. Błękit traw zlał się z kolorem nieba, więc nie wiedział czy znajduje się metr nad ziemią, sto metrów, ani czy podłoże w ogóle istnieje. Nie odczuwał również prędkości, a jedynie powiew wiatru przypominał mu o tym, że się porusza. Wydawało mu się, jakby czas przestał istnieć; zmysły nie mówiły niczego, chwilami powracała senność.
Wzlatywali już kilkanaście minut i w żadnym kierunku nie było widać niczego prócz pustki - i czarnej łuny na jednej z niezliczonych stron świata.
Nagle spowiła ich gęsta mgła, która pojawiła się znikąd i zasłaniała widoczność tuż przy czubku nosa. Werter chwycił drugą ręką dłoń Strażniczki. Szare, gęste obłoki ustępowały z czasem i w końcu można było rozróżnić granatowy, wieczorny nieboskłon oraz wyrastające w znacznych odległościach, grube i nieskończenie wysokie pnie drzew. Atena leciała przy jednym z gigantycznych dębów, kierując się ku jego ginącej w nicości koronie. Przed oczami Wertera rozmazywały się, przemykające z ogromną prędkością, zgrubienia na brązowej korze oraz małe, karykaturalne gałęzie.
Po osiągnięciu pewnej wysokości, między najbliższymi pniami zaczęły pojawiać się sznurowe pomosty, niektóre wyłożone deskami, po których przechadzali się - podobni do Ateny - skrzydlaci ludzie w togach. Podróżnik spostrzegał wydrążone wewnątrz drzew korytarze, a także wijące się w nich spiralne schody, wąskie i strome, które samym wyglądem ostrzegają przed wchodzeniem na nie.
Dziewczyna wylądowała na którymś z pomostów, pozwalając Werterowi stanąć i przyjrzeć się krainie.
- To jest mój świat - rzekła.
- Piękny... - odparł Werter, z zachwytem wpatrując się w ciągnące się w nieskończoność sznurowe konstrukcje, miejsca oświetlane przez brzęczące płomienie oraz podziwiając piękno skrzydlatych ludzi. - Chciałbym tu zostać...
Strażniczka milczała.
Stali tak przez dłuższą chwilę, aż nadleciał jakiś młodzieniec, krzycząc na całe gardło czystym głosem:
- Noc! Noc nadchodzi!
Zapanowała panika. Skrzydlaci ludzie podrywali się z miejsc, pędząc do nieokreślonych miejsc. Cały świat wydawał się przepełniony świszczącym dźwiękiem łopoczących skrzydeł.
- Weź to i naśladuj mnie! - wrzasnęła Atena, wciskając Werterowi w ręce kulę światła, podobną do tych, które wisiały w drzewnych korytarzach.
- Co to jest? - krzyknął zdezorientowany podróżnik. - Co mam robić?
- Rób to, co ja - odparła Strażniczka. - To nasz jedyny sposób na obronę.
Przyłożyła obie dłonie do świetlistego przedmiotu, po czym zaczęła wykonywać palcami okrężne ruchy. Werter spostrzegł, że wszyscy pozostali również przystanęli na pomostach i wykonywali te same czynności. Od każdego człowieka zaczął bić mocny, oślepiający blask. Zapanowała martwa cisza.
Mężczyzna skupił się na swojej kuli. Ułożył ręce w zaobserwowanej pozycji i usiłował naśladować ruchy Ateny. Palce jednak odmawiały posłuszeństwa - lub to jasność uniemożliwiała zapanowanie nad swoim ciałem.
Wykonywane przez niego ruchy nie były właściwie, choć wyglądały podobnie do tych, które robiła Strażniczka.
- Nie potrafię! - krzyknął przerażony Werter, czując że jego blask słabnie z każdą chwilą.
- Jesteś w naszym świecie! - odparła Atena. - Jesteś jednym z nas. Musisz potrafić!
Mimo wysiłków podróżnika, blask kuli wciąż nikł, zdając się tym samym zabierać światło skrzydlatych ludzi. Werter z paniką rozejrzał się dokoła. Czerń Nocy swymi mackami pochłaniała drzewa, czyniąc je wyschniętymi, czarnymi kikutami, wyrastającymi z nieskończoności mgieł w dole, a kończącymi się zwęglonymi patykami na granicy widoczności w górze. W miarę, jak jasność przygasała, czarne macki dosięgały nieruchomych mieszkańców podniebnej krainy, zmieniając ich w duże, skrzeczące kruki. Po kilku minutach z tętniącej życiem krainy został las smolistych patyków, które obsiadły stada czarnych ptaszysk.
Wygasła ostatnia plama światła, trzymanego w drżących rękach przez Atenę. Otoczyła ich Noc, szykując się do całkowitego opanowania świata.
Zasklepiła się jedyna wyrwa w ciemności.
Werter spostrzegł, ku swojemu zdziwieniu, iż Strażniczka nie przemieniła się w ptaka, jak reszta jej braci i sióstr. Macka czerni oplotła ją; ciemnozłote włosy przybrały kolor Nocy, biały puch skrzydeł zastąpiły krucze pióra, usta - niegdyś koloru krwi - stały się równie ciemne co kora drzew. Jednak Atena wciąż pozostawała człowiekiem.
Wszystko dookoła otulał coraz gęstszy mrok. Tylko dwie sylwetki ludzi pozostawały widoczne; skrzeczenie kruków milkło, tak jak znikał cały świat. Wkrótce nie było nic, prócz Nocy i uwięzionych w niej Strażniczki oraz Wertera.
Patrzyli na siebie dłuższą chwilę. Wokół nich nie było nic.
Mijały lata.
- Chodźcie za mną - usłyszeli znudzony, niski kobiecy głos.
Obok nich pojawiła się niska, otyła kobieta. Zauważywszy, że skupili na niej uwagę, odwróciła się z niejakim trudem i podreptała w nieznanym kierunku. Podróżnik i Strażniczka podążyli za nią, obserwując pingwini chód kobiety, która nie zginała kolan a jedynie przesuwała krótkie, grube nogi.
Krok za krokiem...
Krok za krokiem...
- O której jest autobus? - zapytał Ją, kiedy zbliżyli się do rozkładu jazdy.
- Nie wiem - odparła, wpatrując się w rzędy ułożonych przypadkowo cyfr.
Centrum miasta było, jak zwykle, zatłoczone - nawet podczas chłodnej nocy. Tłumy milczących sylwetek, wpatrujących się wszędzie tylko nie w innych ludzi, oświetlane były neonami, blaskiem z wystaw sklepowych oraz światłami kordonów sunących samochodów. Panujący gwar wynikał nie z rozmów, lecz z ryku pędzących pojazdów. Jedyny słyszalny głos należał do Niej:
- Chodźmy...
Miała długie, rude włosy i zielono-niebieskie oczy. Wyglądała inaczej, lecz wciąż była sobą. Była człowiekiem. W grubej kurtce i spodniach, wciąż przypominała tamtą siebie.
- Dokąd? - spytał chłopak.
- Będziemy razem.
Serce zabiło mu szybciej. Zrobili pierwszy krok i przeszli przez pogrążony w mroku, zgniłozielony las. Dwoma kolejnymi, powolnymi krokami przedostali się przez wyludnione, oświetlone blaskiem księżyca osiedle. Ponure blokowiska patrzyły wprost na nich.
Weszli po spiralnych schodach na długi korytarz. Podeszli do białych drzwi.
- To tutaj - rzekła Ona, uśmiechając się zachęcająco.
Kiedy otwierała drzwi, z pokoju obok wyszło dwóch dobrze zbudowanych mężczyzn. Spowolnionym krokiem przeszli do klatki schodowej, rzucając nienawistne, hipnotyzujące jak szum morskich fal spojrzenia parze młodych.
- Chodźmy - rzekła dziewczyna, pociągając za klamkę.
Pokój był niewielki. Z wyraźnym trudem mieścił się w nim przykryty kocem materac, drewniane krzesło i dwie szafki - jedna z pożywieniem, wśród którego najbardziej rzucała się otwarta puszka z szarym pasztetem, druga zawalona zeszytami oraz stanowiąca stojak dla dającej nieco światła starej lampy. Mimo, że pomieszczenie było ciasne i małe, wydawało się przytulne; wrażenie to potęgował ciepły, ciemnozłoty blask światła, które nie rozpraszało większości mroku, lecz dawało poczucie spokoju, bezpieczeństwa i ciszy.
Leżeli na łóżku, mając na sobie wyłącznie bieliznę.
- Zaczekaj - powiedziała, obracając się na brzuch. - Muszę coś dokończyć.
Sięgnęła po jeden z zeszytów i zapisywała w nim znaki, których On nie potrafił odszyfrować.
Zaczął masować jej plecy, przechodząc coraz niżej. Gładził jej pośladki, uda, łydki, stopy, aż w końcu znów posuwał się w górę. Kiedy dotarł do ramion, odgarnął płomienne włosy i musnął ustami jej szyję. Czuł, że ich obu przepełnia fala gorąca.
Pocałunkami dotarł do ud. Wtulił się w nią, po czym zsunął dziewczynie majtki i odrzucił je za siebie. W tym samym momencie skończyła notować i obróciła się znów na plecy, rozchylając zachęcająco nogi. Uśmiechnął się i rozebrał całkowicie; Ona zdjęła stanik, ukazując kształtne piersi.
Przytulili się do siebie, przyciskając swoje usta - najpierw delikatnie, potem nieco mocniej. Czuli swoje drżące ciała i bijące mocno serca. Położył się na niej, wciąż obdarzając dziewczynę pocałunkami.
Światło przygasało, wracał mrok, kradnąc zmysły wzroku i słuchu.
Pozostał jednak dotyk, czuli także swój słodki zapach.
Przede wszystkim jednak pozostał zmysł uczuć.
Czarnowłosa, piękna kobieta otworzyła butelkę wina. Była niska, miała niebieskie oczy, gryzła wargi. Na obojczyku wisiorek.
Wznieśli toast.
- Za wróbelka.
- I za zapomnienie.
- Za ich obu.
- Za Stachurę.
- I za czerwone ąwiatło, w którym wyglądasz tak pięknie.
- Za to, że już nigdy się nie spotkamy.
- Za mgłę, za mgłę.
- Za noc.
- Za dotyk twoich warg na mojej dłoni.
- Za dotyk twoich warg na moim ramieniu.
- Za grę w pchełki.
- Za płonące świece.
- I worki.
- Za ciszę.
- Za matkę ziemię i krasnoludki.
- Za Witkacego.
- Za najdelikatniejsze miejsce na twoim ciele.
- Za twoje ciepłe dłonie.
- Za twoje zimne dłonie.
- Za aniołów.
- Choć nie istnieją.
- Za tych, którzy odeszli...
- Oraz za tych, którzy są, ale ich nie ma...
wariat/military
militarypolice@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||